• Mister Marcin

Czarna magia, cz. 2/2

Jej domeną jest ciemność. Nie zna spoczynku, skrywa się pod osłoną tajemnicy dla większości ludzkości nieodgadnionej. Każdy człowiek może paść jej ofiarą i nie ma odległości, która ją powstrzyma. Nie ma ratunku przed rzuconym zaklęciem.


Księżyc na nocnym niebie w otoczeniu czarnych chmur
Obchodzona z ceremonią pełnia księżyca na Bali, Indonezja

Często przychodzi pod płaszczykiem skrojonym z piękna, dobra i świętości, lecz okazuje się podszyta niepokojem i niezrozumieniem. Magia gardzi ludzkimi planami, przesącza się przez obiekty fizyczne, przenika umysły, brzydzi się jasnością. Poznałem jej podstawy i mechanizmy, a nawet zastosowania oraz literaturę.


O tym, że byłem obiektem złych czarów dowiedziałem się pamiętnego popołudnia w pobliżu ruin Angkor Wat. Ostrzegł mnie przed nimi i zdemaskował je spotkany na ulicy indyjski święty z Maharasztry.


Wyjaśnię czarną magię


Większość z tej wiedzy otrzymałem od osób, które odcisnęły piętno na moim życiu i wtajemniczyły mnie w mechanizmy magii.


Oto kontynuacja artykułu „Czarna magia, cz. 1/2”, w którym opisałem, jak indyjski święty wprowadzał mnie w arkana czarnej magii we mnie wymierzonej.


Problemy językowe


Ilość żywych języków w 2021 roku szacowana jest na około siedem tysięcy, nie licząc dialektów. Każdy z nich, tak samo, jak język polski, próbuje opisać cały świat i wszystko poza nim na swój własny, właściwy sobie sposób.


Tak naprawdę języków jest znacznie więcej!


Wszelkie dyscypliny mają niepowtarzalne języki, którymi dyskutuje i myśli się o nich. Niektóre dziedziny mają tak uniwersalne słownictwo, że specjaliści z różnych krajów mogą wspólnie prowadzić złożone projekty, choć jeden drugiego nie umie zapytać o samopoczucie i życzyć miłego dnia. Języki międzynarodowych branż i subkultur pokonują odrębności i obcość.


Czy to nie magiczne?




Hinduska piękność


Mięciutkie pukanie do drzwi. Do mojego gabinetu bezdźwięcznie wsunęła się khmerska recepcjonistka; ta sama, która chroniła mnie przed całym złem świata mogącym zakłócić spokój i skupienie dyrektora.

— Sir — zaczęła cichutko — sir pamięta naszą nastoletnią uczennicę z Indii?

— Oczywiście. Co z nią?

— Jej mama chciałaby panem porozmawiać, sir.

— O co chodzi?

— Mówi, że to — dziewczyna była zmieszana — sama nie wiem, może źle zrozumiałam. Magia i... psychologia?


Kilka dni później do mojego biura weszła nieprawdopodobnej urody wysoka, szczupła kobieta w średnim wieku, Hinduska o długich, kruczoczarnych włosach. Starsza z jej córek, w wieku pierwszych obcisłych sukienek, pierwszej szminki i podkręconych rzęs, uczyła się śpiewu u naszego filipińskiego nauczyciela.


Wysoka piękność była kobietą elegancką i naturalną, nie można było przeoczyć jej obecności. Do innych osób zwracała się bez tego wschodniego dystansu i ceremonii powitalnej. Nosiła się po zachodniemu, indyjskie akcenty kładła jedynie w skromnej biżuterii i drobnych wskazówkach w ubiorze. Do mojego khmerskiego personelu mówiła z szacunkiem i rezerwą. Stosunek zagranicznych klientów do moich lokalnych pracowników był papierkiem lakmusowym człowieka, dawał mi wskazówkę z jakim typem osoby mam do czynienia. Pracowały u mnie ciche, płochliwe, dwudziestokilkuletnie khmerskie dziewczęta, na których klienci z pewnych kultur ze szczególnym upodobaniem zdawali się wyżywać. Kwestią z zupełnie innej galaktyki zagadnień jest, czy osoby te były świadome, że przynosząc – być może – całkiem normalne obyczaje z własnych kultur, tutaj bywają odbierane jako szorstkie, wszystkoimsięnależące, agresywne, i czy w ogóle miało dla nich znaczenie, jak są odbierane. Taka postawa jest Khmerom obca, wprawia ich w zmieszanie, poczucie konfrontacji.


Dziewczęta z recepcji bezgłośnie, prawie niedostrzegalnie ustawiły przed nami orzeźwiające napoje i tak, jak przyszły, tak zniknęły. Moja gościni miała jedną z cech Wschodu, których niedobór odczuwam dotkliwie w Europie: cierpliwość. Mówiliśmy niegłośno i bez pośpiechu, pojedynczo. W pracy co dzień spotykałem kilkaset osób ze wszystkich stron świata. Nie hołduję anglosaskiemu obyczajowi zwracania się per „ty” do każdej nowo poznanej osoby; nieważne, co mi kto wyrzuci, w Azji Południowo-Wschodniej to nie jest najlepszy pomysł. Moja instytucja była nadzwyczajnie multikulturowa, a większość kultur nas tworzących ma silne tradycje. Jako dyrektor starałem się zachować choć najmniejsze oznaki szacunku do każdej z nich, przy najwcześniejszej sposobności prosiłem nowo poznanych o opowiedzenie mi o swojej kulturze.


Jeśli jednak nie wiesz, co robić, bądź szczery. Szczerość zawsze popłaca. W Azji opłaca się również uprzejmość, choćby zbędna.

— Madame, dziękuję za złożenie mi wizyty. Czemu ją zawdzięczam?

— Z całego serca dziękuję za znalezienie dla mnie czasu! Czy możemy swobodnie porozmawiać? — niemal rozejrzałem się z wrażenia. „Swobodnie”. Cóż za dziwne słowo jak na Kambodżę.

— Z największą przyjemnością — rzekłem.


W tyglu kulturowym mojej szkoły często nie wiedziałem, jak zwrócić się do nowej osoby. Radziłem się wtedy moich recepcjonistek, swoistych agentek Wywiadu Kulturowego, które miały niezwykłą intuicję, owo khmerskie wyczulenie na najdrobniejsze detale. Kiedy jest się pewnym siebie gościem z Europy, można pominąć konwenanse i zwracać się do ludzi wprost, jak na Zachodzie. Zdradza to wybaczalny brak obycia, lecz wyklucza pewną otwartość. Zamiast tego można użyć jednego z wyszukanych, skalibrowanych określeń personalnych z kultury naszego rozmówcy. Trudno powiedzieć, co gorsze, bo decydując się na ten drugi krok – w najlepszych nawet intencjach – okazać się można imbecylem.


Zamazane. Długowłosa dziewczyna w czerwonej sukience śpiewa do mikrofonu na tle panoramy miasta za oknem
Starsza z jej córek uczyła się śpiewu u naszego filipińskiego nauczyciela

Niektóre zwroty niosą bowiem wiadomość o tym, co myślisz o wieku, statusie społecznym, ważności drugiej osoby; i w tym można się boleśnie przeszacować. Gdy osobą po drugiej stronie jest kobieta, a szczególnie widocznie trochę starsza ode mnie, powinienem zachować najwyższą, ostateczną ostrożność. Delikatność w Kambodży nie ma ceny, a gdy najszlachetniejszy jej przejaw okaże się zbyt szorstkim, uratować się można bezpośredniością i czarem. Kosztująca wiele odwagi szczerość, którą wielu ludzi wciąż bierze za zawstydzające odsłonięcie słabości, obydwu stronom pomaga się otworzyć. Uśmiechnąłem się i zacząłem lekkim tonem:


— Madame, zanim przejdziemy do celu naszego spotkania, bardziej po wieku pani pociech, niż po czymkolwiek innym, wnoszę że mogła była pani cieszyć się tym światem już parę chwil wcześniej, nim mnie przyszło się z nim zaprzyjaźnić. Jesteśmy w moim biurze i skoro znajduje pani przyjemność bądź inny powód do rozmowy ze mną, chciałbym panią należycie uhonorować. Nie znając więc pani kultury zaoferować mogę to, co najlepsze w mojej, szczerość: proszę o podpowiedź, jaki sposób zwracania się do niej będzie najbardziej odpowiedni i najwięcej dla niej komfortowy? — widocznie rozbawiłem Hinduskę tą tyradą i sam się roześmiałem. Nie mogłem jednak być bardziej otwarty, co nigdy nie ujdzie uwadze osoby na co dzień patrzącej przed sobą na cały świat. Otwartość to swoisty znak rozpoznawczy.

— Ranjeeta — wyciągnęła dłoń zupełnie nie po azjatycku. — Mój mąż jest Francuzem, skończyłam studia na Zachodzie. Zwykłam używać pierwszego imienia. Dziękuję za ujmującą uprzejmość — uśmiechała się.

— Marcin — odwzajemniłem uścisk dłoni i uśmiech. — Co cię sprowadza, Ranjeeto?


Todd. Amerykański psycholog.


Ranjeeta od kilku lat była jego asystentką w Phnom Penh. Przed przyjazdem do Azji Todd pracował z młodzieżą gett i slumsów na przedmieściach Los Angeles oraz San Francisco. Z kłopotów, patologii i ulicznych rzezi wyciągał nastoletnich narkomanów, dilerów, rabusiów i morderców. Spędził dekadę prostując ścieżki życia dziewczętom oraz chłopcom, którzy machali nożami i strzelali z broni palnej do dzieciaków z sąsiedniej ulicy. Przeniósł się do Kambodży, by być z miłością życia.


Ranjeeta powiedziała, że jestem jednym z niewielu dyrektorów, którzy otwierają drzwi. Chciała porozmawiać. Chodzi o magię i psychologię. Todd tworzy projekt pomocy psychologicznej w fatalnych warunkach kambodżańskich. Dzięki nowym zajęciom dzieci będą uczyły się identyfikować, nazywać podstawowe uczucia i emocje, uwalniać stres, strach, relaksować się. Niektóre z ćwiczeń można wykonywać samodzielnie, gdy doświadcza się złych, silnych emocji. Będzie też wsparcie dla starszych.


Kilka dni później rozmawialiśmy w trójkę z Toddem i Ranjeetą. W szkołach nie ma psychologów, ale są uczniowie. Dzieci noszą małe problemy i wielkie dramaty. Przynoszą też kulturę, bardzo trudne do pracowania nad nim zjawisko, które łączy oraz dzieli, a w tym ostatnim – nie bierze jeńców. Człowiek najmniej gotów jest wyzbyć się tego, z czym się utożsamia. Często w plemienny sposób dzieli to ludzi na naszych i obcych. Jest na świecie kilka plemion, których nazwa we własnym języku oznacza „ludzie”, albo wręcz „prawdziwi ludzie”. Przełamanie natury plemiennej to następne wyzwanie człowieczeństwa. A jednak ludzie złego słowa nie dadzą powiedzieć o tym, co ich identyfikuje. Ci więc, którzy nie pasują – muszą z tym żyć, albo umrzeć.


Rozmyte zdjęcie dzieci biegających w deszczu przed żółtym budynkiem szkoły, centrum Phnom Penh
Dzieci w szkole, centralna dzielnica Phnom Penh, Boeung Keng Kang I

W tej kulturze odejść lub zostać odrzuconym przez rodzinę — znaczy umrzeć. Todd z Ranjeetą piszą pierwszy poradnik psychologiczny z prawdziwego zdarzenia dla Kambodżan. Kłopot w tym, że mieszkańcy Kambodży nie rozmawiają o problemach. Wcale nie dlatego, że ich nie mają. Nie dzielą się niczym. Chowają. W ich języku stres i depresja nie mają nawet nazw, jakby nie istniały.


Todd szuka pozytywnego języka do przełamywania tego tabu. Z pomocą dostępnych słów próbuje stworzyć słownictwo do opisu i dyskutowania stanów wewnętrznych oraz uczuć. Khmerzy tak bardzo nie rozmawiają o tych sprawach, że nie mają dla nich nazw. Zachodnia psychologia posługuje się niezrozumiałą terminologią nie mającą odpowiedników w khmerskiej mowie i kulturze. Todd i Ranjeeta chcą trafiać w sedno problemów, nadawać emocjom neutralne, zrozumiałe określenia, aby demaskować ciężkie uczucia, koić, leczyć. Chcą pomagać wyrażać to, czego doświadcza się w środku. Bez czarów i uroków.


Zapytałem, jak w takim razie dotąd o tym rozmawiano.

— Problemy, smutek, depresja, psychiczne wyczerpanie, wypalenie, to tematy tabu — odrzekł Todd. — Poruszanie ich przynosi nieszczęście. Ot, miejscowy przesąd. Kiedy ludzie nie widzą przyczyny, nikt przecież nie stoi przed nimi, nie bije, nie pali domu, ziemi, dorobku, nie odbiera życia, a jednak człowiek czuje się słaby i chory — to magia.


— Cierpienie odrzuconej miłości to magiczny urok. Jakże inaczej to wyjaśnić, skoro ludzie nadal chodzą do wróżek po eliksiry miłości.


— Kiedy ambitna dziewczyna pragnie się uczyć i zdobywać świat, ale każą jej iść za mężczyznę, który zapłacił rodzicom. Z ubezwłasnowolnienia, z obrzydzenia do niego i do siebie jej myśli lgną ku samobójstwu, gdzie jedynego zaznają ukojenia. To czary.


— Kiedy dziecko pracuje w polu, zamiast pójść do szkoły, a może z niedożywienia spowolnione jest w rozwoju; popada w apatię, smutek, inne dzieci się z niego śmieją. Bez wątpienia ktoś wysyła czarną magię przeciw rodzinie. Zamiast lepiej odżywić dziecko, wydają pieniądze na egzorcyzmy, które zostawią ślad na psychice.


— Kiedy z pobicia, nieraz połamana, oblana kwasem albo wrzącym olejem kobieta ucieknie z domu, to przez wpływ demonów. Normalna, zdrowa na umyśle kobieta chroni honoru męża i rodziny. Jaki czort musiał ją napaść, że odeszła! Nikt nie spojrzy na nią z szacunkiem; ani mąż, ani społeczność nie przyjmie jej z powrotem. Jakby się nie znali.


Kiedy ktoś rodzi się upośledzony, to przez zły urok.

Kiedy zostanie ofiarą wypadku, choćby z najczystszej głupoty, nie ma wątpliwości – to czarna magia. Za magią zaś skrywa się winny.


— Czy umiesz wytłumaczyć złamane serce, niespełnione marzenia, frustrację, ubezwłasnowolnienie, niemożliwe do spełnienia pragnienia? — spytała Ranjeeta. — Skradzione dzieciństwo, przemoc domowa, niedożywienie, defekty genetyczne, choroby, przepracowanie, głupota, czysty przypadek. Wyobraź sobie, że my właśnie próbujemy je nazwać.


Nie widać wroga, ale jesteś chory.

To satysfakcjonujący dowód czarnej magii.



Kyt


Pan Socheat uczył mnie języka khmerskiego. Na każdej lekcji pytał o moje samopoczucie. To nic niezwykłego, zwyczajowa formułka grzecznościowa. Tamtego dnia czułem się fatalnie po nieprzespanej nocy. W Kambodży zawsze odpowiadamy, że wszystko dobrze, nieważne czy by się waliło i paliło, albo zalało budynek do połowy, jak raz właśnie monsun zatopił dom pana Socheata.


Chociaż... nie było tak źle. Pod sufitem udało się powiesić hamaki i rodzina mogła spokojnie spać w zalanym domu.


Pan Socheat dbał, żebym bardzo dobrze znał obyczaje, dlatego bardzo dobrze je znałem. Nie mogłem nie spróbować chociaż raz. Musiałem wiedzieć, co jest po drugiej stronie.

Sou s'dey. Nyak sok sobay d'tey? — dzień dobry, jak się miewasz, spytał nauczyciel.

— Och, źle bardzo, nauczycielu! Nie spałem całą noc!

Kyt?! — spytał szczerze zaniepokojony pan Socheat.


Myśli?


— Nie myśleć. Niezdrowo — dodał.


To najwięcej, jak sobie w Kambodży od serca porozmawiałem o stresie, problemach i smutku.



គិត

[wym. kyt, ky'dt]

myśleć, myśl, -li, myślenie,

zastanawiać się, niepokoić

Kiedy ma się problemy i nie można przestać
obsesyjnie o nich myśleć,
to też jest kyt.


Czarna żółć


Spójrzmy z bliższej nam kulturowo perspektywy. Czarna magia jest o wiele bliżej nas, niżby mogło się wydawać; i nie jest wcale tak egzotyczna, daleka i kambodżańska, jakby się chciało, żeby była. Doprawdy – nikt nie ma na nią monopolu.


Kultura Zachodu wyrosła, rozprzestrzeniła się i zakwitła na skrzydłach myśli starożytnych Greków i Rzymian. Nie oni pierwsi dokonali wielkich osiągnięć cywilizacyjnych, ale piętno ich dorobku nadal wpływa na cały świat. Zawdzięczamy im, między innymi, próby zrozumienia przyczyn chronicznego smutku, zmęczenia, wypalenia. Okazuje się, że frustracja, brak poczucia celu, trudności z odnalezieniem się w rzeczywistości i złe myśli wcale nie są domeną naszych czasów.


Do XIX w. stan ten nazywano melancholią. Słowo to pochodzi z greki i dosłownie oznacza czarną żółć. Ileż żółci na kartach epiki, poezji, na pięciolinię i kolorem na płótno przelali artyści. Do czasów nowożytnych wierzono, że to prawdziwa substancja, której nadmiar powoduje stan przygnębienia, doświadczenie smutku. Niektórym nadal zdarza się, że ich żółć zalewa, choć akurat to powiedzenie wyraża uczucie dalekie od melancholii.


Filozofia grecka nazwała problem, lecz go nie rozwiązała. Człowiek w każdym zakamarku świata bywa wesoły i smutny, zdrowy na ciele i umyśle, ale „chory”. Przez tysiąclecia brakowało narzędzi porównawczych, diagnostyki oraz profesjonalnej praktyki bez uprzedzeń i niepokoju wynikającego z niezrozumienia. Aby oswoić sprawy nieznane, potencjalnie niebezpieczne, może zaraźliwe (!?), ludzie tłumaczyli je sobie magią. Łatwiej żyć, gdy winę za nieszczęścia zrzucić można na siły zewnętrzne. Łatwiej poddać się mocy, choćby wyimaginowanej, która większą jest od człowieka.


Od nie tak dawna wiemy, że umysł ofiary wydarzeń zaszłych z pominięciem jej woli, mocy i wpływu, szuka ukojenia w wytłumaczeniu. Jakiekolwiek wyjaśnienie jest tysiąckroć lepsze, niż pogodzenie się z bezwiednym, mimowolnym i zawstydzającym uczestnictwem w traumatycznym zdarzeniu. Najbardziej ze wszystkiego bowiem człowieka trwoży niezrozumienie i brak mocy nad zjawiskami. Umysł ludzki szuka czegokolwiek, by się chwycić. Często ofiara zaczyna obwiniać siebie, by rozwinąć w sobie złudzenie udziału, poczucie działania, kontroli. Dlatego tyle niejasnych sprawek ludzkich dostaje nie wiadomo skąd wzięte nazwy i z nimi idące rytuały, procedury, które nie przynoszą niczego oprócz iluzji kontroli, albo raczej złudzenie, że ktoś ją ma.


Czarno-białe róże na tle piaszczystej ziemi
Melancholia


Afrykański drapieżnik


Niemal satysfakcjonujące czarnej magii wyjaśnienie.


W filmie z bardzo znaną amerykańską aktorką młoda, czarnoskóra dziewczyna i jej bracia spędzają kilkanaście lat w obozie dla uchodźców wojennych na Saharze. Po długich staraniach zdobywają pozwolenie na wyjazd do Ameryki i azyl. Jeden z braci, bez sukcesów próbując różnych zachodnich prac, natrafiając na biurokrację, potworne w jego oczach marnotrawstwo wody i żywności, arogancję i tumiwisizm, popada w bezgraniczny smutek, w dławiącą frustrację.


Był pasterzem. Tamtego dnia rozpłakał się, patrząc na krowy na farmie.

— Co się stało? — spytał go farmer.

— Tęsknię za Sudanem… — odpowiedział.

— Dlaczego?

— Bo wiem, jak tam wygląda lew.




Ponlok


Jest świetnie wykształconą Khmerką z phnompeńskiej, profesorskiej rodziny z historią i tytułami. Wujek Ponlok jest ważną postacią życia publicznego. Ona sama pracowała w pewnym departamencie, aż zorientowała się, czym jest jednostka adopcyjna, w której znalazła zatrudnienie. Nie zniosła tego. Odeszła. Zaczęła pracę w sektorze prywatnym, zgodną ze swoim wykształceniem badaczki społecznej. Przeniosła się do korporacji medialnej o światowym zasięgu, która zakłada też organizacje pozarządowe w biednych krajach. Ich celem jest tworzenie kampanii edukacyjnych wychodzących naprzeciw lokalnym problemom.


Ponlok bada Kambodżę. Wyniki jej badań służą do projektowania kampanii społecznych, szkoleń i filmów wymierzonych w najbardziej zaniedbane sfery życia, z których wiele wciąż pozostaje tabu. Zespół badaczy i twórców musi pokonywać bariery kulturowe, żeby docierać do ludzi wbrew uprzedzeniom i błędnym przekonaniom.


Wiele razy przejechała Kambodżę wzdłuż i wszerz, rozmawiała z ludźmi wszystkich lokalnych narodowości i grup etnicznych. Zdarzało się, że musiała zmieniać ubiór, słownictwo i zachowanie, aby miejscowi przestali być podejrzliwi i zaczęli mówić otwarcie. Przyglądała się ich przekonaniom, animozjom, religiom, dostępowi do edukacji i materiałów szkolnych. Sprawdzała poziom techniki sanitarnej, higienę, śmiertelność dzieci, wiedzę o planowaniu rodziny i o zdrowiu kobiecym, o przemocy domowej, dostęp do czystej wody, lekarza, szpitala i wiele innych spraw, które nam nie przyszłyby do głowy (chociaż…). Wiele miejsc tego bloga zawdzięcza Ponlok opowieści z zakamarków, do których nie docierają dziennikarze ani podróżnicy. I w ogóle nikt inny tam nie dociera.


Opowiedziałem jej o spotkaniu z Toddem i Ranjeetą.


— Tak, ludzie bez edukacji myślą, że wszystko to magia — powiedziała Ponlok. — Poza tym Khmerzy wierzą w duchy. Wykształceni też — dodała bez zawahania.


(Również Ponlok nie mogła nic poradzić, że jej duchy wmówiono. Wiedziała, że nie ma, ale zaprogramowano jej, że są. Szczególnie w ciemności, gdzie są najbardziej. W wielu rodzinach śpi się po kilkoro w jednym łóżku. Nie tylko dlatego, że w domu jest jedno legowisko, że nie dla każdego znajdzie się oddzielne łóżko, ale ze strachu. Czy zastanawialiście się, dlaczego tłoczne ulice Kambodży całkowicie wyludniają się nocą?)


— Kiedy stanie się coś złego — tłumaczyła Ponlok — ludzie wierzą, że tuż obok nich, dosłownie fizycznie, jest ten rozgniewany duch. Ktoś go musiał zdenerwować. Dawniej szukali winnego, jest na to kod kulturowy, swoista procedura. Węszyli, aż znajdą. Ludzie rozumieją, że jak jest nieszczęście, to dlatego, że ktoś coś złego zrobił i siła nadprzyrodzona została obrażona. Muszą wypędzić ducha, nim posunie się dalej. Ale wypędzić nie można tak po prostu. Trzeba załagodzić, porozmawiać, przekupić, przebłagać. I ustalić czyja to sprawka. Może nawet ukarać winnego.

— Czy to jest w waszej religii? — spytałem. — Myślałem, że w buddyzmie nie ma duchów i potworów?

— Ludzie wierzą w duchy — powtórzyła Ponlok.


W Kambodży niewygodne odpowiedzi zwykle pozostają niewypowiedziane. Tak czy inaczej odpowiedź na pytanie o duchy w kambodżańskiej religii znaleźć musiałem sam.


Buddyzm od buddyzmu bywa bardzo różny. W Kambodży pełen jest wpływów hinduizmu, animizmu i kultu przodków. Niektóre z lokalnych plemion wciąż oddają się prehistorycznym praktykom magicznym. Opowiadam o tym w artykule „O Kambodży: historia, cz. 1/2”.


Ściana pokryta płaskorzeźbami przedstawiającymi mitologię hinduistyczną wewnątrz Angkor Wat
Setki metrów kamiennych ścian Angkor Wat, świątyni dzisiaj buddyjskiej, pokryto płaskorzeźbami ilustrującymi hinduistyczną mitologię magiczną

— U nas nie mówi się o złych rzeczach — tłumaczy mi Ponlok. — To przynosi pecha. Smutek udziela się jak zaraza. Wesoły spotyka smutnego i sam zaraz staje się smutny. Idzie dalej, smutkiem się dzieląc, aż trafi na kogoś o dobrej i silnej aurze magicznej, kto pokona demona i przywróci uśmiech.


— W ludobójstwie setki tysięcy kobiet, jak moja mama, straciły całe rodziny. Nigdy, przenigdy nie mogły o tym porozmawiać. Uważa się, że to nie wypada ani szczęścia nie przynosi, ani ulgi, ani nic. Trzeba unikać płaczu i najgorszych myśli. Łzy są niedobre. Tych, którzy wypowiadali złe słowa, spotykało wykluczenie. Nadal tak jest, nawet wśród inteligencji. Ludzie wtedy gadają między sobą, rzucają wrogie spojrzenia, odwracają się i przechodzą na drugą stronę ulicy.


W skupieniu słuchałem opowieści Ponlok, mówiła dalej:

— Mają prawo patrzeć na ciebie z góry. Boją się, że zdenerwujesz duchy, ściągniesz na innych swojego pecha, a może sam już uprawiasz czarownictwo. Nachodzą twoich bliskich, mówią: „zróbcie coś, bo to się źle skończy”. W końcu wyklucza cię własna rodzina, bo co ludzie powiedzą. U nas nie ma nic gorszego od odrzucenia przez krewnych. Złe myśli to podszepty demonów, a co przychodzi spoza świata fizycznego, to nic innego jak czarna magia. Jeśli opierasz się naciskom bliskich zbyt długo — zostajesz bez rodziny, a to – samo w sobie dowodzi czarnej magii.

— Czy teraz jest inaczej? — spytałem.

— Nadal praktycznie nie ma pomocy społecznej, niemal żadnego wsparcia. Do niedawna psychologia i psychiatria były brane jako rozmawianie z duchami, egzorcyzmy — rzekła.

— Czy to znaczy, że jeśli ludzie czegoś nie rozumieją i nie potrafią tego nazwać, to automatycznie ląduje w kategorii czarnej magii?

Jaah. B'pro hael. Baan. — Tak. Być może. Można [tak stwierdzić]. Odpowiedziała Ponlok.



Khmerski psycholog


Sovann był przyjacielem mojej znajomej. Przedstawiła mi go na bankiecie rządowym. W ich przypadku słowo przyjaźń może nazbyt jest wybujałym, bo Kambodżanie w relacjach zachowują duży dystans. W każdym razie znali się z podstawówki w dzielnicy Boeung Keng Kang I, do której w latach dziewięćdziesiątych aspirujące do najwyższych godności w państwie „prawie najwyższe elity polityczne” posyłały dzieci. Sovann miał rodzinę w rządzie i wszystko podane na tacy; życie łatwe, proste, cacy. Ktoś z jego bliskich nosił bardzo znaczącą w Kambodży godność ekscelencji oraz nic nie znaczącą pieczątkę; taką malutką piecząteczkę, bez której żadna budowa w okolicy jednego z najszybciej na świecie rozwijających się miast, Phnom Penh, nie mogła się rozpocząć.


Chłopak stawał się mężczyzną w jednej z największych stolic Azji, gdzie ze studiami na międzynarodowym uniwersytecie radził sobie nie najlepiej, ale pieniędzy nie brakowało. Nie musiał pracować. Mimo to wakacje spędzał na świetnie płatnych praktykach w wysokich departamentach ministerstwa. Jego zadania ograniczały się do nienagannego wyglądania, grania na komórce i kłaniania się w pas bardzo mu łaskawym urzędnikom, zawsze aspirującym do przeniesienia się choćby o jeden pokój w głąb korytarza, na końcu którego były dwa sekretariaty. Strzegły one wejścia do obszernego gabinetu z ogromnym biurkiem jakiegoś kuzyna żony stryja matki Sovanna. Można powiedzieć, że prawie nie było między nimi więzów rodzinnych.


Jako świeżo upieczony magister psychologii Sovann dostał się na prestiżowy staż w Singapurze. Terminował w jednej z najlepszych klinik w tej prężnej stolicy Azji Południowo-Wschodniej. Stażyści z krajów rozwijających się nie przechodzili rekrutacji, selekcjonowały ich lokalne ministerstwa. Spośród setki kandydatów z Kambodży nasz Sovann na pewno był w czymś najlepszy. Tak orzekła komisja ministerialna i niniejszym nasz znajomy przebimbał następne dwa lata za granicą. Singapur to nie przelewki. W jednej z najlepszych azjatyckich klinik nikt nie pozwoliłby zrobić czegokolwiek nowicjuszowi z wątpliwym wykształceniem. Było mu to zresztą całkiem w smak.


Widok drapaczy chmur i łodzi na wodzie w centrum Singapuru nocą
Centrum Singapuru nocą

Po dwóch latach uciążliwego latania co kilka tygodni do Kambodży na weekendy z rodziną i khmerskie święta, Sovann na dobre wrócił do swojego kraju. Od dumnych rodziców odebrał kluczyki do nowego lexusa i otworzył praktykę w sporym lokalu na jednym z deweloperskich osiedli swojego wujka. Mieszkania i domy na tych osiedlach wykupowali bogaci, zamieszkiwała je zaś rodząca się w boomie nowych czasów klasa średnia i obcokrajowcy.


Sovann już jako nastolatek był apatyczny, ale teraz zmuszał się do każdego uśmiechu. Miał swoje lata i oczekiwano, że założy rodzinę. Za kilka lat stuknie mu trzydziestka, a on nie ma jeszcze narzeczonej. W ministerstwie, biznesie czy w sąsiedztwie zawsze znajdzie się panna na wydaniu. Nie ma już kast, ale swój swego trzymać się powinien. Krewni znaleźli wyjątkowo intratną rodzinę do wżenienia się. Dom dla młodych na obrzeżach miasta odnowią na czas. Kiedy urodzą się dzieci, dużego lexusa zamieni się na wielkiego lexusa. Sprawy rozwijały się nadzwyczaj pomyślnie, ale Sovann czuł się chory. Męczyło go chroniczne przygnębienie, wycieńczenie psychiczne, poczucie beznadziei i braku kontroli nad własnym życiem. Doradzał osobom i małżeństwom z elit oraz wschodzącej klasy średniej, którzy słyszeli o zbawiennym wpływie rozmowy ze specjalistą na psychikę. Nowość, która, jak Coca-Cola, przyszła z Zachodu.


Sovann od dziecka miał zaszczepioną wiarę w tę tak słynną karmę. Większość ludzi błędnie karmę pojmuje. Nie jest to żadna bogini ani siła, ani inna postać decydująca o losie. Karma w ogóle nie jest bytem i niczego nie determinuje. To jest idea opisująca pewne logiczne następstwo, jak prawo przyczyny i skutku, któremu podlega dusza bez względu na cykl życia i śmierci. Dusza jest nieśmiertelna i wciela się w kolejne ciała, jakby zmieniała pojazdy. Karma zaś to w wielkim uproszczeniu ogólny bilans dobra i zła uczynionego przez duszę. Ten rachunek w całości zależy od nas samych. To tak proste, jak nasze powiedzenie: „każdy jest kowalem swojego losu”. Ciało i życie niewiele mają tu do rzeczy. Karma nikomu nie może nic zrobić, bo nie jest żadną siłą ani osobą. Na pewno niczego nie determinuje, ale nawet jej szczerzy wyznawcy bywają w błędzie. Powiedzmy bardziej otwarcie: oni się w tym błędzie lubują. Biorą co ich spotyka za dane i nieodmienne. I mają spokój.

Ogromna martwa mucha na piasku jedzona przez mrówki
Depresja

Sovann jest wykształconym psychologiem w głębokiej depresji. Wierzy wszak, że w którymś z poprzednich wcieleń padł ofiarą czarnej magii. Sovann nie może nic z tym zrobić. Taka karma.


Historia Sovanna jest autentyczna. Zmieniłem tylko imię.


Depresja


Kiedy człowiek jest zdrowy, ale czuje się chory. Oczywiście, że czarna magia.



Krowa i Tygrys


Dostawca w firmie mojej przyjaciółki był człowiekiem poczciwym, bardzo prostym, co nie znaczy, że czegoś mu brakowało. Lojalny i spokojny, ze swoim dzielnym motorkiem honda był dobrym pracownikiem. Pewnego dnia wrócił od jednej z klientek zdenerwowany i roztrzęsiony. Trudno było czegokolwiek się od niego dowiedzieć. Wystękał tylko, że do „tej kobiety” nigdy, przenigdy więcej nie pojedzie. „Ta kobieta” była właścicielką sklepu. Mężczyzna odmówił z nią wszelkiej współpracy, jakiegokolwiek widzenia, a nawet zbliżania się do jej siedzib. Dostawca otrzymywał wynagrodzenie, a tymczasem, bez podania przyczyny, odmawiał wykonywania pracy.

Bong, ale co się stało? — spytała dostawcę moja przyjaciółka.

— Nie, więcej nie jadę. Nie mogę, boss — odpowiedział.

— Ale jak to? Przecież jesteś dostawcą, bong. Co ja mam zrobić? Nie mogę powiedzieć dobrej klientce, że już nie przywieziemy produktów.

— Nie, nigdy nie pojadę.

— Ale dlaczego? Strzelała do ciebie? Groziła? Była nieuprzejma, niemiła? Powiedziała coś obraźliwego, bong?

— Nie...

— To może pojedźmy do niej wspólnie? Porozmawiamy i wszystko wyjaśnimy?

— Nie…

— To co ja mam zrobić?

Brak odpowiedzi. Gdy nie wiadomo, co odpowiedzieć, zapada cisza, która nie ma przerwy.

Minęło trochę czasu, zanim sytuację wyjaśniła jedna z pracownic produkcji, jeśli dobrze pamiętam – szwagierka dostawcy. Otóż, pan doręczyciel był krową, a pani klientka tygrysem. Pan śmiertelnie się bał, ponieważ uczciwie i szczerze wierzył, że znaki chińskiego horoskopu mają fundamentalne, magiczne znaczenie w życiu i śmierci człowieka. Nie on jeden ani nie on pierwszy.


Wieża świątyni hinduistycznej w centrum Singapuru
Hinduistyczna świątynia w centrum Singapuru

Ktoś w Azji powiedział mi, że z całą magią, z tymi siłami, które bezceremonialnie łamią niepokonane prawa fizyki, to jest tylko jedna rzecz: jak bardzo ktoś wierzy, nauczyli go wierzyć, chce wierzyć i, czasami, jak dalece gotów jest się posunąć w imię tego, w co wierzy.



Indyjski święty raz jeszcze


W pierwszej części „Czarnej magii” opowiedziałem, jak zatrzymał mnie w Siem Reap na ulicy słowami: Hey! You have a lucky face. Kilka tygodni później wpadłem na niego w bocznej uliczce w centrum Phnom Penh. Przypomniałem mu się. Nie wyglądał na zachwyconego ponownym spotkaniem.


Twierdził, że zbiera pieniądze dla dzieci z domu dziecka w Maharasztrze. Choć wcale go o to nie prosiłem, wróżył mi i przekonywał, że moje fatalne samopoczucie spowodowane było czarną magią wysyłaną przez moją partnerkę życiową, która została w Europie.


Wedle indyjskiego świętego mój dławiący ból rozstania z ukochaną był dowodem jej czarów.


Gdybym nie wiedział, czym

jest złamane serce,

niedotrzymane obietnice,

frustracja,

niemoc,

niewiedza,

przytłoczenie,

tęsknota za domem,

bigosem, barszczem

i poranną bułką z mokotowskiego blaszaka,

którą jadłem tyle razy,

że raczej powinna mi zbrzydnąć,

niż bym miał za nią tęsknić,


gdybym nie rozumiał,

że zdarzają się chwile

w których można

czuć się chorym

bez wyraźnego powodu,


uderzonym czyimś słowem,

spojrzeniem,

tonem głosu,

zdradą,

oszustwem,


milczeniem,