• Mister Marcin

Czarna magia, cz. 1/2

Ludzie niektórych kultur do głębi rozumieją mechanikę Wszechświata i tym przed innymi przodują. Gdyby popatrzeć na świat ich oczami i opowiedzieć go ich myślami, wynik takiego ćwiczenia przypominałby „Opowieści z Narni”, przygody Drużyny Pierścienia i kilka jeszcze Ksiąg magicznych.


Ktoś mógłby pomyśleć, że lekcja eliksirów w szkole Harry'ego Pottera została zmyślona, a przecież to z życia wzięte.


Niech Czytelnik nie da się zwieść wrażeniom i przeczuciom. Wszystko jest dokładnie tak, jak opisałem, chociaż wyobraźnia czasem wprost pragnęłaby inaczej.


Temat ułożył się w dwie części, które na magię z różnych stron patrzą. Oto część pierwsza, magiczna. W drugiej zajrzymy za kurtynę, zerkniemy pod płaszczyk z najczcigodniejszych nieraz uczuć skrojony, oświetlimy kilka ciemnych zakamarków, przyjrzymy się sznurkom, za które czciciele i praktycy czarów pociągają.




Są materialne oraz duchowe istoty, są i ludzie, którzy dysponują urokami, mocami. Trzymają te czary i kugle w ryzach, by rzucać je przeciw człowiekowi i naturze, na swą korzyść obracając okoliczności i zdarzenia.


Osłabiają,

wyzuwają,

rozpraszają siły i uwagę.


Łamią serca,

kręgosłupy

i ducha ludzkiego,


zatruwają umysły wężowiskami wijących się myśli,

przytłaczającymi uczuciami,

dławią furią,

przysłaniają rozwagę,

strachem i bólem wykrzywiają oblicza,


wściekłością popychają ku zbrodniom

i zabójczym słowom,

zalewają twarze łzami,

w choroby wpędzają ciała i umysły,


osuwają lawiny zdarzeń

pogrążających ludzkie istnienia.



Nieczysta moc w ruch wprawia mechanizm wypadku. Wybiera żywe ciała i obce duchy weń wkłada. Z jej przyczyny rodzą się bezładne w ruchu potwory z powykrzywianymi członkami. Nieraz, łańcuchami przypięte, opętane ciała ludzkie spędzają w klatkach całe życie.


Wydaje mi się, że nasz wciąż magiczny świat można tymi słowy opisać. Te potworności zanikają w rzadkich ogniskach odczarowujących magię. Świat – jak długi, szeroki, okrągły, czy płaski on jest – szczelnie okryty jest cywilizacją rozumiejącą działanie Wszechświata. Nie pojmuję tylko, dlaczego jego mechaniki nikt mi sensownie nie wytłumaczył.


A byłem dociekliwy.


Chciałbym iść w opisy praktyk magicznych bez zdradzania, kto się nimi zajmuje, gdzie swe trwożące empiria praktykuje, jakimi ścieżkami wchodzi w umysły i ciała, jak je zatruwa. Skąd bierze jad, jak go wstrzykuje, kiedy kąsa i jaką ma metodę podstępu. Chciałbym przez dłuższy czas być tajemniczy i nie mówić, gdzie praktyki te się ćwiczy, ale Czytelnik od samego początku wie, że jesteśmy w Kambodży.



Opowiem o tętniącym nadprzyrodzonymi mocami, spokojnym miejscu na Ziemi. Jego mieszkańcy wiedzą, jak koić zbłąkane duchy, uciszać je i odsyłać tam, skąd przyszły. Paradoksalnie świat tamten zdaje się być od naszego o wiele lepszy i pozbawiony trawiących inne społeczeństwa problemów.


Mówię o świecie, w którym znana jest pełna i satysfakcjonująca wiedza. Mieszkańcy tej krainy tworzą społeczność wygładzoną, każdy rozumie w niej swoje miejsce. Niewiele znają pytań bez odpowiedzi. Zresztą, kiedy budzą się wątpliwości, zawsze można liczyć na własny rozum, na kogoś w rodzinie lub sąsiedztwie. Będą wiedzieli.



Terminator to nazwa linii odgraniczającej oświetloną od nieoświetlonej przez Słońce części ciała niebieskiego; to on rysuje kształt księżyca na ziemskim niebie. Tam, dokąd zabieram Czytelnika, ta linia jest nieprzekraczalna. My właśnie ją przechodzimy.


Zasłyszałem gdzieś przysłowie, bodaj filipińskie: „Pilnuj swego cienia. Jeśli go nie masz, jesteś po ciemnej stronie.”


Widok Ziemi znad horyzontu księżyca na tle czarnego nieba
Fotografia: William Anders. Wigilia Bożego Narodzenia, 1968

Magia w naturze


Spędziłem dwa lata na tropikalnej wyspie, w domu popod dżunglą, między poletkami ryżowymi, w pobliżu czynnego wulkanu. Na moich oczach rodziły się i umierały miliony stworzeń. Życie zdefiniowane jest śmiercią, która jednego wieczoru potrafi zakończyć żywot całych chmar istnień. Nawet w stołecznym mieście Phnom Penh raz do roku dochodziło do jednonocnego ataku latających mrówek, ostatniego aktu ich naturalnej egzystencji, po którym rano do pracy szło się po chrupiącym dywanie z miliardów martwych ciałek. W naturze kres życia to znowuż uczta dla życia, które żywić musi ów wehikuł duszy, pojazd jej doczesny – ciało. Magia to niematerialna informacja przesyłana między ciałami. (Swoją drogą gulasz z wołowiny, czarnego pieprzu i tychże mrówek okazał się znakomitym, lokalnym przysmakiem.)


Jak obserwacje przyrody wpływają na ludzką psychikę i postrzeganie świata? Wiedza dostępna istotom królestwa zwierząt jest, rzecz oczywista, magiczna, bowiem bezrozumne te stwory, przecież wiedzą co złe. To niezaprzeczalnie dowodzi istnienia sił nadprzyrodzonych.


Nawet udomowione zwierzęta, najserdeczniejsi pupile, co bez ludzkiej troski prędko popadają w nędzę, choć gotowe zagryźć rajskiego ptaszka odpoczywającego we wschodzącym słonku i kurę sąsiada nieraz porwą, choć nie stronią od walk i mordów na intruzach z dżungli – nie tkną chorego.


Jakim cudem zwierz domyśla się, że skulona pod płotem małpka może być chora? Trudno powiedzieć, a jednak w każdej innej sytuacji pobiegłby ją zagryźć, zjeść. Tymczasem nie tylko dzikie, ale i domowe zwierzaki mają wrodzoną nieufność do pewnych oznak. Nie zbliżą się ani gdy małpka gaśnie, ani gdy żywota dokona.


Złożoność natury może wydawać się zbyt tajemnicza, by ją pojąć zmysłami, umysłem. Wszystko jednak da się wytłumaczyć. Ponieważ pies czy kot rozpoznają czarną magię, dlaczego więc z człowiekiem, w dodatku rozumnym, miałoby być inaczej?



Czarna magia o tyle wymyka się próbom opowiedzenia, że nie jest sprawą oczywistą. Wydaje się nie istnieć język, którym jej sekretne zajęcia można by nazwać, przydać im trafne myśli i tymi myślami rozważać przy użyciu dostępnych, znanych nam słów. Magia nie ma też właściwości samoopowiadającej, jak na przykład: „szedł facet i padł”.


Wielu obcokrajowców mieszka w Kambodży z łatwością, przyjmując ją jako rodzaj rzeczywistości; jako swoistą oczywistość, której nie trzeba dogłębnie rozumieć, i może nawet lepiej nie próbować. Biorą ją, jak ryba mokrość wody bierze, jak lecący ptak powietrze. Ja jednak zawsze muszę dojść jak najdalej i zrozumieć, ile tylko możliwe. Mnie nie wystarcza, że tak po prostu jest.


Zanim zostanę zatrzymany przez tajemniczego człowieka na ulicy w Siem Reap, gwoli ścisłości – małe wyjaśnienie. Kiedy piszę na blogu o Zachodzie, mówię o nim z perspektywy Kambodży, nie zaś Polski.


Kult zmarłych przodków i święty indyjski


Iza z Piotrkiem mieszkali w Phnom Penh od kilku lat; zajmowali się pomocą humanitarną w odległych zakątkach kraju. Nadchodziły lokalne święta. Zamknięte będą urzędy, banki i szkoły. — Jedziemy znów do Angkoru. Pojedź z nami, Marcinie! — zaproponowała Iza.


Pchum Ben (czyt. Pczum Ben) jest dorocznym świętem duchów przodków. Istoty z zaświatów odwiedzają w tych dniach świat żywych. Khmerzy składają wówczas ofiary, by odesłać duchy, skąd przyszły, ale też aby zapewnić zmarłym spokojny byt w wieczności. Jeśli żywi nie dokonają rytuałów, zmarli mogą się rozgniewać i porządnie zatruć życie. W jakimś sensie rodzinność Pchum Ben przypomina mi Boże Narodzenie i Wielkanoc: całe rodziny podróżują na kilka dni wolnego tam, gdzie złożono prochy ich przodków. To dla Khmerów bardzo ważne.


Zdarza się wtedy zobaczyć wielodzietne rodziny pokonujące skuterem kilkusetkilometrowe dystanse; nieraz z koszami pełnymi owoców, warzyw i z wiązkami skrępowanych za nogi, głowami w dół przytroczonych, żywych kurczaków. Na tym wszystkim siedzi mężczyzna, kobieta i powtykane pomiędzy całą tę menażerię dzieci, które potrafią przespać dużą część takiej podróży. Nie pytajcie jak to możliwe.


O samym Pchum Ben szerzej opowiadał będę kiedy indziej. Jest ono najważniejszym świętem religijnym w buddyjskiej Kambodży, ale obyczaj to bardzo stary, pogański. Wiąże się z wiarą w potrzebę odprawiania rytuałów, aby wesprzeć duchy przodków, lub je udobruchać. W dniach tych duchom składa się materialne ofiary z jedzenia. Jakimś magicznym sposobem duchy oraz bóg mają karmić się przygotowanymi przysmakami. Przychodzą mi do głowy „Dziady” Mickiewicza: tak to właśnie mniej więcej wygląda w Kambodży, tylko troszkę inaczej.


Same, same, but different mówi kambodżańskie przysłowie.


Jedzenia w tropikach, a tym bardziej w biednym kraju, nie wolno marnować! Sekret – kto na koniec wszystko zjada, bo przecież nie duchy – zdradzę kiedy indziej.


Nastał najbardziej magiczny i pełen mocy z zaświatów czas w khmerskim roku, a ja odkrywałem z przyjaciółmi rozmywane monsunowymi deszczami świątynie Angkoru. Przez cztery dni, przemoczeni, intensywnie zwiedzaliśmy. Ostatniego dnia byliśmy zupełnie wyczerpani. Po kilku godzinach odprawiliśmy z napiwkiem naszego tuktukarza, a moi towarzysze udali się na drzemkę. Wybrałem się na samotny, popołudniowy spacer.


Szedłem zamyślony wzdłuż rzeczki ku centrum Siem Reap, gdy usłyszałem męski głos. — Hey, you have a lucky face! (Hej, masz szczęśliwą twarz!)


„Jakiś lunatyk”, pomyślałem. Ostatnia rzecz, którą mogłem o sobie powiedzieć, to że byłem szczęśliwy.


Magia zaczyna przemawiać


Przedstawił się jako indyjski święty. Ludzie nie co dzień zaczepiają nas w ten sposób. Hindus mnie zaskoczył, zatrzymał w pół kroku. Wyciągnął portfel, a z niego zdjęcie dzieci z sierocińca w Maharasztrze. Zbiera dla nich pieniądze. Wrócimy do niego niebawem.


W tej części podzielę się z Czytelnikiem przykładem z własnego życia. W pierwszoosobowej perspektywie pokażę, jak magia wlewa się człowiekowi do środka. W części drugiej dam inne przykłady, wszystkie z życia wzięte:


o czystej i na dowolne dystanse wysyłanej — czarnej magii.


Co miałem w środku


Zatrzymujemy się na sekundzie spotkania ze świętym indyjskim. Zanim oddam mu głos, opowiem otwarcie o myślach, kondycji, emocjach, które w tamtym czasie we mnie były i rosły, bo mają znaczenie dla mej podatności na czary. Daję tym samym wgląd do serca swojej własnej osoby, przeciw której działała, jak się okazało, czarna magia.


Po kilku miesiącach życia w otoczeniu obcej kultury przychodzi pierwszy kryzys emigranta. W Kambodży dotkliwie dał mi się we znaki. Już nie tylko psychika, ale i ciało tęskni za domem, którego coraz uporczywiej nie ma. Związane z tym emocje nawarstwiają się i zaczynają potęgować. Urojenie domu dałby sam tylko smak maminej zupy, bigosu, przekąska z osiedlowego samu na toruńskich Koniuchach lub z mokotowskiego blaszaka. Dotyka to kolejnych sfer życia codziennego i zmysłów: obce dźwięki, obca pogoda, zupełnie inna roślinność, budynki, ulice i ruch na nich, całkowicie inne jedzenie i zapachy, inne twarze i ich zupełnie inne ludzkie reakcje. Niedobór domu przeradza się w całkowity brak, zaczyna szaleć w myślach i bić w głowie niczym dzwon; rodzi podstępną myśl: co by było, gdyby wrócić? Po kilku nawrotach uczucia te wyciszą się i znikną, ale za pierwszym razem uderzają mocno. Miałem to, gdy zaczepił mnie ten Hindus.


Moja zachodnia mentalność nie przystawała do obcej mi kultury w nowej pracy. Wiele miesięcy później miałem zrozumieć, że byłem dla nich zbyt prędki i bezpośredni; w ich odczuciu nazbyt gwałtowny i niedelikatny, choć wspinałem się na wyżyny delikatności i dyplomacji wedle zachodniej kultury. Cechy w Europie pozytywne tutaj stanowiły bariery międzyludzkie. Prowadziło to do frustrujących sytuacji, a ja nie mogłem zrozumieć przyczyn niespodziewanych rezultatów pracy z moim nowym personelem.


Bezustannie musiałem nadzorować prace i proste czynności miejscowych pracowników. Nie wiedziałem jeszcze, jak niski jest tu poziom edukacji, dlatego ich za to winiłem. O wiele później ktoś mnie oświecił. Czerwoni Khmerzy (1975-79) eksterminowali dziewięćdziesiąt procent nauczycieli, kadr akademickich, edukatorów, artystów, elit. Licząca sobie dwa tysiące lat historii Kambodża zaczynała czterdzieści lat temu praktycznie od zera. Długo docierało do mnie, że złością i frustracją opóźniam rozwój, pomóc może tylko cierpliwość, wytrwałość i wsparcie.


Miałem wykwalifikowanych pracowników z czterech kontynentów i czternastu krajów. Tak ekscytujący na początku fakt, okazał się źródłem nieprawdopodobnych, absurdalnych sytuacji i nieporozumień. Nie tylko ja miewałem problemy z wzajemnym zrozumieniem, między członkami zespołu też były rozmaite bariery. Nie był to brak zrozumienia na poziomie językowym, lecz znacznie głębsze różnice! Porównałbym to do sytuacji, gdy wszyscy zgromadzeni zgadzają się wspólnie dotrzeć do tego samego celu, po czym każdy z pełnym przekonaniem idzie w inną stronę.


Sprawy, słowa, idee, które dla mnie miały określony sens, niektórzy brali dosłownie; inni zaś zupełnie umownie, jakby można je było zignorować, zapomnieć, a może wręcz nie zaakceptować ich. Osoby z niektórych kultur mówiły wprost, inne zaś klucząc. Jeszcze inne w ogóle nie mówiły z obawy przed obrażeniem dyrektora (mnie). Czasem żyły swoim problemem tak długo, że w końcu nie mogły opanować emocji. „Oryginalne” sytuacje stwarzała osoba ze specyficznej kultury, z której człowiek o szczerej intencji delikatnego rozwiązania problemu opowiada za moimi plecami o tym, co go w moim postępowaniu boli, aby nie mówić mi tego wprost, ale żebym się dowiedział. Miejscowi pracownicy zaś przychodzili do mnie z dziwacznymi pytaniami i sprawami. Oczekiwali mojej ingerencji niemal w każdy szczegół swojej pracy.


Wszystko to było mi obce.


Mój Czytelnik potrafi sobie wyobrazić, co mogłem myśleć o takich gierkach wokół mojej osoby, zanim nauczyłem się, że te sprawki – w przypadku niektórych osób – były częścią ich autentycznej kultury, a nadto prowadzone bywały wedle standardów ich pochodzenia. Tym samym musiałem radzić sobie z nieznanymi mi kulturami, które były istotną częścią mojego szacownego Zespołu. W czasie, kiedy zaczepił mnie święty z Indii, jeszcze nie przyszłoby mi to wszystko do głowy, a ja chciałem, jakże by inaczej!, żeby wszystko było po mojemu. Nie miałem przewodnika po nowych realiach, ale gdyby nawet ktoś mi je wówczas wyjaśnił, nie pomieściłyby mi się w głowie!


Lokalne jedzenie zaczęło mnie odpychać. Bliskie mojemu smakowi składniki oraz potrawy były drogie i kiepskie. Jadłem, co w pracy gotowała lokalna kucharka, i nie mogłem z tych posiłków zrezygnować (to odrębna, tragikomiczna historia). Nie mogłem już znieść ich zapachu, smaku i widoku. Chudłem, niedojadałem, a po dwóch miesiącach zacząłem zwracać po jedzeniu. Wysoka po całym dniu temperatura powietrza często w nocy jeszcze wzrasta. Kiepsko spałem w powiewach źle zainstalowanej klimatyzacji. Dachy z cienkiej blachy wyją wniebogłosy, gdy gęste, tropikalne deszcze walą w nie z całą mocą po nocach.


Zapachy, smaki, indywidua, dźwięki, kolory, ruch drogowy, mentalność, w końcu przestają być interesująco oryginalne. Zaczynają irytować, a z czasem stają się nie do zniesienia, bo nawet na chwilę nie ma od nich odskoczni, powrotu do normalności.


„Normalność jest linoskoczkiem nad przepaścią anormalności”

Pisał Witold Gombrowicz. (Chyba o Kambodży.)


Wszystko nowe. Także poczucie bezpieczeństwa. To było w pierwszych dniach. Spałem, gdy przez okno mojej sypialni na drugim piętrze ktoś ukradł mi telefon. Nie wiedziałem jeszcze, że okna trzeba na noc zamykać i blokować. Wdrapali się na taras dachowy, mimo wysokiego ogrodzenia owiniętego szczelnie drutem kolczastym. Odsunęli metalową moskitierę, musieli być przy tym cicho jak duch i używać jakiegoś długiego chwytaka, żeby penetrować nim pokój przez szczebelki grubej kraty okna. A ja spałem. Szalonym ujadaniem cały dom obudziła wyczuwająca coś z sąsiedniego pokoju bohaterka postu pt. „Pies bąkinkąński”.


Pierwsze tropikalne zatrucie pokarmowe nie dodało mi otuchy. Kucharka w pracy podała kraby. Nie wiem, co w nich było. Ból bez dna, słabość do nieprzytomności, plamy w widzeniu; woda szła ze wszystkich otworów i porów skóry. Utrata sił jest błyskawiczna. Piłem tylko wodę z kokosów przynoszoną przez moją współlokatorkę i przyjaciółkę, Ewę. Przez dzień czy dwa na wszelki wypadek trzymałem przy głowie telefon z wybranym numerem do rodziny, gdybym poczuł, że to ostatnia szansa, by coś im powiedzieć. Niewiele pamiętam.


(Nie chciałbym nikogo wystraszyć przed jedzeniem przepysznych krabów. Upewniajcie się, że są świeże. Najlepiej, żeby tuż przed przyrządzeniem i natychmiastowym podaniem krab był żywy.)


Ale oto najgorsze. Ówczesna wybranka mojego serca przestała się odzywać z Europy, nie odpowiadała na wiadomości. Dowiedziałem się, że zdarzył się jakiś wypadek. Mogła być w Niemczech, Szwajcarii, lub Afryce. Nawet jej mama, która tak mnie lubiła, powstrzymała mnie przed rzuceniem wszystkiego i przyjazdem do ich domu w Kairze. Niczego mi nie wytłumaczono.


Wtedy nadeszły dni Pchum Ben i wyjazd do Angkor Wat z Izą i Piotrkiem. Gotów byłem zeń zrezygnować, i w ogóle z całej tej Kambodży, żeby lecieć na inne kontynenty, poszukać złowrogo milczącej miłości życia. Na moje błagania jej mama wreszcie odpowiedziała, że: „[moja partnerka] leży chora. Rozumieją moje uczucia, ale na razie nie mają możliwości mnie przyjąć”. Przed wynajęciem odrzutowca do Kairu powstrzymali mnie nowi znajomi, którzy budowali przedpola serdecznej przyjaźni. — Nie chcą cię tam teraz. Wyluzuj, nie rzucaj Kambodży, tyle zainwestowałeś w tę misję. Twoja kobieta musi to szanować, inaczej by cię nie puściła. Ona wie, jak cię znaleźć.


Dałem się przekonać. Z sercem na ramieniu, w gorączkowych myślach tonąc, wsiadłem w nocny autobus sypialny z Phnom Penh do Siem Reap.


Angkor Wat nie jest celem tej eskapady z czarną magią. Stał się jednak tłem zdarzenia, które uzmysłowiło mi czary. Sam widok i przebywanie w świątyniach poruszyło mnie do głębi. Coś tam we mnie tąpnęło, choć nie o tym jest ta historia. Jeśli stworzyłem wrażenie, że wszystko było źle, to niech Czytelnik przypomni sobie, że nic nie jest takie, jakim się wydaje i jak chciałaby wyobraźnia. Gdyby była tam jedynie beznadzieja, nie zostałbym w Kambodży. Owszem, bilans w tamtych szczególnych dniach mojego życia był raczej mroczny. Opowiedziałem swój stan wewnętrzny, aby Czytelnik rozumiał, że byłem sfrustrowany, zgorzkniały, może przestraszony. Nie rozumiałem tamtych ludzi i chciałem choć na chwilę wrócić do normalności.


Czym jest normalność? Nie wiem — wyjrzyj za okno; jeśli nie twoja, to

na pewno,

czyjaś normalność.


Tamte deszczowe dni w tropikalnych świątyniach spowodowały przemianę, dla której jeszcze nie mogę znaleźć najlepszych słów. W każdym razie gremium Czytelnicze rozumie moje wewnętrzne uczucia, a przynajmniej ich powody w chwili, kiedy Hindus wypalił, że „mam szczęśliwą twarz”. Pfff. Też mi coś.



Święty indyjski


Wróżby, owo swoiste oddawanie odpowiedzialności za swój los jakimś mocom, które nie mają na tyle kultury osobistej, żeby mi się przedstawić, bezustannie jednak o wszystkim decydują, pod moim dachem nie mają miejsca. A jednak święty kompletnie mnie zagadał. Wyglądał oryginalnie, lecz schludnie, posługiwał się elegancką angielszczyzną. Kiedy żyje się moje życie, trzeba znać się na komunikacji. Ta zaś przebiegać lubi rozmaitymi ścieżkami i nasze pyszałkowato pewne siebie, uważające się za mądre szkoły można winić, że nic nam o tym nie mówią.


Szkoła powinna uczyć niepewności. Świat jest ukończony dla tych, którzy są pewni. Okazuje się jednak, że właśnie im niektóre elementy obrazu świata poza ramkę wystają. Najgorzej, jeśli taki ukończony mędrzec jest zapalczywym estetą.


Rozejrzałem się. Dzień był jasny, rzeczka, mostek, plac w centrum Siem Reap. Półnagie, umorusane dzieci bez opieki dorosłych wdrapywały się na pochylone nad wodą drzewo i z pluskiem rzucały w płytką toń, roześmiane. Bywa, że złodzieje działają parami, jeden zagaduje, drugi „pracuje”. Nie miałem przy sobie nic cennego.


Święty indyjski wyciągnął z portfela małą karteczkę i coś na niej naskrobał długopisem. Zmiął i kazał mi ścisnąć świstek w dłoni, nie wypuszczać. Zadawał mi potem pytania, jakbyśmy grali w państwa i miasta. Numer między jeden i dziesięć, ulubiony kwiat i kolor, mój wiek, kilka imion bliskich osób, ile mam rodzeństwa i dzieci. Przy tym notował coś na drugiej karteczce, którą schował. — Masz bardzo szczęśliwą twarz — podsumował — ale jesteś szczęśliwy tylko w czterdziestu procentach.

„I tak nieźle”, przemknęło przez mój umysł.

Święty używał słowa lucky, czyli fortunny, pomyślny i w tym sensie — szczęśliwy. Próbował mi bodaj powiedzieć, że moje oblicze w jemu tylko znany sposób zapowiada świetlaną przyszłość.


„Geniuszu złoty!”, myślę sobie, „Einsteinie czytania w myślach! Jak na to wpadłeś, patrząc na moje przybite oblicze, na kaleki od obtarć i odcisków chód”. Święty przemawiał tonem wszechwiedzącego, wspominając często swoje umiejętności czytania ludzi i wpływania na ich przyszłość. Po kilku minutach opowiadania o magii i wpływie mocy na moje życie spytał, czy dam ofiarę na sierotki. Zanim odpowiedziałem, dodał że przewidział i zapisał na kartce moje odpowiedzi. — Trzymasz je w dłoni! Sprawdzimy? — chciał zrobić na mnie wrażenie. Pomyślałem: „a nuż zrobi na mnie wrażenie”. — Pokaż, co potrafisz! — podałem mu kartkę.


Schował ją w dłoni i wykonywał przez chwilę magiczne gesty, a namaszczenie w ruchach miał świątobliwe. Wypowiadał inkantacje w tajemniczym języku; można dostać gęsiej skórki z wrażenia. Rozwinął karteczkę i wspólnie ją przeczytaliśmy. Rzeczywiście, wszystko odgadł. Sztuczka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Fala podziwu to znakomity moment do namówienia na więcej. Kiełkowało we mnie uczucie, że jestem mu (sierotkom) coś dłużny za przedstawienie, a przecież kilka minut wcześniej ani nie chciałem się zatrzymać, ani nikogo słuchać, ani niczego dawać. Niby przedpłata do umowy pojawiało się owo „jakby poczucie winy”, że dam zbyt mało.


Czy zaskoczę Czytelnika mówiąc, że spodobało mi się to? Od lat zajmowałem się komunikacją i miałem do czynienia z wirtuozem tej gry. Bacznie obserwowałem, co się dzieje wewnątrz mnie, emocja po emocji. Wiedziałem dokładnie, co Hindus robił, ale mimo to kierował moim przeżyciem. Pozwoliłem porwać się fali autentycznego podziwu, żeby zobaczyć, co wydarzy się dalej.


Umiejętności świętego indyjskiego bowiem nawet dziś, po kilku latach, budzą mój obiektywny podziw; i nie tylko mój. Przeczytałem o podobnych spotkaniach w wielu miejscach na świecie. A że cel tej eskapady był prawdopodobnie niemal kryminalny, to już zupełnie inna sprawa. Nie zapominajmy, że byłem w niewielkim mieście w środku tropikalnej dżungli, w sąsiedztwie ruin największej kiedykolwiek zbudowanej świątyni, w kraju Trzeciego Świata, gdzie po najokrutniejszym ludobójstwie w historii ludzkości ledwo opadł kurz. Jeszcze kilkanaście lat przed moim przyjazdem pokojowe organizacje przysyłały kontyngenty w obstawie uzbrojonych po zęby komandosów.


To idealne miejsce dla magii. Jeśli mam się o niej czegoś dowiedzieć dla siebie i innych, nadarzyła się intrygująca okazja.


Przyglądając mi się uważnie, święty rozpoczynał różne opowiastki. Niektóre z nich świetnie wkomponowywały się w moje życie i do nich dalej przylgnęła nasza rozmowa. Powiedziałem mu, że wiem, co robi, ale w ogóle go to nie speszyło. Przeciwnie!, naciskał żebym nie zapomniał o dzieciach z sierocińca. Jeśli zdecyduję się pomóc sierotkom (biedni dają kilkadziesiąt, średni w setkach, a bogaci nawet tysiące dolarów), on powie mi co zrobić z negatywną energią skupioną wokół mojej anielskiej i cudownej, uciśnionej złą siłą aury. Jak odczarować i do diabła, precz, te czary wysłać.


Rozbawiło mnie jego magiczne gadanie, ale Hindus mówił z wielką pewnością, tonem wiedzącego, rozumiejącego i znającego antidotum. Czytelnik już wie, jakie emocje towarzyszyły mi w tamtym czasie. Doświadczałem chronicznego zmęczenia, uczuć chcących się komuś opowiedzieć, wygadać. Potrzebowałem, żeby ktoś je zrozumiał. Większość ludzkości ma okropny nawyk dawania złotych rad i zamiast wysłuchać, żeby zrozumieć, mówią o wszystkim, czego nie rozumieją tak, jakby rozumieli. Wiedzą lepiej i gotowi są ci to powiedzieć, a nawet w twarz wykrzyczeć.


Kiedy człowiek jest w kłopotach, a może nawet w depresji, ostatnią rzeczą, jaką chce usłyszeć jest: stary, jesteś w kłopotach, a może nawet w depresji!


Jakby człowiek w kłopotach i depresji sam całym sobą tego nie wiedział.


Złoci doradcy zaczynają swoje wypowiedzi słowami musisz, nie wolno, powinieneś, zostaw, nie myśl, to nie ma sensu; dodają moc jakże trafnych ocen i krytykę. Niekiedy dorzucą uczony wykład na nieporadność i, stąd, taką właśnie sytuację. O, i już.


Im bardziej jestem w pełnej dystansu Azji, tym więcej zastanawia mnie, skąd ludziom zachodniej kultury przychodzi do głowy, że kiedy opowiesz im o swoich kłopotach – nie wiesz, że masz kłopoty. Teraz oni muszą ci je uświadomić, jeszcze raz nazwać i, przy okazji, rozwiązać. Tu uznają sprawę za zakończoną.


Jest taki punkt widzenia, z którego można to podejście wziąć za obrazę, bo skąd u nich przekonanie, że nie potrafisz sobie poradzić? Chodzi o to, żeby pomóc człowiekowi osiągnąć stan, w którym będzie mógł sam logicznie pokierować działaniem, a nie mówić do niego, jakby niezdolny był do samodzielnego działania.


Jakbyś nie mógł sam. Wszyscy chcą dobrze, tylko nikogo nie interesuje, co czujesz.


Znam takich, którzy zabierają sprawy na następny poziom. Ktoś taki bierze telefon: dzwoni. Opowiada twoją historię do słuchawki, nielogicznie przekręca fakty, czym zdradza, że cię nie wysłuchał. Teraz każe ci rozmawiać. Głos obcej osoby, ona rozwiąże twój problem. Jeśli nie zechcesz tej pomocy, to niewdzięczność. Oni wszyscy pracują na rozwiązanie twoich problemów.


Człowiek często sam wie. Potrzeba mu rozdzielić wielki głaz na mniejsze części, z którymi można sobie poradzić jedna po drugiej. Potrzebna jest przestrzeń dla ujścia, żeby ustał ucisk, żeby wziąć oddech. Nic więcej: tylko słuchać, rozumieć; chyba że padnie prośba o poradę lub pomoc.


Święty indyjski był w tym znakomity. Z niebywałą wprawą uwalniał moje myśli, gorzkość, frustrację. Całym umysłem pilnowałem się, żeby nic istotnego mu nie powiedzieć, ale wywoływał we mnie stan i wrażenie, jakby zdjął mi maskę i patrzył na wylot. Jakbym już nic nie miał do ukrycia, a przecież niczego mu nie powiedziałem. Znał i używał słów, którymi przekonywał moje uczucia, że je zna, choć żaden z nas ich nie nazwał. Siła, z którą ruchem niemal wybuchowym chciały ze mnie wyjść najgorsze emocje i najczarniejsze myśli, wzbudziła we mnie zakłopotanie, ale również niekłamany podziw. Ważyłem słowa, ukrywałem fakty prowadzące do mnie i moich bliskich, nie wspomniałem moich prawdziwych zmartwień, ale on i tak mnie rozumiał.


Nikt z najżyczliwszych ludzi, którzy mnie bodaj rozumieli, mi tego nie dał.


Magia.



Poczułem, jak potężną miał nade mną przewagę. Dotarł do kilku wrażliwych dla mnie zagadnień i wykrył je, trochę się przy nich zatrzymał, sprawdzając co jeszcze zrobi na mnie wrażenie. (Nie pozwolił mi też zapomnieć o sierotkach).


— Masz ciężką pracę — rzekł — nigdy tak ciężko nie pracowałeś. To boli. Chcesz, żeby wszystko było pod kontrolą, a nie jest. Ale nie martw się, kiedy minie ból wszystko opanujesz. Jesteś prędki, ludzie cię nie rozumieją. W dobrym czasie otoczą cię właściwi ludzie i zostaną tak długo, jak są potrzebni, albo do końca. Ludzie cię podziwiają: jesteś zdecydowany, nie masz granic, ale to sprawia, że się ciebie boją. Pójdą za tobą, jak zostawisz czas, żeby nauczyli się ufać. Nigdy nie bierz strachu za doradcę. Nigdy się nie bój. Strach jest najgorszym doradcą zarówno do podjęcia, jak i nie podejmowania ważnej decyzji. Twoja rodzina cię kocha, ale jest daleko. Jesteś samotny, nikt nie zna twojego cierpienia.


Takie rady nie od parady przeczytać można w każdym przysłowiowym „amerykańskim poradniku dla akwizytorów” i świetnie wpasowywały się w moje uczucia (oraz pragnienia). Jak horoskop. Wróż umyślnie nie dał mi ani sekundy na przemyślenie zdarzeń. Silne wrażenia, jedno po drugim, spiętrzały się i prowadziły do rozluźnienia. „Jak on wszystko rozumie”, zdawało mi się. Bez ustanku przy tym karmiłem tę wewnętrzną myśl dyżurną. To jest spektakl.


Hindus wszedł na nowe tory. Powiedział mi o przyszłej kobiecie mojego życia, o wzajemnej miłości, rodzinie, o tym kiedy umrę (oczywiście staro i w otoczeniu kochającej, troskliwej rodziny), oraz że będę miał wielki majątek. Tym ostatnim przygotowywał mnie na daninę – skoro będziesz bogaczem, co ci szkodzi dać mi dziś mnóstwo pieniędzy? Potem powiedział o mojej partnerce.


— Twoja kobieta jest bardzo nieszczęśliwa, nie umie sobie z tym poradzić i mści się na tobie — w tym momencie zdradziłem się kompletnie, kiwnąłem głową na potwierdzenie. — Nie możesz spać, nie możesz jeść, nie możesz pracować, myśleć o niczym konkretnym, choć masz w głowie miliony myśli. Wężowiska jadowitych myśli. („Jasnowidz, czy co?”, pomyślałem). Ona opuściła cię, chociaż kocha, ale nie jest w stanie podjąć ostatecznej decyzji. Nie odgadniesz jej, ktoś albo coś jest między wami. Ona sama nie może się tym podzielić, ani tego odeprzeć, gra. Przez jej serce przechodzi piorun, ból, ona nie chce być zła, ale znęca się na innych. Owładnęły nią ponure myśli, chora ambicja, frustracja.


Te wynurzenia zdawały mi się, niestety, trafne. Chciałem bronić ukochanej, ale z drugiej strony Hindus znał sytuację w sposób, przyznam szczerze, jeżący mi skórę na grzbiecie. Słowa świętego indyjskiego tak współgrały z faktami, że można je z łatwością wziąć za magię. Skupiłem się, żeby nie dać się kupić do końca, nie ulec tak chcianemu wrażeniu, że wszystko przejrzał i już wie.


W końcu powiedział:


— Ona wysyła do ciebie czarną magię.


Poczułem wręcz fizycznie, jak od głowy do stóp przeszła przeze mnie fala chłodu. Nie był to chłód przerażenia, lecz ulga. Ochłonąłem.


Też mi co. Mam kłopoty, człowieku, a ty mi baśnie opowiadasz! Wyobraziłem sobie moją partnerkę, stojącą nad dymiącymi kolbami i odmierzającą proporcje eliksirów. Absurd.


A jednak zostałem z wróżem. Jego słowa koiły, a mi potrzeba było jedynie zrozumienia. Miał nieprawdopodobną zręczność w dawaniu tego uczucia. Nie miałem z kim porozmawiać, żeby nie przerwano mi zaraz gotową poradą, przywołaniem do porządku. Święty wiedział, co robi: zauważył więc, że się zmieniłem, rozluźniłem.


Dał mi mantrę do medytacji. Powtarzać sto osiem razy dziennie. Dostałem przepis na talizman przeciw skierowanej we mnie czarnej magii. Zebrać kilka przedmiotów, zawinąć w płótno i wyrzucić za siebie do wody, nie oglądać się, odejść. Dał mi kamyk, noszenie go przynosi wewnętrzny spokój. Za kilka lat zaczną się wielkie czasy. Osiągnę to, po co karma przysłała mnie na ziemię. Będę z tego znany.


Najbardziej jednak, kiedy… jakby… rozeszła się podniosła atmosfera i nie miałem już złudzenia o kuglarstwie, zresztą niezwykle zręcznym, Hindus okazał się świetnym słuchaczem. Przestałem się skradać i ukrywać myśli. Powiedziałem mu w kilku słowach, co mnie spotkało, jak się czuję. A on posłuchał. Nie powiedział, że źle czy dobrze. Trzymał się tej czarnej magii, w czym wydał mi się śmieszny, ale coś w tych czarach było. Bo czy coś takiego właśnie – niedopowiedzianego, nieodgadnionego, mrocznego – nie tłumiło mnie i mojego życia? Jak terapeuta, albo życzliwy człowiek, powiedział mi kilka słów o odsunięciu złych myśli, o nie celebrowaniu bolesnych przeżyć, spraw i wydarzeń, na które nie ma się wpływu. Ot, co.


Po godzinie rozmowy w tym pięknym, jasnym dniu nad rzeczką w środku Siem Reap, z kamykiem w kieszeni, wdzięczny za pół godziny zrozumienia, za przypomnienie mi, że stan wewnętrznego spokoju jednak istnieje, oddałem mu pewną ilość legalnych w Kambodży środków płatniczych i – pogrążony w zadumie – opuściłem indyjskiego świętego. Przypomniał mi:


— Tak jak napisałem — wsunął mi w dłoń małą karteczkę z przepisem na talizman i mantrą — zawiń te przedmioty w materiał, zawiąż i wyrzuć do wody za siebie, daleko. Nie obejrzyj się, odejdź.


Przytaknąłem i podziękowałem. Do samego końca pozostał niezłomnie uprzejmy. Dodał za mną raz jeszcze, że niedługo będę odnosił wielkie sukcesy; jakże kusząca to i intrygująca myśl. Nie trzeba wielkiej wnikliwości, żeby rozumieć jego do mnie żal: obiecał mi bogactwo, a ja dałem mu najwyżej tyle, ile dają biedni…


— Ona śle do ciebie czarną magię. Wyrzuć ją.


Czytelnik zapyta: i co?

Otóż co: wróż miał rację.


Koniec części pierwszej, magicznej. W drugiej części: skąd się bierze czarna magia, oraz jacy ludzie mnie w jej arkana wprowadzali. Magiczne różdżki, eliksiry i zaklęcia, uroki. Uwierzycie?...

27 wyświetlenia2 komentarz
  • Facebook - Grey Koło
  • Instagram - Grey Koło
  • YouTube - Szary Koło
Przeczytaj również: