• Mister Marcin

Pies bąkinkąński

Zaktualizowano: 12 sty


Krótka opowieść o grze w piłkę szczenięciem,

o ludziach wokół i o cierpliwości

dla poranionych.



 

Przejście


Khmerskie dzieci nudzą się, a ich rodzice niewiele się nimi zajmują. Nie są złymi rodzicami, sami chowani byli bez sentymentów w czasach ludobójstwa lub tuż po nim; robią, co wiedzą i znają. Gdy dzisiejsi dorośli byli mali, ich opiekunowie interesowali się raczej przetrwaniem niż zabawą. W Kambodży nie ma edukacji rodzicielskiej, w wielu domach i w szkole „linijką po rękach” jest nadal metodą wychowawczą. W tej kulturze oczekuje się bezwzględnego szacunku dla starszych. Dorosłych należy słuchać, poddawać się im i, na miłość boską, nie przeszkadzać im, bo na głowie mają sprawy ważniejsze, niż dziecięce zajęcia. Latorośle zaś, jeśli nie pomagają w polu, w pracy, w domu, to siedzą cicho lub chodzą samopas.


Pewna khmerska nastolatka, moja uczennica, która kiedy indziej na stronach Doktoratu z cierpliwości podzieli się swoją historią i wytłumaczy trudne dzieciństwo khmerskich dzieci, powiedziała kiedyś do mnie tak:


W życiu dziecka nieuchronnie przychodzi szczególny moment, czas małej śmierci, albo małego narodzenia.

U jednych dzieci jest to rozciągnięty w czasie, niemal niewyczuwalny proces dojrzewania. Zmiana następuje niewidzialnie, trudno dostrzec znaczącą różnicę nawet z tygodnia na tydzień. Ulotny ten akt przemienia pociechę w kogoś nowego, pełniejszego; rozkoszny brzdąc zmienia się, rozwija, a jego lub jej umysł szerzej postrzega świat.


Inne dzieci przechodzą tę zmianę niemal gwałtownie, bywa że nieco później od rówieśników. Trwa to u nich tylko kilka tygodni lub miesięcy. Jest to przeskok do nowego wymiaru świadomości, skupienia, rozumowania. Powolnie czy skokowo, wiele razy obserwowałem tę zmianę przytomności dziecięcej. Prosta harmonia dzieciństwa rozszerza się o nowe tony, akordy stają się szersze i pełniejsze, a melodie życia nabierają nowego kontekstu i znaczenia.


Dziecko wychodzi spod matczynego fartucha i odtąd coraz bardziej będzie interesowało się drogami od niego odchodzącymi. Zaczyna rozumieć i odróżniać dobre od złych zachowań, jak tego chce wymagające otoczenie. Przed tym swoistym przejściem dziatki pieszczono, bawiono, wybaczano im; teraz jednak rozpoczyna się budowa misternej konstrukcji warunkowania osobowości. Śrubkę przykręca się coraz ciaśniej, nieraz bezlitośnie. Posłuszne pod groźbą kary cielesnej i okiem rodzicielskim karcone, pozostawione od czasu do czasu samym sobie – dzieciaki uwalniają się spod jarzma oczekiwań. Nawykłe do szorstkości, gdy niepilnowane – wpadają na rozmaite pomysły.


 

W dzielnicy Boeung Keng Kang 1 miasta stołecznego Phnom Penh zdarzyła się historia z psem.


Przedmieście. Na ulicy, bo gdzież by indziej, dzieci urządziły zabawę. Nie ma piłki, nie ma boiska, ale tam, gdzie znajdzie się kilkoro podrostków, prędzej czy później coś musi się wydarzyć. Nie mają dokąd pójść ani czym się zająć, a przecież khmerskie dzieci są tak samo ludzkie, jak wszystkie inne. Pragną wypełnić czas zabawą, aktywnością i radością. Na ulicy nie muszą obawiać się zbesztania przez własnych rodziców; są trochę, jak półdzikie zwierzaki: ciekawskie, lecz nieśmiałe; bojaźliwe, choć wściubią nos we wszystko, co przykuje ich uwagę.


Jest wielka różnica między niewidzącym okiem miejscowym, a spojrzeniem człowieka z Pierwszego Świata. Dzieci samotnie buszujące obok szaleńczego ruchu ulicznego, a nawet w samym jego środku!, to widok nie do pomyślenia dla obcych z Zachodu, którzy dostrzegają w tym zaniedbanie, opuszczenie, niebezpieczeństwo. Zbulwersowani, nawykli do jedynie im znanych i niejasnych tu praw dziecka, tylko nieliczni z obcokrajowców reagują na przykre sytuacje z udziałem nieletnich. W Kambodży mało kto zawraca sobie głowę obowiązkami rodzicielskimi; pociechy mają być nakarmione i wysłane na kilka klas do szkoły. Zabawy uliczne są normalne, choć to zaczyna się zmieniać. Przy odrobinie szczęścia ktoś dorosły przepędzi urwisów z ulicy w lepsze miejsce. Starszy pan z ministerstwa opowiadał mi, że po wojnie domowej niemal nie było samochodów, ruch transportowy odbywał się pieszo, ulica była królestwem dzieciaków. Teraz nie ustają korki, gdzieniegdzie nawet w nocy. Puszczone samopas dzieci mają sobie radzić. Nie wyglądają wszak na nieszczęśliwe.


 

Nie-czułość i ślepota


Zobaczyła to Niemka przechodząca opodal targu. Od kopniaka do kopniaka nad ulicą latała pstrokata, biało-czarna poczwara. Dzieciaki grały tym czymś jak piłką. Scenie towarzyszył makabryczny pisk bólu i przerażenia. W smogu brudnego miasta pędzą motory, tuk-tuki i samochody, idą przechodnie, drobni sprzedawcy pchają swoje wózki. Ruch uliczny podnosi tumany kurzu; nikt nie obejrzał się na „zabawę”. Po przeciwnej stronie ulicy sprzątacze palą plastik i śmieci z targu, dym gryzie w oczy i dusi w piersiach. Skórę skrapla słońce szalejące w zenicie na tle idealnie czystego nieba, jego żar zalewa ulicę potokami lawy. Ukrop jest niemiłosierny, powoduje ciężki oddech i to uczucie przygniecenia niby spowolnionym tysiąckroć wybuchem bomby podpalającej. Grając, dzieci nie zawsze trafiają „zabawką” w stronę kolegów. Kopane szczenię co i rusz wpada w stertę obrzydliwie cuchnących rozkładem śmieci za rynkiem.


Trudno uwierzyć, że tylko jedna osoba miała oczy otwarte na tę sytuację. Podbiegła. Odebrała dzieciom żałosną, pstrokatą kulkę, na co gromadka gwałtownie zaprotestowała. Któryś brzdąc pobiegł po dorosłych. Nie chcieli oddać pobitego szczenięcia. Twierdzą, że to ich własność. Niemka mieszka tu od jakiegoś czasu, rozumie: „szczenię kosztuje”. Ręce kobiety trzęsą się od widoku tej paskudnej sceny i z ludzkiej bezmyślności, w jej oczach współczucie skrapla się w drżące perły. Zaschło w ustach i zamarł głos stłumiony podchodzącym do gardła sercem. Otoczyli ją. Stoją tak w powietrzu gęstym i śmierdzącym śmieciami, spalinami oraz sosem rybnym z ulicznych garkuchni. Od mieszanki tych woni można dostać odruchu wymiotnego. Niemka wsunęła dłoń do ukrytej pod bluzeczką kieszonki. Dzieci zbiły się w ciasną gromadkę przed barang, białą, gdy otworzyła portfel. Z wyciągniętymi szyjami chciwie próbowały wściubić do niego ciekawskie dzióbki. W środku było tylko jedenaście dolarów. Dziurawe uśmiechy dzieciaków i dorosłych.

Baat, baan – mówią Khmerzy, zgoda. Niemka zamieniła pieniądze na szczenię.


Jedenaście po niemiecku to elf. Stąd imię: Elfie. Elfi.


Nabywczyni przerażonego zwierzątka nie mogła na zawsze zatrzymać znajdy, musiała znaleźć dla niej dom. Wszystko byłoby lepsze od tych dzieci i ich ulicy. Młoda Polka z Warszawy, wielka miłośniczka zwierząt, niedawno zamieszkała w Kambodży. W jej domu rodzinnym zawsze było kilka psów królujących na sofach, kanapach i w obejściu. Poraniona Elfie znalazła ciepłą warszawiankę, Ewę, a wraz z nią dom, spokój i miłość.


 

Czarno-biały pies z czerwoną kokardką
Elfie ze świąteczną kokardką

Pstrokata suczka rosła, ale nie potrafiła nauczyć się ufania, choć otrzymała wszystko, czego potrzeba psiemu zdrowiu i duszy. Była nerwowa, bojaźliwa i niełatwo było ją uspokoić. Wyzwaniem okazało się wychodzenie na spacery czy przyjmowanie gości. Poza domem psina bała się każdego dźwięku i drgnięcia. Rytm dnia w Kambodży ustala słońce. Ciemno – śpią. Jasno – nie śpią. Względna cisza trwała do wczesnego rana, gdy nocne jarmarki już uprzątnięto, a dzienne targi jeszcze nie wzeszły. Wtedy odbywało się błyskawiczne wyjście z psem, często trwało ono ledwie minutę. Prędki sik, nieraz wprost w naszej bramie, i natychmiast psinka wracała do domu. Ewa próbowała wychodzić z Elfie w innych porach dnia, te dodatkowe podejścia zwykle kończyły się fiaskiem. Główny spacer odbywał się przed dziesiątą wieczorem, gdy miasto zasypiało, a sklepikarze mieszkający w kramikach wokół naszego domu dopijali z puszek piwo, czyszcząc pałeczkami miski z ryżem.


Nasz dom mieścił się przy rynku w centralnej dzielnicy Phnom Penh zwanej Boeung Keng Kang. Na moje ucho muzyka klasycznego słów tych nie da się jakkolwiek napisać po polsku. Dla wielu dźwięków języka khmerskiego nie mamy odpowiednich liter w polskim alfabecie. Biorąc na słuch powiedziałbym, że nazwę tę wymawia się bą-kin-ką. Pytałem miejscowych, co to znaczy, ale każdy mówi coś innego.


Elfie jest psem bąkinkąńskim, nigdy nie opuszczała swojej małej dzielnicy, a przynajmniej nie na długo. Z nieufnością spoglądała przez sąsiedzkie płoty, obecność obcych ją niepokoiła. Przez kilka pierwszych lat swojego życia nieraz z trudem przychodziło jej wyjść z domu, nie mówiąc o pójściu na długi spacer. Pstrokata postawiła sobie niewidzialne ściany, przez które nie pomagały jej się przebić żadne zachęty.


Odkąd zamieszkaliśmy razem, regularnymi wysiłkami powiększaliśmy terytorium Elfie do kwadratu zarysowanego kilkoma ulicami. Pętla naszych spacerów miała najwyżej 650 metrów długości. Nieraz po stu metrach Elfie stawała jak wryta, oznajmiając koniec spaceru. Nasza mała przyjaciółka czasem bała się bardzo dobrze przecież znanych jej okolic. Następował pełen odwrót ku domowi na gorączkowo napiętej smyczy.


W lepsze wieczory udawało nam się przespacerować dłuższą, wywalczoną w mękach archanielskiej cierpliwości ścieżką. Mijaliśmy cichnący nocą zaułek, a za nim można było puścić pstrokatą wolno, strzegąc jej jak oka w głowie. Zapominała wtedy o strachu i goniła jakiegoś kota lub próbowała grzebać w rozrzuconych na asfalcie resztkach żywności z okolicznych street foodów. Niespodziewany ruch, a nawet martwy przedmiot, z którego bliskiej obecności nagle zdała sobie sprawę, spowodować mógł paniczną ucieczkę na oślep. Z rzadka zza rogu wyskakiwał wyjący motocykl lub tuk-tuk, a Elfie zamierała przed oślepiającym okiem reflektora, sparaliżowana jak leśna sarna. Czasem nie było żadnego powodu do paniki, po prostu ponosiła ją psia wyobraźnia. W każdym razie z rzadka udawało nam się pójść na długi spacer i były to wyjątkowo radosne chwile.


W dni ze wszystkich najlepsze Elfie potrafiła z nami pójść na długi spacer w gronie przyjaciół. Były to nieliczne chwile, w których z pstrokatą snuliśmy się uliczkami i przesmykami w centrum miasta. Nasza łaciata przyjaciółka była zapaloną podróżniczką, ale wyłącznie w ramach swej mikroskopijnej strefy komfortu. Był nią frontowy koszyk starego skutera lub piszczącego przy każdym ruchu, rozklekotanego roweru. Elfie uwielbiała podróżować, choć w niewielu miejscach czuła się swobodnie. W kilku tylko lokalnych knajpkach obsługa zaszczycana bywała odwiedzinami naszej pociechy, gdy udało nam się zachęcić ją do zejścia z przetartego szlaku.


Kiedy ktoś przychodził do domu, Elfie zaciekle szczekała. Nawet moje powroty z pracy okraszała hałaśliwymi programami artystycznymi trwającymi tak długo, aż mnie rozpoznała. Dopiero wtedy stawała się pogodna, albo rzucała mi przez ramię naburmuszone żachnięcie, jakby zażenowana własnym, niepotrzebnym uniesieniem próbowała swój występ ograć teatralnie. Uspokojona, szukała pieszczoty.


Kiedy wracałem do Kambodży po długich wyjazdach, Elfie szalała z radości. Wybuchy euforii przeplatały się z żałosnymi piskami wyrzutu, jakby chciała powiedzieć: „nigdy więcej mnie nie zostawiaj! Nigdy tego nie rób! Czekałam!”. Były to iście sceniczne pokazy, w których znać było ekstazę ponownego połączenia i pretensję zranionej księżniczki.


Od wielkiego dzwona na kilka dni zostawaliśmy z Elfie w domu sami. Tęskniła wtedy za swoją kochającą opiekunką. Czworonożna poczwara potrafiła cały dzień szczekać bez powodu w stronę ulicy, ujadała jak opętana. Tłumaczyłem sobie, że hałasowała profilaktycznie, aby wszem było i wobec jasne, że nim przed kim ucieknie, to będzie bardzo głośno.


Wówczas do niej mówiłem, próbowałem uspokoić, udobruchać smakołykiem, pieszczotą, ale nieczęsto udawało mi się zaradzić bezcelowemu ujadaniu. Jak natchniona, Elfie wyszczekiwała stukrotne litanie. Nieraz bywałem zdesperowany. Chciałem wyjść, trzasnąć, nawrzeszczeć, złapać oddech, usiąść w ciszy. Zdarzało mi się tracić cierpliwość, stawałem się nerwowy. Zrozumiałem jednak prędko, że moja stanowczość budzi w Elfie strach tkwiący u źródeł mi nie znanych. Podniesienie tonu dawało efekt odwrotny od zamierzonego.


Naprzeciwko naszego domu ku ziemi chyliły się zbite z dech, blach, plastiku i gruzu slumsy będące przedłużeniem pobliskiego targu. W budach tych mieściły się sklepiki, salon fryzjerski, spa, warsztaty napraw i cała moc innych osobliwości, których przeznaczenie znają jedynie miejscowi. W obskurnej garkuchni na wprost bramy naszego domu od czasu do czasu pichcono na ruszcie jakieś bezgłowe zwierzę i nieraz zdawało mi się, że był to pies. Nigdy nie odważyłem się tam zjeść. Jestem muzykiem. W pracy zawsze otacza mnie dużo dźwięku, dlatego jestem ogromnym miłośnikiem ciszy w domu. Szczekanie mojej czworonożnej współlokatorki sprawiało mi okrutny ból, któremu nie potrafiłem zaradzić. Zrezygnowany, wskazywałem wówczas garkuchnię z rożnem i przemawiałem cicho: "Elfie. Jesteś bardzo dobrym pieskiem. Baaaardzo doooobrym, Elfie. Wiesz?" Gdy tak mówiłem, pstrokata poczwara milkła i mogłem przez chwilę posłuchać ciszy.


Czasem przychodzili do nas goście. Po obowiązkowym oszczekaniu przybyłych Elfie próbowała pokonać własny strach, podchodziła i umykała. W głębi serca psina tęskniła za bliskością, ale była tak poraniona, że szalenie bała się wszelkich jej przejawów. Czasem siadałem samotnie na tarasie i jeśli pstrokata była akurat pogodna, czekała na mój gest lub zaczepiała mnie, prosząc o pieszczotę. Próbowała wsunąć łeb pod moje ramię i zasnąć. Pogłaskana, rozpływała się w rękach. Jej demony bardzo rzadko robiły sobie przerwę, ale kiedy szły spać, Elfie kładła się w miejscu, z którego mogła mnie widzieć i odpływała w świat swoich fantazji. W tych momentach zdawała się być jedynie spokojna i towarzyszyła mi, gdy pisałem pierwsze materiały dla Doktoratu z cierpliwości i notatki do książki.


 

Tresowanie człowieka


Elfie dożywa połowy typowego pieskiego życia. Kopniaki wymierzone jej przez dzieci nadal bolą. Na ciele i psychice zostały nieusuwalne ślady, poczucie bezpieczeństwa zaś zrujnowano na zawsze. Nasza czworonożna przyjaciółka zastępuje nam syrenę alarmową, bo jako patentowany tchórz nie zastąpi stróża. Suczka potrzebuje dłuższej chwili, żeby kogoś rozpoznać, z wyjątkiem jedynie swej ukochanej Pani. Być może Elfie ma niedosłuch, chociaż kto wie... pewnie to tylko słuch selektywny, którym szczycą się liczne ludzkie dzieci oraz wszyscy politycy.


Wystarczyło bowiem, by wracająca do domu Ewa wsunęła klucz w kłódkę bramy dwa piętra niżej, a psina już leciała głową w dół diabelnie stromymi schodami, których kiedy indziej panicznie się bała. Były też wątpliwości co do sfery rozwojowej naszej pupilki. Coś w jej głowie zostało nieodwracalnie naruszone, więc tym bardziej moja złość na ujadanie i sikanie z nerwów pozbawiona była sensu i uzasadnienia.


Nadludzkim wysiłkiem wywalczyłem w sobie dla Elfie wewnętrzny, codziennie od nowa próbie poddawany spokój.

Ewa miała arcyarchanielskie zrozumienie. Ja zaś, nienawykły do zwierząt i hałasu w domu, mogłem się pieklić, narzekać, gniewać na Elfie i na Ewę, która to wszystko z czystej miłości przecież. Kiedy po wielu godzinach traciłem cierpliwość i podnosiłem głos, Elfie reagowała szczekaniem, moczeniem, przy tym zdawała się doświadczać fizycznego bólu od samego stresu. Z tego powodu tłukłem się po głowie młotkiem zrozumienia, aż wbiłem sobie, że gdy pies się przestraszy i „narobi”, to wziąć stary ręcznik, sprzątnąć, przeprać pod szlauchem na tarasie, rozwiesić, zapomnieć. Gdy dostanie szału, to dlatego, że się boi. Uspokoić ją. Może tam w środku dzieją się znów te potworności. Wystarczy być blisko, niech czuje się bezpieczna.


Tym sposobem nietresowalny pies bąkinkąński wytresował mnie.


Po pierwsze: w nie wyrażaniu złych uczuć,

bo te jedynie wszystko pogarszały.


Po drugie: w opanowywaniu ich,

żeby we mnie samego nie uderzały.


Po trzecie: w uczuć tych złych przysłowiowym „nie maniu”.


Po czwarte: w znajdowaniu w to puste miejsce

zrozumienia i takich emocji,

które mogą być pomocne mnie.


A na koniec: w znajdowaniu takich,

którymi podzielenie się

przyniesie naszej małej przyjaciółce

ukojenie.


W sumie – nam obojgu. Nie jestem w tym mistrzem. Oczami wyobraźni patrzę na długą drogę do osiągnięcia cierpliwości, na której końcu znajduje się spokój i zrozumienie dla innych istot. Taką drogę przeszła dla Elfie jej kochająca Pani, którą nie tylko za to bardzo podziwiam.


Myślę przy tym – kiedy ludzkość zacznie tak patrzeć na poranionych, i kiedy wreszcie przestaniemy tworzyć nowych.


 

Myśl o poranionych


Wspominając psa kudłacza myślę czasem o tamtych dzieciach, o ich rodzicach. Myślę o pokoleniach przed nimi. Tutejsza kraina magiczna ze swoją niezrozumiałą, khmerską kulturą ma miejsce na bardzo małą (po namyśle dodaję: z naszego punktu widzenia) strefę komfortu, w której należy się zmieścić. Trudny i piękny stwór nasz czworonożny tak bardzo przypomina mi swój kraj. Poranieni też potrzebują normalności, ale ich normalność jest zdeformowana. Noszą rany utrudniające pójście naprzód, łatwiej też zadają ból i mogą robić to nieświadomie.


Nie mogąc dźwignąć się z kolan, nie potrafią poradzić nic na to, że innych próbują ściągnąć w dół. Ludzie zasłaniają swe okaleczenia maskami teatru codziennego życia. Bez takiej maski trudniej jest się podnieść, pogodzić, walczyć, udawać prosty kręgosłup, dlatego też ranni skrywają się, skradają i nadrabiają drogi, żeby cel swój osiągnąć z ukrycia, pozostając jak najdłużej niezauważonym. Bez konfrontacji. Bez wkładania palców w rany i sypania w nie solą. Żyjąc wśród poranionych warto uważnie patrzeć pod nogi, słuchać z namysłem, dostrzegać przemykające po ułamkach sekund cienie. Tam poskrywane są największe historie.


Elfie wiedziała, że nie znoszę jej wrzasku, ale nie mogła przestać. Nie było pomocy. Żyliśmy wspólnie ze wszystkimi konsekwencjami jej traum, ale były momenty pokoju, gdy wpatrzona w nieskończoność i wsłuchana w ciszę wdzięcznie oddawała to, co psy mają do oddania. W rzadkich momentach, gdy z kłębka nerwów stawała się niepatrzącym gdzie lezie, śmiesznym, ciekawskim małym dzieckiem, zobaczyć można było, jaka zapewne by była, gdyby nie zdarzyła się historia z dziećmi i jedenastoma dolarami.


Czy od traumy można uciec?

Nie wiem. Na mgnienie oka można ją zapomnieć.


Weźmy przykład tych naszych szaleńczo stromych schodów, którymi my sami z Ewą schodziliśmy pół-bocznie, z najwyższą ostrożnością. Po wielokroć Ewa musiała znosić psa na rękach, albo wieść na bardzo ciasnej smyczy, sama trzymając się poręczy jak alpinistka. A jednak: Elfie długimi susami zbiegała na dół niczym nurkujący sokół, gdy tylko usłyszała niedostępne moim uszom skrzypnięcie klucza Ewy w zamku bramy dwa piętra niżej. Kudłaty ogon znikał w czeluści klatki schodowej, radośnie trzepocząc. Można więc zapomnieć traumy na krótkie chwile. Elfie wystarczył dźwięk zwiastujący największą radość jej życia, aby na pół minuty zapomniała o lęku.


I podróż. Szczególnie tuk-tuk fascynował naszego Elficzka. Jak z magicznej kapsuły, spod peleryny niewidki, z tuk-tuczej gondoli zachłannie obserwowała świat. Zadumana, pozostawała spokojna i cicha.


Historia psa bąkinkąńskiego wraca do mnie nieraz jak przypowieść. Taka to pospolita, pstrokata poczwara na czterech łapach stała się lekcją dla człowieka. Jedną z największych lekcji cierpliwości, jakie spotkały mnie w życiu, bo była lekcją codzienną przez ponad dwa i pół roku.


Piekielnie gorącą i chłodno cierpliwą; taką właśnie jest Kambodża.


50 wyświetleń0 komentarzy
  • Facebook - Grey Koło
  • Instagram - Grey Koło
  • YouTube - Szary Koło
Przeczytaj również: