• Mister Marcin

Podarunki w Kambodży, cz. 1

Zaktualizowano: lip 27

Jakże przyjemną czynnością jest otrzymywanie podarunków, odpakowywanie i delektowanie się nimi! W tym uczuciu można się zapomnieć i zapamiętać się w nim, któż tego nie kocha? Ofiarowanie prezentu potrafi sprawić tak samo wielką radość i satysfakcję, jak drugiej stronie dostanie go. Tu zabrzmi przestroga – wszak obdarowywanie i bycie obdarowywanym nie zawsze bywa lekkie, łatwe i przyjemne.


Nieraz nie mamy najmniejszego pojęcia, co skrywa się za słowem obietnicy, za zamkniętymi drzwiami, pod wieczkiem pudełka i za przymkniętymi powiekami. Wyczekiwane, otwierane ze wstrzymywanym oddechem i nadzieją, czymkolwiek by nie były, wszyscy na nie czekamy, choćby w najmniej uświadomiony sposób.



Prezenty


Oto plan tego odcinka:

odrobina teorii i filozofii podarunku,

o trudnościach ze zrozumieniem Khmerów,

obyczaj pierwszy – słodki.


Obdarowywanie po kambodżańsku może wiązać się z uroczystością, ceremoniałem, okazaniem komuś uczuć, intencji, z wyrażeniem zależności rodzinnej lub społecznej, z nie każdemu miłym przywiązywaniem kogoś do siebie. Podarunek z reguły niesie pewne skryte, niewysłowione oczekiwanie wzajemności. Bywa, że staje się utrapieniem, lekcją sztuki brania życia.


Zawsze uwielbiałem dostawać te wielkie skarby dzielące życie na „przed” i „po” nich oraz drobiazgi wszelakiego rodzaju. Myślenie o prezentach z wiekiem ulega odmianie – samemu częściej się daje niż otrzymuje. Nowe lata na karku przynoszą nowe spojrzenie na świat, które młodsi od nas paradoksalnie wyrzucają nam jako „stare”. Im wyżej pnie się bluszcz po ścianie życia, tym mniejsze krople z nieba wydają się być odżywcze. Kochałem prezenty, jak każdy – na swój własny, nieumiarkowany sposób.


Aż wyjechałem do Kambodży.


Khmerskie słowa są proste, za to skrywają rozmaite znaczenia, których człowiek kultury podobnej do naszej nigdy by nie odgadł. Nieraz stałem się ofiarą tej wieloznaczności w wyniku życzliwych, najszlachetniejszych intencji drugiej strony. Podarunki i niespodzianki przysparzały mi nerwów nie tylko dlatego, że bywałem zagubiony w ich sensie; czasami dokładnie znałem ich znaczenia i właśnie przez to nie mogłem im zapobiec lub przed nimi uciec.


Przez lata zebrałem liczne notatki o kambodżańskich obyczajach obdarowywania, niektórych z tych prawideł kultury długo nie rozumiałem. Zgromadziłem je niedawno w jednym miejscu, odnajdując materiał na długą opowieść. Podzieliłem to wszystko na niewielkie odcinki, którymi po troszku dzielił się będę z Czytelnikiem pomiędzy innymi tekstami.


Zanim zrozumiałem co jest czym i jaki gest co oznacza, błądziłem. Nieraz do tak żałosnego stopnia, że nie wiedziałem o swej ignorancji, nie wyczuwałem własnego nietaktu, niedelikatności, które pewnie mi wybaczano. Khmerzy mają trudność z wytłumaczeniem siebie samych, unikają wyjaśnień, zmieniają temat, gdy zapytać ich o własny sposób na życie. Kiedy spotykam się z czymś obcym, staram się to zrozumieć, muszę wejść w zagadnienie jak najgłębiej, oswoić nieznane. Miałem na szczęście, choć nie od razu, kilkoro życzliwych przewodników, którzy podzielili się wiedzą, pomogli mi zrozumieć swój kraj, co z czasem przyniosło mi swobodę w kontaktach międzykulturowych oraz ulgę.


Źródłem wiedzy o zawiłościach kultury, których zrozumienie cudem by na mnie nie spłynęło, była i pozostaje spotkana w stołecznych środowiskach rządowych i kulturalnych bong Theavy. Skazana przez reżim Czerwonych Khmerów za śpiewanie zaangażowanych pieśni, uciekinierka przed zagładą, podróżniczka, osoba gruntownie wykształcona, znająca szeroki świat i jednocześnie pochodząca z kambodżańskiego zaścianka, potrafiła zrozumieć moje wątpliwości, pytania, wybaczyć mi niedowierzanie i czasem ironiczny stosunek do absurdów jej kraju. W swym wybaczaniu umiała okazać nieskończoną cierpliwość, podczas gdy mój umysł i dusza dostawały niestrawności od wprost abstrakcyjnych indywiduów Kambodży. Paradoks podarunku był jednym z nich, choć więcej będzie w tym wszystkim śmiechu, niż strachu czy zmartwienia.


Fotografia pamiątkowa na kambodżańskim weselu, żywe kolory, mała dziewczynka po lewej stronie, czerwony dywan
Khmerskie wesele jest jedną z okazji do serdecznej wymiany rozmaitych podarunków, co szczególnie przydatnym jest w pomaganiu sobie w inte... ups, o tym w dalszych częściach ;)

Znaczenie podarunku


Zagadnienie prezentu ma swą genezę, system wartości, znaczeń, podtekstów, zobowiązań i rozmaitych informacji poskrywanych pomiędzy gestami. Jak zwykle, Kambodża ma na to istny kod kulturowy; tę właściwą sobie złożoną, ścisłą etykietę kontrastującą z brakiem rozwiązań w kwestiach życia, zdrowia, ekonomii i tym podobnych drobiazgów.


Znaczenie niesie nie tylko podarunek sam w sobie. Ważne jest bowiem co się daje, komu, kiedy, na jaką okoliczność, w jakiej sytuacji, w jakim celu ukrytym bądź jawnym, co pragnie się prezentem powiedzieć lub przekazać i do jakiej sytuacji doprowadzić obdarowanego, co nie zawsze kończy się dla niego korzystnie. Pamięć i historia prezentów w każdej kambodżańskiej rodzinie sięga dekad, a nawet pokoleń wstecz.


Seria ta jest do brania na lekko i z przymrużeniem oka.


Podzielę się niektórymi elementami khmerskiej kultury i zdarzeniami z własnego życia: radosnymi, na rozmaite sposoby zaskakującymi oraz małymi dramatami, w które wplątała mnie khmerska uczynność i życzliwość. Zaczynam od jedzenia – powodu, dla którego czasami bałem się iść spotykać z ludźmi.



Obyczaj pierwszy


Niewiele wspólnego ma z miejscową tradycją, jednak obecnie żywo się go praktykuje. Chodzi o danie czegoś miłego. Sam zwyczaj jest w swej naturze przyjemny i elegancki, ale prędko zaczął mnie irytować i od niego uciekałem. Dawanie jest ważną formą wyrażania szacunku, dlatego nie powinno się kwestionować ani intencji, ani podarunku. Prawdopodobnie powinienem tę rozprawkę zakończyć tutaj i pozostawić zwięzłą jak żadną inną, ale przecież piszę po to, żeby opowiedzieć o nieznanym.


Otóż prezenty w Kambodży nie zawsze były mi do smaku i bywało, że wolałbym nie stać się ich adresatem. Nie robiłem wszak tego na złość. Pochodzę z kręgu kulturowego oraz pokolenia, w którym wszystko można powiedzieć, choćby stanowcze i kategoryczne „nie chcę”. W rodzimej kulturze Khmerów odmowa praktycznie nie istnieje, szczególnie gdy stajemy się adresatem życzliwości. Niektórzy już zaczynają się domyślać, jaką to bywa pułapką. O tym w dalszych odcinkach!


Czego nie powiedziałem od początku, to że pierwsze teksty z serii będą o jedzeniu, i nie bez przyczyny! W biednych krajach, a zresztą nie tylko, jedzenie jest zagadnieniem delikatnym. Problem w tym, że poczęstunku się nie odmawia i jest to święte od tysięcy lat prawo. Chodzi o to, żeby brać co dają, ale również być zachwyconym oraz wdzięcznym. Zdarzało mi się postępować wbrew własnym zasadom i uczuciom, aby pozostać kulturalnym, nie zranić uczuć kogoś mi serdecznego, albo nie stać się adresatem skądinąd naturalnej życzliwości. W Kambodży jedzenie może stać się utrapieniem, pułapką, jego przyjęcie oraz spałaszowanie jest dla Khmerów tak potwornie oczywiste, że nie wchodzi w grę jakieś obrzydzenie, niechęć czy niesmaczny grymas.


Jak byście się poczuli, gdybyście podzielili się najlepszymi rarytasami z własnego stołu, których zapach wprawia w omdlenie z zachwytu, ale jeden dziwny człowiek, ten poczęstowany, okazuje niesmak? (A nawet odrazę).


Najmocniejszą historię z mojego własnego życia i bliskiego śmierci doświadczenia z jedzeniem opowiem w przyszłej części „podarunków”. Jak Czytelnik zdążył się zorientować, rozpoczynam od deseru. Zapraszam na


Tort



Niech zbiorę dotychczasowe myśli: tort jest jedzeniem – jedzenia się nie odmawia. Tort dostaje się na urodziny, w prezencie – brzydko byłoby nań narzekać, prawda? Wschodnioazjatyckie powiedzenie mówi, że dla deseru ma się „drugi żołądek”, nie wymówisz się dopiero co zjedzonym obfitym obiadem. W Kambodży sądzi się po intencjach, nie po rezultatach, a jakie intencje mogła mieć życzliwa osoba, która ofiarowała ci tort?


W tradycyjnej kuchni khmerskiej nie ma pieca. Typowe składniki ciast, jak masło, mleko, mąka zbożowa, nie należą do miejscowej kultury kulinarnej; rodzime słodycze są zaś zupełnie innego, z kolei nam obcego, rodzaju. Tort jest wynalazkiem zagranicznym, jego składniki trzeba sprowadzać, dlatego jest drogi i to dodaje mu prestiżu. Podarowanie go wyznacza więc status i, oczywiście, jest szczodrym wyrazem uprzejmości. W mojej pracy istniało niepisane prawo dawania ciast i tortów.


Gdy mieszkałem w Phnom Penh, cena dość porządnego tortu wahała się między piętnastoma a trzydziestoma pięcioma dolarami amerykańskimi. To bardzo dużo w kraju, w którym średnia płaca zwykłego zjadacza ryżu wynosiła od stu pięćdziesięciu do dwustu pięćdziesięciu dolarów. Jak niewdzięcznym jest człowiek, który przy tym narzeka.


Kiedy ktoś stawia na stole tort, nie można wymówić się od wzięcia udziału w konsumpcji, chyba że akurat ma się, powiedzmy, widoczne gołym okiem przeciwskazania odnośnie spożycia pokarmów. Choroba, spuchnięty ząb, albo grobowy jakiś wyraz twarzy, przez który ludzie i tak nie chcą być blisko takiego osobnika. W mojej szkole zwyczajem było zwoływanie całego ciała pedagogicznego nawet w środku indywidualnych zajęć z uczniami, czemu nie mogłem zapobiec pomimo pełnienia funkcji dyrektora. Po prostu: taka kultura i się z tym nie dyskutuje.


Zupełnie na miejscu znajdzie się pytanie: co cię tak w tym drażni, Mister Marcin?


Czerwone fasolki, macha powder i inne rozkosze


Ciasto przybyło z Europy i przeszło proces adaptacji do lokalnych przyzwyczajeń. Zdarzyło mi się jeść pizzę w kambodżańskich smakach, albo spaghetti bolońskie – zamiast sosu pomidorowego oblane kleistym sosem słodko-kwaśnym z kilku łyżek octu, mąki ziemniaczanej i szklanki cukru z odrobiną wody. Azja robi na temat cudzych wynalazków swoje własne wariacje, które bliskie są kubkom smakowym jej mieszkańców.


Nie dziwi nas to, wszak popularne w Polsce bary orientalne również dostosowują smak do lokalnych gustów. Klienci nie zechcieliby wejść do lokalu ze stu metrów „pachnącego” redukowanym na woku sosem rybnym i smażoną pastą z fermentowanych krewetek, których samo wspomnienie wygryza mi oczy i powoduje duszność. Są jednak ich fani i, proszę bardzo, niech też sobie chodzą i żyją.


Tak czy inaczej zmierzam do tego, że kuchnia khmerska składa się z zupełnie obcych nam smaków.


Kawałek tortu z zielonej herbaty i pulpą z miąższu kokosa, leży na papierowym talerzyku
Tort z dodatkiem macha powder i świeżymi wiórkami kokosa

Wielu się ze mną nie zgodzi, dzięki temu świat jest tak różnorodny. Po mojej stronie szańca nie lubi się ciasta o kolorze i smaku zielonej herbaty, którą – jako napój – wielbię i piję. Z jakiegoś powodu japoński macha powder, czyli puder z zielonej herbaty, uchodzi za rarytas cukierniczy. Puder dodaje się do mąki, przez co wypieczony biszkopt ma jasnozielony kolor i mdły smak.


Krem w torcie – wolę nie myśleć z czego jest zrobiony. Zastanawia mnie, co się do niego dodaje, że wielopiętrowo przekładane wypieki nie spływają w tropikalnej temperaturze podczas transportu. Tort najczęściej owinięty jest grubym płaszczem z barwionego lukru plastycznego.


W kremie często zanurzone są czerwone fasolki. Te same, które Meksykanie podają w tortillach z mięsem, ostrym sosem i kwaśną śmietaną. We wschodniej Azji czerwona fasolka jest delikatesem deserowym. Gotuje się ją przez długi czas na małym ogniu z ogromną ilością cukru do czasu, gdy fasolki są miękkie, lub zupełnie się je rozgotowuje do uzyskania konsystencji jednolitej pasty. Nie mam nic przeciwko czerwonej fasolce na słodko, byle nie w kremie na cieście.


Inną wariacją na temat kremu jest pulpa lub wiórki ze świeżego miąższu kokosa. No, to już jest sprawa indywidualna: lubisz, albo nie lubisz.


Bywałem częstowany ciastem upieczonym z kwaśnym mango, chlebowcem, tamaryndowcem, albo – proszę zatkać nozdrza – z durianem. Nie licząc tego ostatniego, nie mam nic przeciwko pozostałym owocom, byle nie na cieście.


Na urodziny


W Azji nie ma imienin, celebruje się urodziny i uroczystości tradycyjne, o których może trzeba by kiedyś oddzielnie opowiedzieć, bo u nas takich świąt nie ma. Jubilat najczęściej dostaje tort, na który składają się wszyscy zainteresowani; w przypadku zaś, gdy ma się kilka grup znajomych, można liczyć na tort od każdej z nich, a nawet osobno od niektórych bliskich nam osób. Te ostatnie jednakże prawdopodobnie znają nas na tyle dobrze, że będą wiedziały, czym najlepiej nas obdarować, aby nie skrywać się za leniwą wygodą zrzutki na ciasto. Wypiek z jakimś znaczącym napisem daje ktoś, kto chciałby stać się nam bliski, ale nie potrafi pokonać nieśmiałości bądź nie umie wysondować naszych uczuć.


Czasami tort podaruje nam przełożony w pracy. To duży gest. Owszem, przede wszystkim chodzi o okazanie życzliwości, ale jeśli poczęstunek nie jest przez nas pożądany, czego powody mogą być różne, także obiektywne, to jesteśmy w kropce. Trzeba jeść i w sposób widoczny się cieszyć.


Adaptacja obcych obyczajów nie ogranicza się do jedzenia. W tym przypadku dodać należy śpiewanie jubilatowi jakże niekambodżańskiego „Happy Birthday to You!” na cztery czwarte, co mnie jako wykształconego muzyka doprowadza do szału, ponieważ jest to piosenka w metrum trójdzielnym. Wszyscy obecni klaszczą na każdą miarę taktu i z reguły przez chwilę zapominają przestać klaskać po tym, jak już pieśń odśpiewają. Nie mogłem nic z tym zrobić nawet w szkole muzycznej. Podczas piosenki jubilat może pomyśleć sobie życzenie, które niechybnie się spełni.


Ważną częścią kultury tortu jest sesja fotograficzna, zdjęcie z tortem jest wyjątkowo (przymiotnik znany mi z Azji) instagramowalne. Zaczyna się od zdjęć grupowych z ciastem ułożonym na stole oraz w dłoniach jubilata, a także trzymanym wspólnie. Następne są indywidualne fotografie z jubilatem bądź tylko z tortem. Podczas sesji robimy słodkie buźki, przyjmujemy zabawne postawy, robimy gesty uznawane za pozytywne, wesołe, modne. W cukierni na życzenie dostajemy zestaw papierowych talerzyków, nożo-dozownik, plastikowe sztućce, dzięki czemu tort nie wymaga dodatkowego zaplecza technicznego.


Moją niewdzięczność pogarsza fakt, że wszyscy inni wyglądali na zadowolonych. Czyjeś urodziny świętowaliśmy ponad dwadzieścia razy w roku; obchodzili je nauczyciele oraz personel, dlatego starano się, żeby odbyło się to w mojej obecności jako dyrektora. Te małe celebracje uważałem za bardzo miłe, dbaliśmy aby nikogo nie pominięto, żeby każdemu było przyjemnie w dniu urodzin (które nie są obyczajem azjatyckim). Kilka minut uwagi, uprzejmości, uśmiechu, po prostu ciepły gest. Wszyscy byli zadowoleni, niektórzy wprost zachwyceni poczęstunkiem, tylko ja, zdaje się, bardziej cieszyłem się z samego faktu niż z syntetycznie barwionych warstw, usztywnianych kremów opierających się niszczycielskiej sile słońca i grubego płaszcza plastycznego lukru.


Nieraz torty były tak cukrowe, wymyślne i złożone z dziwnych smaków, że nie mogłem na nie patrzeć, mimo że z natury jestem prawdziwym łasuchem. Jeśli trudno było mi przełknąć, wymawiałem się lekcją, pilnym obowiązkiem biurowym, i kończyłem ciasto w zaciszu gabinetu przy kawie bądź herbacie. Kiedy jednak nie mogłem go zjeść, wówczas oddawałem je pewnemu szkolnemu głodomorowi, który nie odmawiał jakiejkolwiek ilości jedzenia. Nigdy. (Dla podejrzliwych: nie był to zwierzak domowy, lecz jeden z pracowników.)


Tort to – kolokwialnie mówiąc – mały pikuś, jest najwyżej bombą kaloryczną. Następny obyczaj doprowadził mnie niemal do depresji, a przynajmniej do sporego wyczerpania fizycznego. Najgorsze jest to, że obyczaj sam w sobie jest piękny. Patrząc na mnie khmerskimi oczami można śmiało uznać, że byłem niewdzięcznikiem; mnie samemu było przykro, że taki jestem. Technicznie to ujmując: moje dostosowanie się wiele by ułatwiło, ale nie mogłem tego dłużej znieść. Człowieka Zachodu raczej historia ta rozśmieszy, w naszej kulturze można robić co dusza zapragnie (tak czy nie?), można bez wielkich ceremonii uprzejmie się wymówić, ale nie w Kambodży.

W następnej części: jak uczynność, dobra wola i podarunek może doprowadzić do utraty zdrowia fizycznego i psychicznego. Na moim własnym niewdzięcznym przykładzie.

19 wyświetlenia1 komentarz
  • Facebook - Grey Koło
  • Instagram - Grey Koło
  • YouTube - Szary Koło
Przeczytaj również: