• Mister Marcin

Pies bąkinkąński

Zaktualizowano: maj 25



W dzielnicy Boeung Keng Kang 1 miasta stołecznego Phnom Penh zdarzyła się historia z psem.



Khmerskie dzieci się nudzą, rodzice niewiele się nimi zajmują. Nie dlatego, że są złymi rodzicami. Sami byli chowani bez sentymentów i robią to, co znają. Nie ma edukacji rodzicielskiej, w wielu domach i szkole „linijką po rękach” jest nadal metodą wychowawczą. Należy słuchać dorosłych i im nie przeszkadzać. Oni pracują, a jeśli nie, to i tak mają ważniejsze rzeczy na głowie.



Ktoś w Kambodży opisał mi taki punkt widzenia.


W życiu dziecka nieuchronnie przychodzi szczególny moment, dzień małej śmierci, albo małego narodzenia.

U jednych może to być ledwo wyczuwalny proces, ulotny i nieoczywisty, jak dotyk satyny; dopiero po wielu miesiącach i przypadkiem rodzina zdaje sobie sprawę, że rozkoszny jeszcze niedawno brzdąc zmienił się nie do poznania odbywszy długą podróż umysłową. U niektórych zaś zmiana owa przejawia się gwałtownym, trwającym kilka tygodni przeskokiem do nowego wymiaru świadomości. W każdym razie rezultat jest ten sam, a autor wielokrotnie obserwował tę zmianę przytomności dziecięcej. Prosta harmonia dzieciństwa rozszerza się wówczas o nowe tony, akordy stają się szersze i pełniejsze, a przy tym akompaniamencie melodie życia nabywają nowego kontekstu i znaczenia.


Dziecko wychodzi spod matczynego fartucha i odtąd coraz bardziej będzie interesowało się drogami od niego odchodzącymi; zaczyna rozumieć i odróżniać dobre od złych zachowań, jak tego chce wymagające otoczenie. Przed tym swoistym przejściem pieszczono brzdąca, rozbawiano, wybaczano; teraz jednak z rosnącym naciskiem rozpoczyna się budowa misternej konstrukcji warunkowania osobowości. Śrubkę przykręca się coraz ciaśniej. Posłuszne pod groźbą kary cielesnej i okiem rodzicielskim w domu karcone, kiedy wreszcie zostawione samym sobie na zewnątrz – dzieciaki uwalniają się spod jarzma oczekiwań. Niepilnowane – wpadają na rozmaite pomysły.




Przedmieście Phnom Penh. Na ulicy, bo gdzież by indziej, dzieci urządziły zabawę. Nie ma piłki, nie ma boiska, za to są one. Gdzie znajdzie się kilkoro podrostków, coś musi się prędzej czy później wydarzyć. Nie ma dokąd pójść, ale przyplątała się garść znudzonych urwisów z sąsiedztwa.


Zabawa trwa.

Jest różnica wielka, jak przepaść, między niewidzącym okiem miejscowym, a spojrzeniem człowieka z Pierwszego Świata. Widząc dzieci samotnie buszujące obok szaleńczego ruchu ulicznego, a nawet w samym jego środku!, obcy z Zachodu dostrzegają zaniedbanie, opuszczenie, niebezpieczeństwo. Zbulwersowani, myślą wówczas o jedynie im znanych i niejasnych tu prawach dziecka, obowiązkach rodzicielskich i o czym jeszcze. Nikt z miejscowych głowy sobie tym nie zawraca, zabawy uliczne są normalne, choć to zaczyna się zmieniać. Przy odrobinie szczęścia jakaś przechodząca kobieta ofuknie i przepędzi dzieci w bezpieczniejszy kąt. Znajomy, starszy pan z ministerstwa, opowiadał mi, że zaraz po wojnie domowej było może sto samochodów w całym Phnom Penh. Teraz korki nie ustają, gdzieniegdzie nawet w nocy. Puszczone samopas, dzieci mają sobie radzić. Nie wyglądają na nieszczęśliwe.


Przechodząca Niemka zobaczyła zabawę. Między żwawymi kopniakami nad ulicą latała pstrokata, biało-czarna poczwara. Nie do zniesienia pisk bólu i przerażenia towarzyszył tej makabrycznej scenie. Pędzą motory, tuk-tuki i samochody, idą przechodnie, z nimi niesie się kurz, dusi smog; sprzątacze z targu palą plastik i śmieci po przeciwnej stronie ulicy. Pod idealnie czystym niebem i skraplającym skórę słońcem w zenicie, zalewającym ulicę potokami duszącej lawy upału, szczenię co i rusz wpadało w stertę obrzydliwie rozkładem cuchnących śmieci za rynkiem. Nikt z tysiąca ludzi wokół tego nie widział. Tylko ta jedna kobieta miała na scenę oczy otwarte; drżała później wspominając, jak szeroko. Miała serce, by się zlitować; znalazła śmiałość, by działać.


Podbiegła. Odebrała dzieciom żałosną, migotającą, pstrokatą kulkę, przeciwko czemu gromadka gwałtownie zaprotestowała. Któryś brzdąc pobiegł po dorosłych. Nie chcieli oddać pobitego psiaka. To ich własność. Niemka mieszka tu nie od dziś, rozumie. Mówią typowym, dookolnym sposobem: „pies kosztuje”. Załamane ręce kobiety trzęsą się z bezsilności, w oczach drżącymi perłami skrapla się boleść i troska. Zaschło w ustach i zamarł jej głos stłumiony podchodzącym do gardła sercem. Trudno uwierzyć w to, co właśnie widziała. Otoczyli ją. Stojąc w smrodliwym od śmieci, spalin i sosu rybnego z ulicznych garkuchni powietrzu, od którego dostać można odruchu wymiotnego, wsunęła dłoń do ukrytej pod bluzeczką kieszonki. Dzieci zbiły się w ciasną gromadkę przed barang, białą, gdy otworzyła portfel. Wspinając się na palce, z wyciągniętymi szyjami, chciwie próbowały wściubić dzióbki do środka. Miała jedenaście dolarów. Dziurawy uśmiech.

Baat, baan – mówią Khmerzy, zgoda. Zamieniła pieniądze na szczenię.


Jedenaście po niemiecku to elf. Stąd imię: Elfie, Elfi.


Nabywczyni przerażonego zwierzątka nie mogła na zawsze zatrzymać znajdy, musiała znaleźć jej dom. Wszystko byłoby lepsze od tych dzieci i ich ulicy. Młoda Polka z Warszawy, wielka miłośniczka zwierząt, niedawno zamieszkała w Kambodży. W domu rodzinnym zawsze było kilka psów królujących na sofach, kanapach i w obejściu. Poraniona Elfie znalazła ciepłą warszawiankę, Ewę, a wraz z nią dom, czułość i miłość.


Pstrokata suczka rosła, ale nie potrafiła nauczyć się ufania. Została odkarmiona i pokochana. Kilka lat później, przez czysty przypadek, dzieliliśmy do spółki z Ewą i Elfie dom w centrum miasta, tuż obok mojej pracy. Wyzwaniem okazało się nie tylko wychodzenie na spacery, czy przyjmowanie gości, lecz właściwie – wszystko. Poza domem psina bała się każdego dźwięku i drgnięcia. Nawet w ścisłym centrum Phnom Penh, jak na wsi, rytm dnia ustala słońce. Ciemno – śpią. Jasno – nie śpią. To pomagało. Względna cisza trwa do wczesnego rana, gdy nocne jarmarki już uprzątnięto, a poranne jeszcze nie wzeszły. Wtedy odbywało się błyskawiczne wyjście z psem, nieraz ledwie minutowe. Prędki sik, bywało, że w bramie, i natychmiast do domu! W ciągu dnia Ewa robiła z Elfie dodatkowe podejście, zwykle zakończone niepowodzeniem. Główny spacer odbywał się późno wieczorem. Wtedy, przed dziesiątą w nocy, miasto zasypiało, a ostatni ze sklepikarzy mieszkających w swoich kramikach wokół naszego domu dopijali z puszek piwo czyszcząc pałeczkami miski z ryżem i jakimś słonym dodatkiem.


Nasz dom mieścił się w centralnej dzielnicy zwanej Boeung Keng Kang, przy rynku o tej samej nazwie. Na moje ucho muzyka klasycznego, nie da się tych słów napisać tak, jak rzeczywiście dla nas brzmią. Po prostu nie mamy takich liter, jakie język khmerski ma dźwięki. Biorąc na słuch, z dostępnych w języku polskim dźwięków zrobiłbym bą-kin-ką. Pytałem miejscowych, co to znaczy, ale każdy mówi coś innego.


Elfie jest psem bąkinkąńskim, nigdy nie opuściła swojej małej dzielnicy, a przynajmniej nie na długo. Z nieufnością spoglądała przez sąsiedzkie płoty, obecność obcych istot ją niepokoiła, co w centrum niebywale zatłoczonego miasta tylko potęgowało stres. Przez pierwszych kilka lat wychodziła z domu na sto metrów w jedną stronę, na pięćdziesiąt w drugą. Postawiła sobie niewidzialne ściany, przez które nie pomogły jej się przebić ani zachęty, ani gra w przeciąganie smyczy.


W jej kolejnym domu mieszkaliśmy już razem. Regularnymi wysiłkami powiększaliśmy terytorium Elfie do kwadratu zarysowanego kilkoma ulicami. Nasza pętla spacerowa miała najwyżej 650 metrów długości. Nieraz po stu metrach Elfie stawała jak wryta. To był koniec spaceru, pełen odwrót na gorączkowo napiętej w stronę domu smyczy. Z reguły niespokojnie szukała miejsca na zrobienie tego, co pieski robią na zewnątrz, i prędko zawracała. Rzadko miała „melodię” na przechadzkę po okolicy.


W lepsze wieczory udawało nam się przejść wzdłuż kilku ulic. Drepcząc naszą wywalczoną w mękach archanielskiej cierpliwości ścieżką, mijaliśmy cichnący nocą zaułek; tam można było puścić pstrokatą wolno, nadal strzegąc jej jak oka w głowie. Zwykle goniła jakiegoś kota, odganialiśmy ją od śmieci wyrzuconych wprost na asfalt z okolicznych street foodów. Gdy szperała w interesujących jedynie psa zakamarkach ulicy, niespodziewany ruch, a nawet martwy przedmiot, z którego obecności zdała sobie sprawę nagle i zbyt późno, mógł spowodować panikę i bieg na oślep. Z rzadka zza rogu wyskakiwał wyjący motocykl lub tuk-tuk, a Elfie (razem z naszymi sercami) zamierała przed oślepiającym okiem reflektora, sparaliżowana nim, jak leśna sarna. Ech… czasem nie było żadnego powodu do paniki, po prostu ponosiła ją psia wyobraźnia… W każdym razie niekiedy udawało nam się wyjść z domu w prawo, by wrócić od strony lewej, tym samym odnosząc sukces zamknięcia naszej pętli nocnych spacerowiczów.



W dni ze wszystkich najlepsze Elfie potrafiła pójść na długi spacer w gronie naszych przyjaciół. Były to nieliczne towarzyskie chwile pstrokatej, gdy wspólnie snuliśmy się uliczkami i przesmykami w centrum miasta. Nasza mała łaciata przyjaciółka była zapaloną podróżniczką pod warunkiem pozostania w swojej mikroskopijnej strefie komfortu. Frontowy koszyk starego skutera lub rozklekotanego, piskliwego roweru był doprawdy idealny. Elfie uwielbiała tak podróżować. Czuła się też spokojnie w biurze swojej Pani i wśród jej pracowników. W kilku lokalnych knajpkach obsługa czasem zaszczycana była odwiedzinami czterech łap, gdy udało nam się zachęcić je do „przebierania” aż tak daleko.


Elfie szczekała zaciekle, gdy ktoś przychodził do domu. Długo uczyła się rozpoznawać odgłos moich kroków na schodach. Przez wiele miesięcy okraszała moje powroty z pracy ogłuszającymi programami artystycznymi trwającymi do chwili rozpoznania mnie. Wtedy była radość, albo – gdy przyplątał się foch – rzucane mi przez ramię, czy co psy mają w jego miejscu, naburmuszone żachnięcie, jakby zażenowana swym niepotrzebnym uniesieniem próbowała swój występ teatralnie ograć. Uspokojona, szukała pieszczoty.


Kiedy wracałem do Kambodży po długich wyjazdach Elfie szalała z radości. Skakała z euforii, a wybuchy szczęścia przeplatały się z żałosnymi piskami wyrzutu, jakby mnie strofowała: „nigdy więcej mnie nie zostawiaj! Nigdy tego nie rób! Czekałam!”. Naprawdę, były to teatralne pokazy, w których znać było ekstazę ponownego połączenia i pretensję zranionej księżniczki.


Od wielkiego dzwona, gdy Ewa podróżowała, zostawaliśmy z psiną sami. Elfie tęskniła za swoją czułą opiekunką. Ja sam żyję cicho, spokojnie. Czworonożna poczwara potrafiła cały dzień szczekać bez powodu w stronę ulicy, przez szczebelki tarasu. Ujadała jak opętana. Tłumaczyłem sobie, że hałasowała profilaktycznie, aby wszem było i wobec jasne, że nim przed kim ucieknie, to będzie bardzo głośno.


Wówczas do niej mówiłem, próbowałem uspokoić, udobruchać smakołykiem, pieszczotą, ale było ciężko. Natchniona, wyszczekiwała stukrotne litanie. Bywałem zdesperowany. Wyjść, trzasnąć, nawrzeszczeć, złapać oddech, marzyłem. Po drugiej stronie naszej ulicy chyliły się ku ziemi zbite z dech, blach, plastiku i gruzu budy przytargowych kambodżańskich slumsów. Mieściły sklepiki, salon fryzjerski, brudne, tanie spa, warsztaty napraw i całą moc innych osobliwości, których przeznaczenie znają jedynie miejscowi. Na wprost naszego tarasu, w obskurnej, wieczorowej garkuchni, od czasu do czasu pichcono na ruszcie jakieś bezgłowe zwierzę. Taki jakiś ogon, nogi jakieś takie... Elfie chyba się domyślała; piruety na rożnie kręcił ktoś z jej pieskiej braci. W te dni tak hałaśliwe zrozumiałem, że moja stanowczość budzi jej strach tkwiący u źródeł mi nie znanych. Podniesienie tonu dawało efekt odwrotny od zamierzonego. Będąc muzykiem, miłośnikiem ciszy w domu, musiałem pokonywać okrutny ból, który sprawiało mi szczekanie. Zrezygnowany, wskazując w dole garkuchnię z rożnem przemawiałem cicho, z naciskiem: "Elfie. Jesteś bardzo dobrym pieskiem. Baaaardzo doooobrym, Elfie. Wiesz?" Coś musiało być w moim tonie, bo jeśli nie milkła, to stawała się cichsza.


Czasem przychodzili do nas goście, ciężko było o zawiązanie przyjaźni z obcymi. Po obowiązkowym oszczekaniu przybyłych następowała gra ciekawości, podchodzenia i umykania. W głębi serca Elfie tęskniła za bliskością, ale była tak poraniona, że bała się szalenie wszelkich jej przejawów. W samotnych chwilach dnia siadywałem na tarasie, a pogodna akurat pstrokata czekała na mój gest. Nie doczekawszy się zaczepiała mnie łapą, trącała pyszczkiem. Nie nawykły do zwierząt ignorowałem ją, a ona tym bardziej o mnie zabiegała. Próbowała zaczepić, wsunąć łeb pod moje ramię i zasnąć. Pogłaskana, roztapiała się w rękach. Bo czasem, gdy byliśmy razem, jej demony szły spać. Kładła się w takim miejscu, z którego mogła mnie widzieć i odpływała. W tych momentach zdawała się być jedynie spokojna. Zwykle, gdy w samotności pisywałem pierwsze materiały na przyszłego bloga i notatki do książki.


Elfie dożywa około połowy typowego pieskiego życia. Kopniaki zostawione na jej ciele nadal bolą. Ewa pięknie rozumie się ze zwierzętami. Mówi, że suczka kiepsko widzi, patrzy bokiem, z ukosa. Potrzebuje dłuższej chwili, żeby kogoś rozpoznać, nawet mnie. Zdaje się cierpieć na niedosłuch, choć może to tylko słuch selektywny, którym szczycą się liczne ludzkie dzieci oraz wszyscy politycy. Elfie zastępuje nam syrenę alarmową (bo jako patentowany tchórz nie zastąpi stróża) i kołatkę u bramy domu. Różnica między naszym psem a dzwonkiem do drzwi jest taka, że ten drugi odzywa się (i milknie) na życzenie gościa.


Co do psiego słuchu – mam inną małą wątpliwość. Wystarczyło, by wracająca do domu Ewa wsunęła klucz w kłódkę bramy dwa piętra niżej, a psina już leciała głową w dół wąskimi, diabelnie stromymi schodami, których kiedy indziej panicznie się bała. Mieliśmy też wątpliwości co do sfery intelektualno-rozwojowej suczki. Również tam coś zostało nieodwracalnie naruszone, co jedynie odbiera argumentację próbom uzasadnienia złości. Mojej złości. Ewa jest aniołem cierpliwości.



Nadludzkim wysiłkiem wywalczyłem w sobie dla Elfie wewnętrzny, codziennie od nowa próbie poddawany spokój.

Ewa miała arcyarchanielskie zrozumienie. Jeśli o mnie chodzi, pukanie się w czoło młotkiem zrozumienia trwało długo, nim przyniosło skutek. Mogłem się pieklić, narzekać, gniewać na Elfie i na Ewę, która to wszystko z czystej miłości przecież. Siłowanie się byłoby na nic. Elfie reagowała szczekaniem, moczeniem, uciekaniem. Zdawała się doświadczać fizycznego bólu od samego stresu. W związku z tym tłukłem się tym młotkiem w głowę, aż wbiłem sobie, że gdy pies się przestraszy i narobi, to wziąć stary ręcznik, sprzątnąć, przeprać pod szlauchem na tarasie, rozwiesić, zapomnieć. Gdy dostanie szału, to dlatego, że się boi. Uspokoić ją. Może tam w środku dzieją się znów te potworności. Być blisko, niech czuje się bezpieczna.


Tym sposobem nietresowalny pies bąkinkąński wytresował mnie. Po pierwsze: w nie wyrażaniu złych uczuć, bo te jedynie wszystko pogarszały. Po drugie: w opanowywaniu ich, żeby we mnie samego nie uderzały. Po trzecie: w uczuć tych złych przysłowiowym „nie maniu”. Po czwarte: w znajdowaniu w to puste miejsce zrozumienia i takich emocji, które być mogą pomocne mnie. A na koniec: w znajdowaniu takich, którymi podzielenie się przyniesie naszej małej przyjaciółce ukojenie. W sumie nam obojgu. Nie jestem w tym mistrzem. Oczami wyobraźni patrzę z podziwem w dal na długą jeszcze przede mną drogę, na której końcu macha do nas pełna miłości, archanioł cierpliwości, Ewa.



Wspominając psa kudłacza myślę czasem o tamtych dzieciach, o ich rodzicach. Myślę o jeszcze wcześniejszych pokoleniach. Tutejsza kraina magiczna ze swoją khmerską kulturą ma miejsce na bardzo małą (po namyśle dodaję: z naszego punktu widzenia) strefę komfortu, w której należy się zmieścić. Trudny i piękny stwór nasz tak bardzo mi przypomina swój kraj… Poranieni też potrzebują normalności, ale ich normalność jest zdeformowana. Noszone rany utrudniają pójście naprzód. Poranieni łatwiej też zadają ból innym, mogą to robić nieświadomie.


Nie mogąc dźwignąć się z kolan, poradzić nie mogą nic na to, że próbują innych na kolana ściągnąć. Ludzie zasłaniają swe okaleczenia maskami teatru codziennego konwenansu. Bez maski trudniej się podnosić, pogodzić, wywalczyć swoje, udawać prosty kręgosłup i silne ramiona. Nie wiem, czy zrozumiecie, ale… dlatego też właśnie ranny skrywając się, skradając i czołgając, nadrabia drogi, żeby cel swój osiągnąć z ukrycia i od strony, z której jak najdłużej pozostanie niezauważony. Bez konfrontacji. Bez wkładania palców w rany, bez sypania solą. Życie wśród poranionych uczy, by uważnie patrzeć pod nogi, słuchać z namysłem co niesie wiatr, dostrzegać przemykające po ułamkach sekund cienie.


Z Elfie byliśmy przyjaciółmi. Wiedziała, że nie znoszę jej wrzasku, ale nie mogła przestać. Nie było pomocy. Żyliśmy wspólnie ze wszystkimi konsekwencjami jej traum, ale były momenty pokoju, gdy wpatrzona w nieskończoność i wsłuchana w ciszę wdzięcznie oddawała to, co psy do oddania mają. W rzadkich momentach, gdy z kłębka nerwów stawała się nie patrzącym gdzie lezie, śmiesznym, ciekawskim małym dzieckiem, można było zobaczyć, jaka by pewnie była, gdyby nie zdarzyła się historia z portfelem, jedenastoma dolarami i jej imieniem.


Czy od traumy można uciec?

Nie wiem. Na mgnienie oka można ją zapomnieć.


Weźcie przykład tych naszych tak strasznie stromych schodów, którymi my sami z Ewą schodziliśmy pół-bocznie, z najwyższą ostrożnością. Po wielokroć Ewa musiała psa znosić, albo wieść na bardzo ciasnej smyczy, sama się trzymając jak alpinistka. Tak było. A jednak słysząc przekręcany w kłódce dwa piętra niżej klucz swojej Pani, Elfie biegła długimi susami naszą schodo-drabiną jak nurkujący sokół. Widziałem tylko trzepoczący kudłaty ogon. Tak więc – można. Elfie, na przykład, trzeba było dźwięku zwiastującego największą radość jej życia, żeby na pół minuty zapomniała o lękach.


I podróż. Szczególnie tuk-tuk fascynował naszego Elficzka. Jak z magicznej kapsuły, spod peleryny niewidki, z tuk-tuczej gondoli zachłannie obserwowała świat. Zadumana, nigdy wtedy nie szczekała.


Historia psa bąkinkąńskiego wraca do mnie nieraz, jak przypowieść. Taka to pospolita, pstrokata poczwara na czterech łapach stała się lekcją dla człowieka. Jedną z największych lekcji cierpliwości, jakie w życiu mnie spotkały, bo była lekcją codzienną przez ponad dwa i pół roku.


Piekielnie gorącą i chłodno cierpliwą; taką właśnie jest Kambodża.


47 wyświetlenia0 komentarz
  • Facebook - Grey Koło
  • Instagram - Grey Koło
  • YouTube - Szary Koło
Przeczytaj również: