• Mister Marcin

Kambodża. Przyjazd i początek...

Zaktualizowano: paź 3


Pomnik Niepodległości w centrum Phnom Penh
Independence Monument w nocy


W sierpniowe popołudnie w 2015 roku przyleciałem do Kambodży.

Miałem dwie walizki, tylko jeden z moich licznych instrumentów i roczny kontrakt w kieszeni. W drzwiach wyjściowych lotniska w Phnom Penh, jak wybuchający granat, po raz pierwszy uderzyło we mnie gorące, wilgotne powietrze.

Odebrała mnie Eden, młoda kobieta z Tajwanu. Przyjechałem wstąpić na piastowane przez nią stanowisko dyrektora najstarszej szkoły muzycznej w Kambodży. Eden grała i uczyła gry na instrumentach, rozwijała edukację artystyczną – poza sztuką tradycyjną – dziedzinę w kraju Khmerów nową i zaniedbaną. Miała wracać niebawem do Pierwszego Świata, gdzie planowała założyć rodzinę. Wychodząc z phnompeńskiego lotniska, oszołomiony podróżą, przeprowadzką i wydarzeniami do niej prowadzącymi, z trudem wierzyłem własnym zmysłom.


Rozpoznała mnie, z daleka machała na powitanie. Dalekowschodni, niemal wojskowy dryl Eden przykuł całą moją uwagę. Jej wyprostowana postać oderwała mnie od własnych myśli, otoczenia, abstrakcyjnej w swej istocie i w moim odczuciu sytuacji, w której na własne życzenie się znalazłem. W duchu, choć nie wiem czy bardziej z podekscytowania, czy z niedowierzania, czułem jakby brakowało mi powietrza. Powtarzałem sobie: ja to naprawdę zrobiłem!


Tę tajwańską twarz widziałem wcześniej w okienku na ekranie komputera, ale żywa teraz postać przede mną wyglądała, jak z filmu; trudno wierzyć w jej istnienie. Nie umiem opowiedzieć tamtych pierwszych chwil inaczej, niż jako doświadczenie całkowitej inności tej kobiety, jej do szpiku odrębności ode mnie, rozdzieleniu nas obyczajem, spodziewaniami, reakcjami, nazywaniem rzeczy i braniu ich w rachubę. A jednak biła z niej życzliwość i wschodnia usłużność, z którą nie byłem jeszcze zaznajomiony. Byłem ową kobiecą postacią, jak z innego świata, i ludźmi wokół oddzielnymi od nas, zaintrygowany. W skrytości ducha słyszałem jednak spadającą w równych odstępach czasu, jak krzyżacka tortura, kroplę odżywiającą ziarnko niepewności. Ja sam wobec wszystkiego i wszystko wobec mnie. Jestem obcy. Spojrzenia ludzkie – zaciekawione, zdziwione, zbyt długie i z podniesionymi brwiami – wymownie odmawiały mi wtopienia się w tło, czego najbardziej właśnie, po długiej podróży, pragnąłem. Chciałem, żeby to ziarnko niepewne nie kiełkowało, ale Kambodża jest dżunglą wyrosłą z takich nasion.


Nienaganna angielszczyzna Eden, w wymowie podszyta miękką kluchą tajwańskiej odmiany języka mandaryńskiego ze zjedzonymi końcówkami wyrazów, była jednocześnie czytelna i zamglona; jak film, w którym człowiek na ekranie mówi coś troszeczkę innego, niż napisy na dole ekranu. Sztuczna i odprężona zarazem; a jednak sztuczna całkiem inaczej, niż my; zrelaksowana też w zupełnie innych gestach i czynnościach, w zaprzeczający własnej powadze sposób, w który nam do głowy nie przyszłoby przy ludziach się odsłaniać.


Podjechał samochód. Uśmiechnięty kierowca uwinął się z moimi walizkami i prawie wyrwał mi z ręki instrument, którego za żadne skarby nie chciałem chować w bagażniku. Moja towarzyszka powstrzymała nieszczęśnika ostrym, jak cięcie brzytwy, tonem, a przez mężczyznę (i przez mój grzbiet) przeszedł prąd. Natychmiast wróciła do zwykłej rozmowy. Kierowca pokornie zgiął kark, otworzył przed nami tylne drzwi i cicho schował się za kierownicę.


Za oknem wygodnego samochodu przesuwały się sceny, jak z tłocznych miast w filmach i powieściach wojennych rozgrywających się w tropikalnej Azji. Tak właśnie tamtego dnia Kambodżę po raz pierwszy widziałem. Jak na ekranie. Myślałem dotąd, że filmowe ulice egzotycznych miast wyglądały tak, bo była tam wojna. Jest inaczej, one po prostu tak wyglądają, co na początku mi nie pomogło w adaptacji do nowego otoczenia. Na tylnej kanapie wygodnej toyoty chłonąłem moją dziewiczą przejażdżkę wąskimi, tłocznymi zakamarkami Phnom Penh. Klimatyzowane auto chroniło mnie przed zbyt nachalnym pierwszym kontaktem z rzeczywistością zza okna. Przed obcym zapachem kraju, którego nigdy nie zapomnę. Ani kraju, ani zapachu.



Tuktukiem przez świątynie Angkor Wat
Tuktukiem przez świątynie Angkoru

Jeszcze kilka tygodni wcześniej zdawało mi się, że ta podróż to mrzonka. Niełatwą decyzją, z biletem w jedną stronę zmieniłem otoczenie, styl życia, pracę, wszystko. Z pierwszym uderzeniem mokrego gorąca, tego ukropu oblepiającego ciało w ułamku sekundy, jak powietrze chciwie wdzierające się w próżnię, nieznany świat wybrzmiewający obcymi językami, obca kultura i niezrozumiali ludzie wypełnili puste miejsce po wszystkim, co dwadzieścia dwie godziny wcześniej zostawiłem w Warszawie. Nikogo nie znałem. Nie wiedziałem, co mnie spotka. To było fascynujące i przerażające zarazem.


Odrywając się od płyty Lotniska Fryderyka Chopina opuściłem wszystko, co tamtego dnia można było zmieścić w słowie „dotychczas”. Dwa miesiące wcześniej skończyłem trzydzieści jeden lat. Zostawiłem w Polsce i Europie trzy dekady swojej wędrówki, rodzinę, przyjaciół, przedmioty życia codziennego, setki książek, zawieszonych planów, tysiące wspomnień, ciąg lekcji, osiągnięć i sukcesów, które można opisać słowem kariera. Wszystko, co było dla mnie punktem odniesienia, co mnie w pewnym sensie definiowało, zostało w kartonowych kapsułach czasu w piwnicy moich rodziców i na poddaszu obszernego domu przyjaciół z Pruszkowa. Tak rozpoczyna się ta historia.


Phnom Penh przyjęło mnie dziesiątego sierpnia. Zszokowany zapachem osnuwającym jego ulice odniosłem wrażenie, że na mój przyjazd się nie umyło. Byłem w błędzie, to miasto właśnie tak pachnie.

Mój pobyt zaplanowany był na rok; na jeden zwykły obieg Matki Ziemi wokół Słońca. Podczas któregoś wieczornego cocktail party w kręgu obcokrajowców zamieszkujących khmerską krainę ktoś wyszeptał mi na ucho przestrogę uchodzącą tu za dowcipną.


Strzeż się Kambodży.
Przyjeżdżasz na kilka miesięcy.
Pewnego ranka budzisz się i odkrywasz,
że minęło dziesięć lat.

Miałem pracować jako dyrektor międzynarodowej szkoły muzycznej, nauczyciel, gościnny profesor Uniwersytetu Królewskiego. Chciałem potem pojechać w podróż po Azji i wrócić do Europy, by używać szczęścia z mieszkającą w Niemczech ukochaną. Mówiąc krótko myślałem, że pójdzie inaczej, niż się ostatecznie ułożyło. Przewrotnie, w najbardziej dosłownym sensie dokładnie odgadłem przyszłość. W istocie ułożyło się zupełnie inaczej.



Sok palmowy street food kambodża
Sprzedawca świeżo wyciskanego soku palmowego

Kambodża potrafi dać, co zechcemy, choć zawsze znajdzie sposób, żeby sprawy poszły w niespodziewanym kierunku. Jeśli mamy pragnienia duchowe, może nam się dostać coś z oferty przyziemnej materialności. Kiedy zaś pragniemy dobra materialnego w sposób, w jaki po ludzku się pragnie, Kambodża, przewrotna kochanka, obdaruje nas najwyżej w przenośni, ulotnie, w jakimś sensie. Gdy coś ma być na dzisiaj: znajdzie się, kiedy dawno zapomniane nie będzie już miało znaczenia. Jeśli ważne zdarzenie ma dojść do skutku i zajść w określonym terminie, potrzeba całej gamy magicznych sztuczek, żeby, po pierwsze, wydarzyło się, a po wtóre (i niemal niemożliwe) zaszło w zaplanowanym czasie. Takie są kambodżańskie porządki.


Częstokroć zdać sobie z nich sprawę trzeba samemu. Przypadki różne przychodzą tutaj bowiem cichutko, ostrożnie i boso stąpanymi stópkami. Nie zdradzają się, czasami żyją z nami przez długi czas pod płaszczykiem niewiedzy, usprawiedliwione brakiem przeczucia, aż jest zbyt późno. W bezgłośnie zajmowanym ciemnym zakamarku czekają kambodżańskie sprawki i prawidła, aż zostaną dostrzeżone.


Z tego ambarasu można wysnuć wniosek, że sprawy dzieją się tu na odwrót, niż by się tego chciało. Nie. Dzieją się tak, jak chcą i codziennie trzeba wybierać, czy nam się to podoba, czy nie.


W Kambodży dość prędko moja prywatna i największa motywacja do powrotu do Europy zniknęła. Był nią mój związek. Odchorowałem to, w czego drobiazgi nie mam powodów Czytelnika angażować. Zostałem z nieaktualnym planem na „resztę życia”, jak w takich momentach wydaje się romantykowi. To się jednak zmieniło, nic nie trwa przecież wiecznie. Zanim znów było dobrze nagła pustka, samotność w obcym miejscu, nieznanej kulturze, bez znajomości lokalnego języka, bez wieloletnich przyjaciół przy boku, niczego nie ułatwiała. Stałem przed nowymi wyzwaniami, a w niepodobnym do żadnego innego otoczeniu musiałem wynajdować nowe sposoby na robienie rzeczy oczywistych.


Opowiadając o Kambodży próbuję wyjaśnić, jakie to uczucie tłumaczyć rzeczy najoczywistsze ludziom nie rozumiejącym mnie kulturowo i zawodowo. Osobom, które nie są winne tego niezrozumienia.

Jak zaskakująco sprawy dla jednych oczywiste, niczym dzień i noc, komu innemu absurdem się wydają.

Przedstawię to kilkoma obrazami; ponieważ to początek mojej podróży po Kambodży i dopiero po wielu miesiącach od tych wydarzeń zacznę pojmować miejscowy sposób postrzegania świata. Popatrzymy moimi, wówczas niczego nie rozumiejącymi, oczami.




Jest takie uczucie, gdy ujeżdżasz fale oceanu, rzucasz wyzwanie tajfunom i szkwałom, wyzywasz je i pędzisz wprost w ich serce, by je rozpłatać. By wrócić światu pogodę i porządek. Wówczas pada pierwsze pytanie od ciasno zebranych wokół ciebie osób uświadamiając, że tkwisz w rozklekotanym krześle i, na razie, nie tyle nie ma oceanu, co nawet nie jest mokro. Gdy latasz wysoko, spadasz boleśnie.


To uczucie, gdy pędzisz błyskawicznym, jak Shinkansen, pociągiem, i chwilę przed stacją końcową dostrzegasz, że inni nie wsiedli. Ów moment, gdy rozgrywasz piękną partię strategicznej gry i orientujesz się, że pozostali gracze nie tylko nie znają zasad; nie wybrali nawet pionków. Sam musiałem się nauczyć, gdzie ci dobrzy ludzie, na swój sposób, we własnej podróży.


Zarządzałem personelem złożonym z osób pochodzących z czterech kontynentów, pod rozmaitymi względami obcymi mnie i sobie nawzajem. Zastałem kulturę pracy, w której wiedza menedżerska i doświadczenie przywiezione z różnych, zdawało mi się znaczących krajów okazały się mało użyteczne. Nie była to improwizacja, ale uczenie się po omacku świata z innej planety. Może się kto śmiać, ale równie dokuczliwie nie pomagało jedzenie: nawet pomidor, marchewka, makaron, masło, chleb swym smakiem nie dają tak czasami potrzebnej iluzji, pierwiastka domu. Również kawa, herbata i woda są inne. Tę kawę akurat lubię. Od samej herbaty zaś bardziej jeszcze lubię magiczny świat chińskiej herbaciarni schowanej na narożniku jednej z phnompeńskich ulic. W sekretne arkana starożytnej sztuki herbaty wprowadzali mnie właściciele tego mistycznego miejsca, rodzice jednej z moich uczennic.


W gwałtownych zmianach oraz w przytłaczająco obcym kraju uratowała mnie pasja do nauki, zamiłowanie do obserwacji, rozpoznania nowego terenu i zdobywania go na jego warunkach, aby na koniec postawić swoje. Z prywatnych przyczyn (będąc nieszczęśliwie opuszczonym) na kilka pierwszych miesięcy zamarłem, tkwiłem w zawieszeniu, malignie. Nie fizycznie, ale jakoś tak. Wewnętrznie. Tacy, co wiedzą, to wiedzą. O godzinie dziewiątej siedem rano piłem w biurze kawę przed ekranem komputera, a o jedenastej piętnaście łapałem się na bezrozumnym czytaniu w kółko tego samego zdania z zimnym kubkiem w dłoni. Tak było przez cztery, może pięć miesięcy. Wciąż kochałem. Kto tego nie zna, winszuję. Dzielę się z Czytelnikiem ową osobistą sytuacją z tamtego okresu dla zaskakującej przyczyny.


Owo środkowe, wewnętrzne zamarcie na kilka pierwszych miesięcy po opuszczeniu mnie przez życiową partnerkę paradoksalnie okazało się współtwórcą moich późniejszych sukcesów. Moje pierwsze wrażenie po przyjeździe i spojrzeniu na Kambodżę dało mi taki obraz, w którym wszystko było źle i zdecydowanie zbyt daleko za znanym mi światem. Nieakceptowalne. „Jak tak można!”, myślałem. Czułem się, jak superbohater mający receptę na wszystko, co było u nich źle. Chciałem zmazać miejscowy porządek i stworzyć świat od nowa, tym razem dobrze. Znam ludzi, którzy stali się ofiarami entuzjazmu. Przypadkiem sam takich ofiar nie spowodowałem. Uderzenie w moim życiu osobistym przyszło nieco ponad miesiąc po przyjeździe do Kambodży.



Angkor Wat świątynia bezdomny pies dżungla
Pies w kolorach dżungli

Niecałe pół roku później, gdy wybudziłem się z letargu nie tylko nie zburzyłem jeszcze zastanych porządków, ale zaczynałem rozumieć pokrętną, wymykającą się obserwacjom i logice naturę kambodżańskiego myślenia. Zastanawiałem się, jak mu wyjść naprzeciw. Zaczęła się egzotyczna przygoda, w której mój zespół ludzi z czternastu krajów, czterech kontynentów, przynajmniej siedmiu wyznań i o wykształceniu od szkółki średniej na Filipinach aż po Uniwersytet Oxfordzki (prawda!), stał się okrętem tnącym fale otwartego oceanu. Wspólnie obraliśmy drogę ku punktowi leżącemu (być może) poza horyzontem, mieliśmy świadomość, że przed nami długa praca, która po latach doprowadzi nas w okolice, z których inni sto lat temu zaczynali. Nie ważne. Każdego dnia wstawałem wiedząc, że nikt inny tego nie zrobi.


Przez szereg lat młodości, gdy inni już wiedzieli, co chcą w życiu robić, ja ćwiczyłem swoje gamy i w domowym zaciszu studiowałem umiejętność szybkiej nauki. Takiej wiedzy nie zdobywa się na uniwersytecie. Myślałem kiedyś odkryję swoje powołanie i trzeba będzie prędko rozwijać się w tej dziedzinie. Robiłem pasjonujące rzeczy, lecz nie wiedziałem, do czego chcę ostatecznie przylgnąć. Odkryłem to długo po przyjeździe do Phnom Penh. Szybko się dostosowywałem, panowałem nad nerwami swoimi i innych, działem z namysłem i rozsądkiem w przedziwnych warunkach, w sytuacjach absurdalnych i niebezpiecznych. Jeszcze w Polsce obracałem się w środowiskach artystów, div operowych, wielkich dyrygentów i nie tylko wśród artystów małych osobowości o dużych, rozbuchanych ego, if you know what I mean.


W Azji to się zmieniło; bardziej z przez przypadek, niż z wyboru. Otoczyli mnie profesorowie, „wielcy” na miejscową skalę politycy, azjatyccy przedsiębiorcy, szefowie międzynarodowych instytucji i organizacji pozarządowych, ekscentryczne postacie bogaczy i obieżyświatów szukających przysłowiowego guza dla frajdy czerpania z życia pełnymi garściami. Elity nowego kraju, mieniąca się mieszanina charakterów, rozmaitość pochodzenia i osobistych historii expatów rzuconych przez los na czerwoną od tlenków żelaza ziemię Królestwa Khmerów wciągnęła mnie w zupełnie nowy rozdział życia.



Phnom Penh czarne niebo ulewa chmury monsun
Tropikalne niebo tuż przed ulewą

Kambodża zrobiła coś, co nie udało się żadnej estradzie, najtrudniejszym występom i sprawdzianom w mojej karierze muzyka. Rzuciła mnie na kolana. Ocean nowości był zbyt głęboki by się odbić od dna. Uczyłem się łapać powietrze w krótkich chwilach nad powierzchnią. Azja uczy, że wszystko ma cel i Azjaci w to wierzą. Na jednym z nudnych bankietów przy okazji występu filipińskiego baletu na międzynarodowych uroczystościach ASEAN w Phnom Penh pewna zagraniczna dama z kieliszkiem rozwodziła się nad przysłowiem blessing in disguise. Czasami powiedzenie to tłumaczy się jako szczęście w nieszczęściu, ale to niezupełnie to samo. Blessing in disguise to błogosławieństwo w przebraniu, małe nieszczęście, niefortunny splot wydarzeń, który oszczędza nas od wielkiej tragedii. To znaczy nie zdążyć na samolot, który zostanie uprowadzony. Nie doczekać się umówionej osoby i pójść sobie, zanim ona przyjdzie rozmontowywać nam życie.


Na złowrogo granatowym niebie pojawia się silver lining, srebrna obwódka promieni słońca wokół chmury. To wskazówka, że jesteś na właściwej drodze. Na wysoką czułość nastaw anteny, otwórz oczy, idź.


W niektórych sytuacjach można powiedzieć: lepiej dzisiaj, niż jutro. Szczególnie, gdy ktoś ma Cię kopnąć w którąś z bardziej (mówiąc monty-pythonowsko) niesfornych, przysłowiowych części ciała. Zawsze to o jeden dzień mniej stracony na złą sytuację lub nieodpowiedniego człowieka. To też, siłą rzeczy, o jeden dzień więcej na dojście do siebie i poszukanie szczęścia.


W ciągu kilku pierwszych dni w Phnom Penh przysposobiłem swoje dyrektorskie biuro i zamieniłem się w słuch. Eden z Tajwanu naprędce przekazywała mi kontakty, doświadczenie, wiedzę. Phnompeński uniwersytet szukał specjalisty w mojej dziedzinie, a Ministerstwo Kultury przysłało kogoś na dyskretne przeszpiegi. Przyjechał artysta z kraju Chopina! Świeże spojrzenie! Po miesiącu byłem gościnnym profesorem i nieoficjalnym doradcą przedstawicieli środowisk rządowych nazywanych ekscelencjami. Na bankietach ucinałem sobie pogawędki z ministrami, uczyłem dzieci z rodziny królewskiej i wnuczki premiera. Środowisko to było zobowiązujące, ale pełne życzliwości, a w nim trzydziestojednoletni chłopak z Torunia.


Bardzo brakuje, lub jest niewielu, artystów z prawdziwego zdarzenia. Khmerzy starannie jednak dbają o swój folklor. O pietyzmie, z jakim się tu o niego troszczy, nie można powiedzieć złego słowa. Wszelka obca muzyka, od disco po muzykę klasyczną, wrzucona jest jednak do jednej szuflady z etykietką western music, muzyka zachodnia. Po wydarzeniach lat siedemdziesiątych brakuje tu mistrzów, twórców, czym nie staram się umniejszyć zasług tych nielicznych, którzy żyją i pracują nad odbudową oraz ocaleniem kultury.


Niedawna wojna domowa w Kambodży zostawiła jątrzącą się jeszcze ranę. Oprócz rozgrywających się tu dantejskich scen, wokół toczyły się starcia innych krajów wspierających przeciwne strony lokalnych konfliktów w walce o kontrolę nad regionem. Wymordowana elita narodu niemal przestała istnieć, a jej kręgosłup do dziś próbuje się zrosnąć. Czytałem o tym przed przyjazdem, ale nic nie równa się z opowieściami z pierwszej ręki, które bardzo trudno usłyszeć. Mówią, że wspominanie tamtych wydarzeń przynosi nieszczęście.


Polska jest krajem doświadczonym, nadeszły nowe generacje, ale nadal dużo mówi się o przeszłości. Obserwując Kambodżę mam wrażenie, że wiem, co będzie dalej, jakbym widział wcześniej kraj, który raz już był w tym miejscu historii, gdzie oni dzisiaj są.


Ile bólu, niewypowiadalnych uczuć i przeżyć promieniuje z rodziców na dzieci i trafia do ich życia, wiedzą tylko sami Khmerzy.


Nie można się użalać, świat nie ogląda się za siebie. Czas też nie zwalnia. Można mieć nadzieję, że chociaż leczy.

Dzisiaj Phnom Penh należy do najszybciej rozwijających się miast na świecie, co nie znaczy, że jest miastem rozwiniętym. Jednego z pierwszych wieczorów Eden wzięła mnie na spacer po żywym, tłocznym bulwarze Mekongu na Riverside. Ręką zatoczyła długą linię wzdłuż przeciwległego brzegu rzeki. Przestrzenie między setkami latarni, migocącymi neonami i rozświetlonymi budynkami wypełnione były poruszającymi się samochodami i ruchem nocnego życia.


— Gdy przyjechałam półtora roku temu, po drugiej stronie rzeki stał tylko ten hotel — Eden wskazała wielki budynek na cyplu między zbiegiem Mekongu i rzeki Tonle Sap. — Poza nim nie było nic.


Miejscowa gospodarka również należy do najszybciej rozwijających się. Znów — niech nikogo nie zmyli piękna fraza, która nie znaczy, że coś tu jest rozwinięte.

​​

Kambodża to proste życie mieszkańców w skomplikowanym systemie społecznym. Prosty język o karkołomnej, jak dla mnie, wymowie. Lekkie podejście do życia, niestety pełnego oczekiwań społecznych. To też najwyższa elastyczność w podejściu do czasu; przez nią niech lepiej gdzie indziej jadą osoby o słabych nerwach i precyzji szwajcarskiego zegarka. Kambodża to wszechobecny uśmiech, który służy za zasłonę bolesnych serc. To też ciepło i powierzchowna uprzejmość w nieformalnych relacjach, ale chłód stosunków rodzinnych. Cudowne owoce podawane w dziwacznych formach, jakie by nam w Europie do głowy nie przyszły. Wymyślne potrawy doprawiane obficie sosem rybnym, którego smaku i zapachu nigdy nie polubiłem. To nieskomplikowane życie, które jednak zamknięte jest konwenansach, jak ciasna obręcz na szyi. Kambodża może zachwycać, podobać się, a jednak doprowadzać do frustracji i szału.


Od pierwszego uderzenia gorącego powietrza w drzwiach phnompeńskiego lotniska zaczęła się próba sił, mój intensywny trening cierpliwości, i o niej głównie jest ten blog. Jej ćwiczeniem okazało się nawet samo wyszukiwanie słów opisujących Kambodżę.


Miłości uczy się miłością. To o tyle stawia te dwie rzeczy w jednym rzędzie, że cierpliwością cierpliwości też się uczy.

Miłego czytania, Czytelniku!


65 wyświetlenia0 komentarz
  • Facebook - Grey Koło
  • Instagram - Grey Koło
  • YouTube - Szary Koło
Przeczytaj również: