• Mister Marcin

Kambodża. Przyjazd i początek...

Zaktualizowano: 5 sty


Pomnik Niepodległości w centrum Phnom Penh
Independence Monument, Phnom Penh


W sierpniowe popołudnie w 2015 roku przyleciałem do Kambodży.

Przyjechałem o dwóch walizkach, z jednym tylko z moich licznych instrumentów muzycznych i z rocznym kontraktem w kieszeni. Wyszedłem z lotniska w Phnom Penh. Jak wybuchający granat, po raz pierwszy uderzyło we mnie gorące, wilgotne powietrze Kambodży. Rozpoczął się


Doktorat z cierpliwości



 

Odebrała mnie młoda kobieta imieniem Eden. Przyjechałem zastąpić ją na stanowisku dyrektora najstarszej szkoły muzycznej w Kambodży. Pochodziła z Tajwanu; uczyła gry na instrumentach, zarządzała szkołą oraz rozwijała edukację artystyczną – dziedzinę w kraju Khmerów nową i, z wyjątkiem sztuki tradycyjnej, zaniedbaną. Po kilku latach w Kambodży Eden chciała wrócić do swojej ojczyzny, by założyć planowaną od dawna rodzinę. Wychodziłem z phnompeńskiego lotniska oszołomiony podróżą, przeprowadzką oraz wydarzeniami, które tego dnia przywiodły mnie w to miejsce. Przez zmęczenie i nadmierną ilość wrażeń z trudem ufałem własnym zmysłom.


Rozpoznała mnie, z daleka machała na powitanie. Dalekowschodni, niemal wojskowy dryl Eden przykuł całą moją uwagę. Jej wyprostowana, surowa postać oderwała mnie od własnych myśli, otoczenia, abstrakcyjnej w swej istocie i w moim odczuciu sytuacji, w której na własne życzenie się znalazłem. Nie wiem, czy to bardziej z niedowierzania, podekscytowania, czy od wilgotnego powietrza tropików czułem, jakby brakowało mi powietrza. W duchu głos mój wewnętrzny powtarzał: ja naprawdę to zrobiłem!


Tajwańską twarz Eden widziałem wcześniej w okienku na ekranie komputera, ale żywa postać przede mną wyglądała jak z filmu; trudno uwierzyć w jej istnienie. Z chwilą naszego pierwszego spotkania doświadczyłem całkowitej inności tej kobiety, jej do szpiku kości odrębności ode mnie, naszego obopólnego rozdzielenia obyczajem, oczekiwaniami, reakcjami, nazywaniem rzeczy i braniem ich w rachubę. A jednak z mojej towarzyszki biła życzliwość i owa wschodnia usłużność, z którą nie byłem jeszcze zaznajomiony. Dalekowschodnia, kobieca postać jak z innego świata i ludzie wokół – oddzielni od nas – intrygowali mnie. Ich spojrzenia były niczym krzyżacka tortura kroplą wody: jedna czy kilka kropel nie sprawia różnicy, lecz równomierne, długotrwałe kapanie prowadzi do szaleństwa. Wszechobecne mną zdziwienie poczęło budzić ziarnko niepewności. Jestem w Kambodży! Ja sam wobec wszystkiego i wszystko wobec mnie. Jestem obcy. Spojrzenia ludzkie – zaciekawione, zdziwione, zbyt długie i z podniesionymi brwiami – wymownie odmawiały mi wtopienia się w tło, czego najbardziej właśnie po długiej podróży pragnąłem.


Nienaganna angielszczyzna Eden podszyta była „zjadającą” końcówki wyrazów, zmiękczającą słowa melodią języka mandaryńskiego. Wymowa kobiety zdawała się być całkiem czytelną, a jednak myliła niczym film, w którym napisy na ekranie nie zgadzają się z kwestią wypowiadaną przez aktora. Jakże obcą zdawała mi się ta kobieta. Sztuczna i odprężona zarazem; a jednak sztuczna całkiem inaczej, niż my byśmy byli sztuczni; zrelaksowana w zupełnie innych gestach i czynnościach, w zaprzeczający własnej powadze sposób, jakim człowiek zachodniej kultury nie pozwoliłby sobie odsłonić się przy ludziach.


Podjechał samochód. Uśmiechnięty kierowca uwinął się z moimi walizkami i w swej uczynności prawie wyrwał mi z ręki instrument, którego za żadne skarby nie chciałem chować w bagażniku. Moja towarzyszka powstrzymała nieszczęśnika ostrym jak cięcie brzytwy tonem, a przez mężczyznę (i przez mój grzbiet) przeszedł prąd. Kobieta natychmiast wróciła do zwykłej rozmowy jak gdyby nigdy nic. Kierowca zaś pokornie zgiął kark, otworzył przed nami tylne drzwi, schował się za kierownicą i czekał.


Na znak ruszyliśmy. Za oknem wygodnego samochodu przesuwały się sceny jak z tłocznych miast w filmach i powieściach wojennych rozgrywających się w tropikalnej Azji. Tak właśnie widziałem Kambodżę po raz pierwszy. Jak na ekranie. Myślałem dotychczas, że filmowe ulice egzotycznych miast wyglądały na brudne, ciasne i tłoczne, bo była tam wojna, lecz one po prostu tak wyglądają; nie pomogło mi to w adaptacji do nowego otoczenia. Na tylnej kanapie wygodnej toyoty chłonąłem moją dziewiczą przejażdżkę wąskimi, tłocznymi zakamarkami Phnom Penh. Klimatyzowane auto chroniło mnie przed zbyt nachalnym pierwszym kontaktem z rzeczywistością zza okna. Przed obcym zapachem kraju, którego nigdy nie zapomnę. Ani kraju, ani zapachu.


Tuktukiem przez świątynie Angkor Wat
Tuktukiem przez świątynie Angkoru

Jeszcze kilka tygodni wcześniej zdawało mi się, że ta podróż to mrzonka. Niełatwą decyzją, z biletem w jedną stronę – zmieniłem otoczenie, styl życia, pracę, wszystko. Z pierwszym uderzeniem mokrego gorąca, tego ukropu oblepiającego ciało w ułamku sekundy niczym powietrze chciwie wdzierające się w próżnię, nieznany świat wybrzmiewający obcymi językami, obca kultura i niezrozumiali ludzie wypełnili puste miejsce po wszystkim, co dwadzieścia dwie godziny wcześniej zostawiłem w Warszawie. Nikogo tu nie znałem. Nie wiedziałem, co mnie spotka. To było fascynujące i przerażające zarazem.


Odrywając się od płyty Lotniska Fryderyka Chopina opuściłem wszystko, co tamtego dnia można by zmieścić w słowie „dotychczas”. Zostawiłem w Polsce i Europie trzy dekady swojej wędrówki, rodzinę, przyjaciół, przedmioty życia codziennego, setki książek, zawieszonych planów, tysiące wspomnień, ciąg lekcji, porażek i sukcesów, które można opisać słowem kariera. Wszystko, co było dla mnie punktem odniesienia, co mnie w jakiś sposób definiowało, zostało w kartonowych kapsułach czasu w piwnicy moich rodziców i na poddaszu obszernego domu przyjaciół w Pruszkowie. Tak rozpoczyna się ta historia.


 

Phnom Penh przyjęło mnie dziesiątego sierpnia. Zszokowany zapachem osnuwającym jego ulice odniosłem wrażenie, że na mój przyjazd się nie umyło, ale to miasto właśnie tak pachnie i są ludzie, którzy ów zapach mają za przyjemną woń domu.


 

Mój pobyt zaplanowany był na rok; na jeden zwykły obieg Matki Ziemi wokół Słońca. Podczas któregoś wieczornego cocktail party w kręgu obcokrajowców zamieszkujących khmerską krainę ktoś wyszeptał mi do ucha przestrogę uchodzącą tu za dowcipną.


Strzeż się Kambodży. Przyjeżdżasz na kilka miesięcy. Pewnego ranka budzisz się i odkrywasz, że minęło dziesięć lat.

Miałem przez jeden rok pracować jako dyrektor międzynarodowej szkoły muzycznej, nauczyciel, gościnny profesor Królewskiego Uniwersytetu Sztuk Pięknych. Później chciałem pojechać w podróż po Azji, a następnie wrócić do Europy i używać szczęścia z mieszkającą w Niemczech ukochaną. Myślałem, że pójdzie inaczej, niż się ostatecznie ułożyło i przewrotnie, w najbardziej dosłownym sensie – dokładnie odgadłem przyszłość. W istocie wszystko poszło wbrew planom.


Sok palmowy street food kambodża
Sprzedawca świeżo wyciskanego soku z trzciny cukrowej

Kambodża potrafi obdarować tym, czego pragniemy, choć zawsze znajdzie sposób, żeby obrót spraw poszedł w niespodziewanym kierunku. Jeśli mamy pragnienia duchowe, może nam się trafić materialne zrządzenie losu. Kiedy zaś pragniemy dobra materialnego w sposób, w jaki po ludzku się pragnie, Kambodża, przewrotna kochanka, obdaruje nas najwyżej w przenośni, ulotnie, w jakimś sensie. Gdy coś ma być na dzisiaj, znajdzie się w przyszłości, kiedy dawno zapomniane nie będzie miało już znaczenia. Jeśli ważne zdarzenie ma dojść do skutku i wydarzyć się w określonym terminie, potrzeba gamy magicznych sztuczek, żeby, po pierwsze, wydarzyło się, a po wtóre (i niemal niemożliwe) – zaszło w zaplanowanym czasie. Takie są kambodżańskie porządki.


Częstokroć zdać sobie z nich sprawę trzeba samemu. Różne przypadki przychodzą tutaj bowiem cichutko, niepostrzeżenie i boso stąpanymi stópkami. Nie zdradzają się aż jest zbyt późno, skrywają się pod płaszczykiem niewiedzy, a dla obcych nie mają tej wyjątkowej właściwości zwanej przeczuciem. Kambodżańskie sprawki i prawidła bezgłośnie czekają w ciemnych zakamarkach kultury oraz obyczaju, aż zostaną dostrzeżone; z reguły po szkodzie.


Nie chcę wprowadzić Czytelnika w mylne przekonanie, że sprawy dzieją się tu na opak, wbrew naszym planom. Jest nieco inaczej: dzieją się tak, jak chcą i codziennie trzeba wybierać czy nam to odpowiada, czy nie.


W Kambodży dość prędko opuściła mnie moja największa motywacja do powrotu do Europy, czyli kobieta, a ściślej – mój z nią związek. W drobiazgi tych zdarzeń nie ma powodów Czytelnika angażować. Wystarczy powiedzieć, że doskwierała mi ta nagła pustka, a życie utrudniała samotność w obcym kraju, w nieznanej kulturze, bez znajomości lokalnego języka, bez cennych, wieloletnich przyjaciół u boku. Zostałem z nieaktualnym planem na „resztę życia”, lecz nic nie trwa przecież wiecznie, a przyszłość miała tę zaletę, że znów była swoistą tabula rasa. Stałem przed nowymi wyzwaniami. W tym nowym, do niczego niepodobnym otoczeniu musiałem wynajdować nowe sposoby na pracę i życie.


 

Człowiek nie rozumie człowieka

Siła porozumienia


Opowiadając o Kambodży próbuję wyjaśnić, jakie to uczucie tłumaczyć rzeczy najoczywistsze ludziom nie rozumiejącym mnie kulturowo i zawodowo. Osobom, które nie są winne tego niezrozumienia.

Jak zaskakująco sprawy dla jednych oczywiste niczym dzień i noc, komu innemu absurdem się wydają.

Przedstawię to kilkoma obrazami. Niniejszy artykuł opowiada o początku mojej kambodżańskiej podróży, kiedy wszystko wydawało mi się obce i dopiero wiele miesięcy później zacząć miałem pojmować miejscowy sposób postrzegania świata. Popatrzymy moimi, wówczas niczego nie rozumiejącymi, oczami, które widziały to tak:


Z namysłem budujesz przedsięwzięcie, przyjmujesz plan, wielokrotnie go egzaminujesz, odrzucasz marne elementy, dodajesz i weryfikujesz jego szczegóły aż do osiągnięcia harmonii. Jest takie uczucie, gdy ujeżdżasz fale wzburzonego oceanu, rzucasz wyzwanie tajfunom i szkwałom, wyzywasz je i pędzisz wprost w ich serce, by je rozpłatać. To uczucie, gdy przewodzisz sprawie wartej wysiłku i zmian. Masz świat do naprawienia. Wówczas jedna z ciasno zebranych wokół osób zadaje pierwsze pytanie, które uświadamia ci, że tkwisz w rozklekotanym krześle i na razie nie tyle nie ma oceanu, co nawet nie jest mokro. Musisz wytłumaczyć słowa i myśli oczywiste w swoim świecie, a oswojenie nowego zespołu z tym sposobem myślenia zajmie kilka miesięcy. Musisz też wytłumaczyć się z niektórych idei, bo nie wszyscy do nich żywią sympatię. Niektóre pomysły są temu czy owemu całkowicie obce.


Gdy latasz wysoko, boleśnie spadasz.


To uczucie, gdy pędzisz błyskawicznym, jak Shinkansen, pociągiem, i tuż przed stacją końcową dostrzegasz, że inni nie wsiedli. Ów moment, gdy rozgrywasz piękną partię strategicznej gry i orientujesz się, że pozostali gracze nie znają zasad i nie wybrali nawet pionków. Sam musiałem się nauczyć, gdzie ci dobrzy ludzie, na swój sposób, we własnej podróży.


Zarządzałem personelem złożonym z osób pochodzących z czterech kontynentów, pod rozmaitymi względami obcymi mnie i sobie nawzajem. Zastałem kulturę pracy, w której wiedza menedżerska i doświadczenie przywiezione z różnych krajów nie na wiele się zdały. Nie była to improwizacja, ale nauka poruszania się po omacku w innym świecie. Doskwierało mi wiele pomniejszych niedogodności związanych z pogodą, ruchem, zapachami, wścibskimi na mój gust pytaniami o moje zarobki i stan cywilny, z natręctwem ludzi ulicy, a na domiar złego dokuczało mi kambodżańskie jedzenie. Nawet bliskie Polakowi pokarmy: pomidor, marchewka, makaron, masło czy chleb nie smakują tak samo, ich smak nie daje pierwiastka spełnienia, tego uczucia przyjemnej iluzji domu. Nie chodzi o to, że jedzenie jest złe. Ono po prostu jest całkiem inne. Nie od razu wiedziałem, gdzie kupić składniki na potrawy bliskie polskiej kuchni.


Również kawa i herbata są inne. Kambodżańską, orzeszkową w smaku kawę z czasem polubiłem. Do herbaty przywykłem dzięki moim pracownikom, którzy nauczyli mnie „po swojemu” pić ten boski napój Dalekiego Wschodu. W sekretne arkana starożytnej sztuki herbaty wprowadzali mnie mistrzowie ceremonii herbacianej.


 

Moc uderzenia

moc przeczekania


W gwałtownych zmianach oraz w przytłaczająco obcym kraju moją poczytalność ocaliła pasja do nauki, zamiłowanie do obserwacji, rozpoznania nowego terenu i zdobywania go na jego warunkach, aby na koniec postawić swoje.


Na kilka pierwszych miesięcy zamarłem, tkwiłem w zawieszeniu, malignie. Nie fizycznie, ale jakoś tak... wewnętrznie. Zdarzało mi się siadać w biurze z gorącą kawą przed komputerem o godzinie dziewiątej rano, a kwadrans po jedenastej, z zimnym kubkiem w dłoni, łapałem się na bezrozumnym czytaniu w kółko tego samego zdania. W nowej sytuacji moim sercem rządziły stare uczucia. Kto tego nie zna, winszuję, a nawet zazdroszczę. Dzielę się z Czytelnikiem osobistą, intymną w moim poczuciu sytuacją dla zaskakującej przyczyny.


Owo środkowe, wewnętrzne zamarcie na kilka pierwszych miesięcy po opuszczeniu mnie przez życiową partnerkę paradoksalnie okazało się przyczyną późniejszych sukcesów. Pierwsze spojrzenie na Kambodżę dało mi jej obraz, w którym wszystko było źle, bez jakiegokolwiek standardu i o wiele zbyt daleko za znanym mi światem. Wiele rzeczy zdawało mi się nieakceptowalnymi. Zastanawiałem się, jak tak można! Czułem się, jak superbohater mający receptę na wszystko, co było u nich źle. Chciałem zmazać miejscowy chaos i stworzyć świat od nowa, dobrze. Entuzjazm wszak tratuje sam siebie. Ludzie stają się ofiarami własnego i cudzego entuzjazmu; ja sam tylko przypadkiem takich ofiar nie spowodowałem.


Uderzenie w moim życiu osobistym przyszło nieco ponad miesiąc po przyjeździe do Kambodży, a przechodzić zaczęło kilka miesięcy później, w całkiem dobrym po temu czasie. W trakcie tego zatrzymania nauczyłem się funkcjonować wśród Khmerów, być z nimi, prowadzić moją instytucję w zgodzie z ich zasadami i nie zwariować, mając w głowie porównanie z pierwszymi ligami muzycznymi w Europie, z którymi byłem zaprzyjaźniony zawodowo.


Angkor Wat świątynia bezdomny pies dżungla
Pies w kolorach dżungli

Niecałe pół roku później, gdy wybudziłem się z letargu – nie tylko nie zburzyłem jeszcze zastanych porządków, ale zaczynałem rozumieć pokrętną, wymykającą się obserwacjom i logice naturę kambodżańskiego myślenia. Zastanawiałem się, jak wyjść naprzeciw tym warunkom. Zaczęła się egzotyczna przygoda, w której mój zespół ludzi z czternastu krajów, czterech kontynentów, przynajmniej siedmiu wyznań i o wykształceniu począwszy od szkółki średniej na Filipinach a skończywszy na Uniwersytecie Oxfordzkim (prawda!), stał się okrętem tnącym fale otwartego oceanu. Wspólnie obraliśmy odległy cel leżący (być może) poza naszym horyzontem; mieliśmy świadomość, że przed nami długa droga, która po latach doprowadzi nas w okolice, z których inni sto lat temu rozpoczynali. Nie ważne. Każdego dnia wstawałem wiedząc, że nikt inny tej pracy za mnie nie wykona.


Czasem wprawiało mnie to w uczucie skrajnej frustracji. Mogłem siedzieć sobie w wygodnej Europie i pracować na wysokim poziomie, lecz byłaby to tak dobrze mi znana wegetacja w ukończonym już, stojącym na twardych fundamentach, filozoficznie i mentalnie zabetonowanym, ostatecznie ustanowionym środowisku, które powolnie ewoluuje i czasami, spóźnione o dwadzieścia lat, dociera w jakieś nowe rejony. W tych dniach, gdy otwierałem rano oczy i uświadamiałem sobie swoje położenie w sercu Phnom Penh, a przez głowę zaczynały mi przebiegać myśli rodem z Dnia świra, „k..., co ja sobie najlepszego zrobiłem!”, pojawiała się pokusa, by wrócić i osiąść.


Tymczasem kiedy w Europie zdarzają się przeciągłe, płaskie okresy satysfakcji lub niespełnienia, szczęścia lub zgorzknienia, w Kambodży dni są zupełnie rozchwiane, nierówne, i codziennie wszystko jest jakby od nowa. Pomiędzy dni frustracji i tęsknoty, dość gęsto powtykane są te, w których czuję, że jestem właściwą osobą


na właściwym stanowisku

otoczoną właściwymi ludźmi

we właściwym miejscu i czasie,

robiącą właściwą rzecz

z właściwych przyczyn

i dla właściwych celów.


Na skrzydłach jasnej myśli dotarło do mnie, że choć w Kambodży zaczynamy niemal od nagiej ziemi, nie musimy popełnić wszystkich błędów Zachodu, których, nawiasem mówiąc, sam byłem ofiarą. Co prawda po Czerwonych Khmerach Kambodża cierpi niedobór wykwalifikowanych kadr edukacyjnych i naukowych, ale


rozwinięte kraje popełniły już dla nas wszystkie najgorsze błędy, na których możemy uczyć się, by obrać lepszą drogę.

 

Gdy nie wiesz, co chcesz robić, ucz się prędko uczyć


Przez szereg lat młodości, gdy inni już wiedzieli, co chcą w życiu robić, ja ćwiczyłem swoje gamy i w domowym zaciszu studiowałem umiejętność szybkiej nauki. Takiej wiedzy nie zdobywa się na uniwersytecie. Myślałem, że kiedyś odkryję swoje powołanie, dlatego warto umieć prędko się uczyć. Robiłem pasjonujące rzeczy, lecz nie wiedziałem, do czego ostatecznie zechcę przylgnąć. Nauczyłem się szybko dostosowywać, panować nad nerwami swoimi i innych, działać z namysłem i rozsądkiem w przedziwnych warunkach, a nawet w sytuacjach absurdalnych i niebezpiecznych. W Polsce i w Europie obracałem się w środowiskach artystów, div operowych, wielkich dyrygentów i – co chyba spotykane bywa nie tylko wśród artystów – małych osobowości o dużych, rozbuchanych ego, if you know what I mean.


W Azji to się zmieniło; bardziej przez przypadek, niż z wyboru. Otoczyli mnie profesorowie, „wielcy” na miejscową skalę politycy, azjatyccy przedsiębiorcy, szefowie międzynarodowych instytucji i organizacji pozarządowych, ekscentryczne postacie bogaczy i obieżyświatów szukających przysłowiowego guza dla frajdy czerpania z życia pełnymi garściami. Elity nowego kraju, mieniąca się mieszanina charakterów, rozmaitość pochodzenia i osobistych historii expatów rzuconych przez los na rdzawo-czerwoną od tlenków żelaza ziemię Królestwa Khmerów rozpoczęły zupełnie nowy rozdział mojego życia.


 

Najtrudniejsza scena

Phnom Penh czarne niebo ulewa chmury monsun
Tropikalne niebo tuż przed ulewą

Kambodża zrobiła coś, co nie udało się żadnej estradzie, najtrudniejszym występom i sprawdzianom w mojej karierze muzycznej: rzuciła mnie na kolana. Ocean nowości był zbyt głęboki by się odbić od dna. Uczyłem się łapać powietrze w krótkich chwilach nad powierzchnią. Azja uczy, że wszystko ma cel i Azjaci w to wierzą. Na jednym z nudnych bankietów przy okazji występu filipińskiego baletu na międzynarodowych uroczystościach ASEAN w Phnom Penh, pewna zagraniczna dama z kieliszkiem rozwodziła się nad przysłowiem blessing in disguise. Czasami frazę tę tłumaczy się jako „szczęście w nieszczęściu”, ale to niezupełnie to samo. Blessing in disguise to błogosławieństwo w przebraniu. To małe nieszczęście, które oszczędza nas od wielkiej tragedii. To nie dotarcie na samolot, który zostanie uprowadzony lub rozbije się. To nie doczekać się umówionej osoby i pójść sobie, zanim ona przyjdzie rozmontować nam życie.


Na złowrogo granatowym niebie pojawia się silver lining, srebrna obwódka promieni słońca wokół chmury. To wskazówka, że jesteś na właściwej drodze. Na wysoką czułość nastaw anteny, otwórz oczy, idź. Kiedy najbardziej się boisz, to znak do zrobienia pierwszego kroku. Kiedy jesteś poza strefą komfortu, to właśnie wskazówka potencjału do zmian. Możesz nimi kierować.


Silver lining, promienie słońca wokół chmury na tle nieba
Silver lining (źródło: WIX)

 

Kiedy ma zaboleć


W niektórych sytuacjach można powiedzieć: lepiej dzisiaj niż jutro. Szczególnie, gdy ktoś ma Cię kopnąć w którąś z bardziej (mówiąc monty-pythonowsko) „niesfornych”, przysłowiowych części ciała. Zawsze to o jeden dzień mniej stracony na złą sytuację lub nieodpowiedniego człowieka. To też, siłą rzeczy, o jeden dzień więcej na dojście do siebie i poszukanie szczęścia.


W ciągu kilku pierwszych dni w Phnom Penh przysposobiłem swoje dyrektorskie biuro i zamieniłem się w słuch. Eden z Tajwanu naprędce przekazywała mi kontakty, doświadczenie, wiedzę. Phnompeński uniwersytet szukał specjalisty w mojej dziedzinie, a Ministerstwo Kultury przysłało kogoś na przeszpiegi. Przyjechał artysta z kraju Chopina! Świeże spojrzenie! Po miesiącu byłem gościnnym profesorem i nieoficjalnym doradcą nazywanych tu ekscelencjami przedstawicieli środowisk rządowych. Na bankietach ucinałem sobie pogawędki z ministrami, w szkole zaś uczyłem dzieci z rodziny królewskiej i wnuczki premiera. Środowisko to było zobowiązujące, ale pełne życzliwości, a w nim trzydziestojednoletni chłopak z Torunia.


W Kambodży bardzo brakuje artystów z prawdziwego zdarzenia. Khmerzy starannie dbają jednak o swój folklor. O pietyzmie, z jakim się o niego troszczą, nie można powiedzieć złego słowa. W przeciwieństwie do folkloru, cała muzyka Zachodu, począwszy od piosenek z wesela i wiejskiego festynu, a skończywszy na dźwiękach symfonii, kwartetów smyczkowych i opery w najszlachetniejszych salach koncertowych kulturalnych stolic Europy, wrzucona jest do jednej szuflady z etykietką western music, muzyka zachodnia.


Niedawna wojna domowa w Kambodży zostawiła jątrzącą się jeszcze ranę. Oprócz dantejskich scen rozgrywających się w kraju, wokół toczyły się starcia innych państw. W działania wojenne o kontrolę nad regionem Indochin bardziej lub mniej jawnie zaangażowane były największe potęgi militarne świata wspierające przeciwne strony lokalnych konfliktów. Elita narodu została wymordowana i niemal przestała istnieć; ludzie ginęli z głodu, od chorób i w wyniku arbitralnie wydawanych wyroków śmierci. Po ludobójstwie (1975-1979) brakuje tu mistrzów, twórców, czym nie staram się umniejszyć znakomitych zasług tych nielicznych wybitnych, którzy pracują nad odbudową oraz ocaleniem khmerskiej kultury. Sztuka próbuje rozliczyć tragedię narodową, ale nic nie dorówna opowieściom z pierwszej ręki, które bardzo trudno usłyszeć. Mówią Khmerzy, że wspominanie tamtych wydarzeń przynosi nieszczęście.


Polska jest krajem doświadczonym. Nadeszły nowe generacje, ale nadal dużo mówi się o bolesnej przeszłości. Obserwując Kambodżę i porównując jej współczesne losy do niedawnych dziejów moich rodaków, mam wrażenie, że wiem, co wydarzy się dalej; jakbym znał taki kraj, który raz był już w tym miejscu swojej historii, gdzie Khmerzy dzisiaj są.


Ile bólu, niewypowiadalnych uczuć i przeżyć promieniuje z ocalałych rodziców na dzieci, by trafić do życia następnych pokoleń, prawdopodobnie nie wie nikt.


Nie można się użalać, świat nie ogląda się za siebie. Czas też nie zwalnia. Można mieć nadzieję, że chociaż leczy.

 

Dzisiaj Phnom Penh należy do najszybciej rozwijających się miast na świecie. Jednego z pierwszych wieczorów Eden zabrała mnie na spacer po żywym, tłocznym bulwarze Mekongu zwanym Riverside. Ręką zatoczyła długą linię wzdłuż przeciwległego brzegu rzeki rozświetlonego setkami latarni, migocącymi neonami oraz iluminacjami budynków. Kształt ulic rysowały światła poruszających się samochodów, skuterów i nocne życie.


— Gdy przyjechałam półtora roku temu, po drugiej stronie rzeki stał tylko ten hotel — Eden wskazała wielki budynek na cyplu u zbiegu Mekongu i Tonle Sap. — Poza tym budynkiem nie było nic.


Miejscowa gospodarka również należy do najszybciej rozwijających się, lecz niech nikogo nie zmyli ta szumna fraza, która wcale nie znaczy, że coś jest tutaj rozwinięte.

​​

Kambodża ma wiele sprzecznych cech


To proste życie mieszkańców w skomplikowanym systemie społecznym. Prosty język o nieprawdopodobnie karkołomnej wymowie i kilku poziomach formalności. Lekkie podejście do życia pełnego oczekiwań społecznych. To też najwyższa elastyczność w podejściu do czasu, przez nią niech lepiej gdzie indziej jadą osoby o słabych nerwach i precyzji szwajcarskiego zegarka. Na ulicy i w pracy wszechobecny jest uśmiech, który służy za zasłonę zbolałych serc. To też ciepło i powierzchowna uprzejmość w nieformalnych relacjach, ale chłód w stosunkach rodzinnych. Cudowne owoce podawane w dziwacznych formach, jakie by nam w Europie do głowy nie przyszły. Fantazyjne potrawy doprawiane obficie sosem rybnym, którego smaku i zapachu nigdy nie polubiłem. To nieskomplikowane życie, które – niczym ciasną obręczą na szyi – zamknięte jest w złożonych konwenansach.


Kambodża może zachwycać, podobać się, a jednak doprowadzać do frustracji i szału.


Od pierwszego uderzenia gorącego powietrza w drzwiach phnompeńskiego lotniska zaczęła się próba sił między mną a nowym krajem, między przeszłością a przyszłością. Wystawiłem się na próbę, na jakże intensywny trening cierpliwości, i o niej głównie jest ten blog. Niemniej Doktorat rozrasta się i najpewniej stanie się dziełem wykraczającym poza Kambodżę i Azję, oraz poza niniejszą stronę w Internecie. Będzie to Doktorat z przyszłości, i z ludzkości tak bardzo różnorodnej, choć tak uderzająco do siebie podobnej w różnych miejscach świata.


To nie Kambodża dostarczyła mi paliwa do pracy i inspiracji do wysiłków literackich. Kambodża dała mi iskrę zapalną, tę jasność umysłu niczym wybuch.


Miłości uczy się miłością. To o tyle stawia te dwie rzeczy w jednym rzędzie, że cierpliwością cierpliwości też się uczy.

Miłego czytania, Czytelniku!

68 wyświetleń0 komentarzy
  • Facebook - Grey Koło
  • Instagram - Grey Koło
  • YouTube - Szary Koło
Przeczytaj również: