• Mister Marcin

Podarunki | 1

Zaktualizowano: 25 mar

Jakże przyjemną czynnością jest otrzymywanie podarunków, odpakowywanie ich i delektowanie się nimi! W uczuciu tym można się zapomnieć i zapamiętać się w nim. Któż tego nie kocha? Ofiarowanie prezentu potrafi sprawić tak wielką radość i satysfakcję, jak otrzymanie go; a jednak – obdarowanie i bycie obdarowanym nie zawsze jest łatwe, proste i przyjemne.


Nieraz nie mamy najmniejszego pojęcia, co skrywa się za słowem obietnicy, za zamkniętymi drzwiami, pod wieczkiem pudełka i przymkniętymi powiekami. Wyczekiwane, otwierane ze wstrzymywanym oddechem i nadzieją, czymkolwiek są, świadomie czy nieświadomie – wszyscy na nie czekamy.



Prezenty


W tym odcinku:

  • Wprowadzenie do filozofii podarunku

  • O trudnościach ze zrozumieniem obcej kultury

  • Obyczaj podarunkowy pierwszy, słodki


W dalszych częściach cyklu podarunkowego opowiem między innymi o starożytnym, do dziś żywym obyczaju, który gdzie indziej, choć tylko w niektórych krajach, nazwano by korupcją; o rodzinnych księgach spisujących podarunki na kilka pokoleń wstecz; jak mimo najlepszych intencji i w wyniku czyjejś troski o moje dobre samopoczucie zacząłem chorować, a w ostateczności zostałem otruty. Jeden z najbardziej znamienitych, wprost literackich przypadków otrzyma należny mu, w pełni zasłużony odcinek. Jest to z życia wzięty przykład czerpania korzyści z własnej ofiarności; nazywam go podarunkiem chińskiej ciotki. Owa szlachetna niewiasta istnieje naprawdę, jest żywą osobą i może się okazać, że Czytelnik odnajdzie w niej kogoś sobie znanego, a nawet bliskiego.


 

Chciał dobrze


Powinienem wspomnieć o obcym naszemu pojęciu niuansie obyczajowym, którego znajomość przyczyni się do głębszego zrozumienia podarunków. Zgodnie z dwutysiącletnią tradycją, w Kambodży nie ocenia się po rezultatach działań, lecz po poprzedzających je intencjach. Niesie to rozległe, daleko idące konsekwencje. Jedną z nich jest to, że od osoby obdarowanej oczekuje się wdzięczności i widocznego ukontentowania podarunkiem, a ten nie zawsze jest trafiony czy skrojony na korzyść adresata. I może stać się utrapieniem.


 

Co mówią prezenty


W kulturze Kambodży podarunki wymienia się przy okazji niektórych uroczystości i ceremonii tradycyjnych. Obdarowywanie służy okazaniu intencji, siły, ale również uczuć zbyt intymnych, by o nich mówić otwarcie; wiąże się też z wyrażeniem zależności rodzinnej, zawodowej lub społecznej, z przysłowiowym „pokazaniem się”, oraz bywa sposobem na nie każdemu miłe przywiązanie kogoś do siebie. Podarunek z reguły niesie skryte, niewysłowione oczekiwanie wzajemności, bywa więc utrapieniem, gdy jego wartość znacznie przekracza możliwość rewanżu, a tym samym staje się nigdy nie wypowiedzianym na głos, długotrwałym zobowiązaniem. Kierowanie uwagi na cel raczej, niż na środki, nie dotyczy wyłącznie wielkich gier politycznych, ale również prywatnych relacji międzyludzkich, rozgrywek rodzinnych i interesów.


Zawsze uwielbiałem dostawać drobiazgi wszelakiego rodzaju i te wielkie skarby dzielące życie na „przed” i „po” nich. Stosunek człowieka do prezentów z czasem ulega odmianie. Nowe lata na karku przynoszą nowe spojrzenie na świat, które młodsi od nas paradoksalnie wyrzucają nam jako „stare”. Wraz z wiekiem samemu częściej się daje, niż otrzymuje, a jednocześnie osobie dojrzałej nieraz milszym zdaje się być prezent użytkowy i praktyczny niż fantazyjny i do niczego konkretnego nieprzeznaczony. Balans ukontentowania podarunkiem czekolady a skarpetek, początkowo jednoznaczny i niewzruszony, po którejś z wiosen rozchwiewa się i z każdą dekadą przechyla na korzyść skarpetek. Im wyżej pnie się bluszcz po ścianie życia, tym coraz mniejsze krople z nieba wydają się zaspokajać potrzeby i marzenia. Kochałem prezenty, jak każdy – na swój własny, nieumiarkowany sposób.


Aż wyjechałem do Kambodży.


Khmerskie słowa są proste, za to skrywają rozmaite znaczenia, których człowiek kultury podobnej do naszej nigdy by nie odgadł. Nieraz, w wyniku życzliwych, najszlachetniejszych intencji drugiej strony, stałem się ofiarą tej wieloznaczności. Zdarzało mi się zagubić w skrytym sensie podarunków, na które nie potrafiłem odpowiedzieć w oczekiwany ode mnie sposób, bo też nie zawsze chodzi o zwykłe podziękowanie. Czasami, odwrotnie, dokładnie znałem znaczenia ofiarowanych mi przedmiotów, pomocy, zaproszeń lub usług i właśnie dlatego nie mogłem im zapobiec lub uciec przed ich konsekwencjami.


W żaden sposób nie odbiera to ani szlachetności, ani trafności niektórym prezentom, które w Kambodży otrzymałem od osób głęboko wsłuchanych w moje mimochodem napomknięte plany, myśli czy życzenia; i wcale nie po to o nich mówiłem, by je spełniono jak prośbę. Kambodżanie i inni Azjaci zaskakiwali mnie nieraz tym uważnym uchem i niesłychanie przenikliwym, trafnym wyborem podarku, który bodaj nie ma znaczenia, lecz Amorem trafia w serce i na zawsze zostaje w pamięci. Kilka razy do łez wzruszyli mnie jakimś przedmiotem, o którym przypadkiem wspomniałem miesiące wcześniej, lub – co jeszcze więcej rozczula – takim, który zbliżał mnie do mojego celu, wspierał w jego realizacji, albo dopingował do kontynuowania obranej drogi. Niezwykły to przykład skupienia uwagi na drugim człowieku.


 

Seria podarunkowa


Przez lata zebrałem liczne notatki o kambodżańskich obyczajach obdarowywania. Niektórych z tych prawideł kultury długo nie rozumiałem. Zgromadziłem je niedawno w jednym miejscu, odnajdując materiał na długą opowieść. Ułożyłem ją w serię odcinków, którymi dzielił się będę z Czytelnikiem pomiędzy innymi tekstami.


 

Zagubiony w obcej kulturze


Zanim zrozumiałem co jest czym i jaki gest co oznacza, błądziłem. Nieraz do tak żałosnego stopnia, że nie wiedziałem o swej ignorancji, nie wyczuwałem własnego nietaktu, niedelikatności, które pewnie mi wybaczano. Khmerzy mają trudność z wytłumaczeniem swoich obyczajów, unikają wyjaśnień, zmieniają temat, gdy zapytać ich o własny sposób na życie. Kiedy spotykam się z czymś obcym, staram się to zrozumieć, muszę dotrzeć jak najgłębiej ku istocie zagadnienia, oswoić nieznane. Miałem na szczęście, choć nie od razu, kilkoro życzliwych przewodników, którzy podzielili się wiedzą oraz pomogli mi zrozumieć swój kraj, co z czasem przyniosło mi swobodę w kontaktach międzykulturowych.


Zrozumienie rozlicznych zawiłości kultury, których cudem sam bym nie dostrzegł i nie zrozumiał, najwięcej ułatwiło mi kilka szczególnych osób. Była wśród nich khmerska badaczka społeczna, jeden pan z ministerstwa kultury oraz mówiący biegle po polsku profesor z Królewskiego Uniwersytetu Sztuk Pięknych w Phnom Penh, który niegdyś ukończył studia w Łodzi. Bardzo wiele opowiedziały mi moje młode pracownice. Wiele czasu zdobywałem ich zaufanie, im zaś długo przychodziło zrozumienie, że oczywiste dla nich rzeczy są mi obcymi. Wiele wytłumaczyła mi bong Theavy: skazana przez reżim Czerwonych Khmerów za śpiewanie zaangażowanych pieśni, uciekinierka przed egzekucją, podróżniczka. Ona to – pochodząca z kambodżańskiego zaścianka, lecz gruntownie wykształcona, znająca szeroki świat – potrafiła zrozumieć moje wątpliwości, odpowiedzieć na pytania, wybaczyć niedowierzanie i czasem ironiczny stosunek do absurdów jej kraju. Paradoks podarunku był jednym z nich. Minęło wiele czasu, zanim poznałem tych wszystkich ludzi i zdobyłem wystarczające ich zaufanie, by otworzyli się i wytłumaczyli mi swoją kulturę.


Powinienem oddać sprawiedliwość Kambodży, początkowo mi obcej oraz niedocieczonej, bowiem wiele spraw, zdających mi się najpierw uchybieniami, niedociągnięciami, w końcu okazało się logicznymi, a nawet zrozumiałymi, choć może w ten zawiły, wymagający wejrzenia w głąb sposób, jakim należy przyglądać się rzeczom nieznanym i niezrozumiałym.


Fotografia pamiątkowa na kambodżańskim weselu, żywe kolory, mała dziewczynka po lewej stronie, czerwony dywan
Khmerskie wesele jest jedną z okazji do serdecznej wymiany podarunków, co szczególnie przydatnym jest w pomaganiu sobie w rozmaitych... ups, o tym w dalszych częściach :)

 

Znaczenie podarunku


Rządzi nim pewien system wartości, zobowiązań, kontekstów i rozmaitych informacji poskrywanych pomiędzy gestami. Nie tylko akt przygotowania i wręczenia podarunku jest gestem; jest nim także dobór przedmiotu dla konkretnej osoby, sposób opakowania, wręczenia oraz późniejszego postępowania czy zachowania wobec obdarowanego. Nie zawsze podarek zostaje faktycznie wręczony; czasami chodzi wyłącznie o jego ogłoszenie i prowadzenie gry z osobą mającą go otrzymać. Tym sposobem, trzymając kogoś w niepewności lub stawiając mu określone do spełnienia warunki, jednym obiecanym, lecz nie danym podarunkiem można kontrolować, poniżyć, postawić pod ścianą, nawet skrytykować czy ukarać, przywołać do porządku lub, co najważniejsze w kulturach opartych na całkowitej zależności od rodziny, długotrwale do siebie przywiązać. W tym sensie, choć może chciałoby się takie manipulowanie potępić, są punkty widzenia znajdujące uzasadnienie i pochlebiające takim działaniom. Czytelnik mój niech wedle własnego serca sprawę tę waży.


Jak w wielu dziedzinach, Kambodża ma na to rozbudowaną tradycję; tę właściwą sobie, niesłychanie złożoną, ścisłą etykietę, listę dozwolonych środków i uzasadnionych kulturowo oczekiwań społecznych. Zastanawia mnie ów silny kontrast między rozbudowaniem obyczajów w nie bardzo istotnych sferach życia, a brakiem rozwiązań w kwestiach zdrowia, edukacji, ekonomii i tym podobnych drobiazgów. Khmerska kultura życzliwie podarowała mi jednak umiejętność czynienia spraw ważnymi dwustronnie; rozważania własnych i cudzych kwestii w tych samych kategoriach bez zakładania, że moje jest lepsze. Oczywiście – o ile to możliwe; a to oddzielne zagadnienie. Chodzi przede wszystkim o to, by najpierw się wywiedzieć, co w danej sytuacji jest dla drugiej strony najistotniejszym, najbardziej esencjonalnym, a potem spróbować spojrzeć na rzecz z tej perspektywy.


Warto powiedzieć, że choć może zadziwiają mnie, czy niegdyś zadziwiały, liczne aspekty kultury khmerskiej, są przecież miliony ludzi, dla których właśnie te sprawy są codziennymi, jak nasz chleb, masełko, krzywe spojrzenie z sąsiadem i wystawne wesele u ciotki, która na ten cel zapożyczyła się na pięć lat. Znam osoby potrafiące przyjmować różnice międzyludzkie bez zadziwienia, niezdrowej ciekawości, irytacji, poczucia obcości. Chwała im za to. Opowiadam tu jednak o odnajdowaniu siebie w nieznanym miejscu wśród obcych ludzi, ponieważ przytrafiło mi się być tym zagubionym wśród innych osobnikiem. Zbyt często przytrafia się to ludzkości, a jedną z kluczowych cech humanizmu i przyszłości człowieka jest umiejętność oswajania nieznanego.


Znaczenie niesie nie tylko podarunek sam w sobie. Otoczenie i okoliczności prezentu rozważa się czasem z wnikliwością analityka kontrwywiadu. Ważne jest bowiem co się daje, komu, kiedy, na jaką okoliczność, w jakiej sytuacji, czy w odpowiedzi na wyrażone w podtekście lub kontekście życzenie, czy prezent odpowiada na bieżące potrzeby adresata, czy może je częściowo pomija lub całkowicie ignoruje, a może wielokrotnie przewyższa ich wartość; w jakim celu ukrytym bądź jawnym dano podarek, co pragnie się prezentem powiedzieć lub przekazać i do jakiej, nie zawsze korzystnej, sytuacji doprowadzić obdarowanego. Pamięć i historia prezentów w każdej kambodżańskiej rodzinie sięga nawet pokoleń wstecz.


W serii prezentowej opowiem o niektórych elementach khmerskiej kultury i podzielę się zdarzeniami z własnego życia: radosnymi, na rozmaite sposoby zaskakującymi oraz małymi dramatami, w które wplątała mnie najszczersza khmerska życzliwość i uczynność.


Zaczynam od jedzenia – powodu, dla którego czasami bałem się spotykać z ludźmi.


 

Obyczaj pierwszy, słodki


Choć nie pochodzi z Kambodży, żywo się go praktykuje. Powinien on być ze swej natury przyjemny, miły, ale prędko zaczął mnie irytować i przed nim uciekałem. Dawanie jest ważną formą wyrażania szacunku oraz uczuć, dlatego nie wypada kwestionować ani intencji, ani podarunku. Gdybyśmy byli Khmerami, kiwalibyście teraz swymi szlachetnymi głowami na potwierdzenie, a ja mógłbym tę rozprawkę zakończyć i wszystko byłoby jasne; ale nie jesteśmy mieszkańcami Królestwa Khmerów, a ich obyczaje nie są dla nas oczywiste, ja zaś piszę Doktorat z cierpliwości po to, by oswajać nieznane.


Prezenty w Kambodży nie zawsze były mi do smaku i w niektórych przypadkach wolałbym nie stać się ich adresatem. W moim kręgu kulturowym i pokoleniu wszystko można powiedzieć, choćby stanowcze i kategoryczne „nie chcę, dziękuję”. W khmerskiej kulturze odmowa praktycznie nie istnieje, szczególnie, gdy stajemy się adresatem życzliwości. Ileż razy w rozmowie z jakimś Khmerem czekałem na jednoznaczną, pilną odpowiedź, a tymczasem ten przez całe kwadranse mówił zupełnie o niczym, raczył mnie pustymi historyjkami, komentowaniem pogody i pieczołowitym omawianiem codziennych zajęć. Wiele wody upłynęło w Mekongu, nim ktoś nareszcie zlitował się nade mną i wytłumaczył, co się właściwie tym sposobem odbywa. Porzekadła i obyczaje mówią, że otwarta odmowa, jak zły posłaniec, przynosi pecha, nieszczęście. W towarzystwie nieostrożność takiego rodzaju mogłaby wykluczyć na pewien czas ze wspólnoty i przyciągnąć ten rodzaj spojrzeń ludzkich, jakie otrzymują osoby odmienne, niezrozumiałe, albo potencjalnie niebezpieczne przez samo przebywanie w ich bliskości. Dla osoby zabobonnej otwarta odmowa jest TABU, zaś dla osoby kulturalnej to brak dobrego wychowania i ogłady. Użycie słowa „nie” w odpowiedzi na prośbę uszłoby za niskie, nieszlachetne, obraźliwe. Stąd te polityczne tyrady, po których nie ma ani odpowiedzi, ani konsekwencji. Czytelnik zapewne domyśla się, jaką to bywa pułapką, co przybliżą dalsze odcinki cyklu podarunkowego.


Brak odpowiedzi na zadane pytanie można łatwo pomylić z prośbą. Komuś, kto nie ma doświadczenia z tą kulturą, godzinna pogadanka o niczym (zamiast odpowiedzi „nie”) może pomylić się z sokolim kołowaniem nad naszym gniazdem w celu poproszenia o coś. To tak kolorowy temat, że otrzyma własny artykuł, gdy przyjdzie nań pora.


Pierwsze teksty z tej serii będą o jedzeniu, a to nie bez przyczyny. W biednych krajach, a zresztą nie tylko, jedzenie jest zagadnieniem delikatnym. Poczęstunku się nie odmawia i jest to święte od tysięcy lat prawo, które przypomina słynne z kultur słowiańskich prawidło nie uznające odmowy na ofertę wspólnego spożycia pewnych napitków. Wracając do jedzenia w Azji; należy brać co dają, ale również być tym zachwyconym oraz wdzięcznym. Zdarzało mi się postępować wbrew własnym uczuciom, aby pozostać kulturalnym, nie zranić uczuć kogoś mi serdecznego, albo nie stać się adresatem skądinąd naturalnej życzliwości, jaka potrafiła sprawić mi niemałą przykrość. Jedzenie może stać się utrapieniem, jeśli jest się doń nieprzystosowanym. Przyjęcie oraz spałaszowanie poczęstunku jest dla Khmerów tak potwornie oczywiste, że nie wchodzi w grę odmowa, jakieś obrzydzenie, niechęć czy niesmaczny grymas. Uznano by to za niegrzeczność. Zazdrościłem czasami tym, którzy po prostu lubili kambodżańskie jedzenie.


Niech Czytelnik wyobrazi sobie, że dzieli się najwykwintniejszymi rarytasami z własnego stołu. Ich przygotowanie zajęło całe dnie, a zapach wprawia w omdlenie z zachwytu, ale poczęstowany gość okazuje niesmak. (A nawet odrazę).


Najmocniejszą historię z mojego własnego życia o bliskim śmierci doświadczeniu z jedzeniem opowiem w przyszłej części „podarunków”. Jak Czytelnik zdążył się zorientować, rozpoczynam od deseru. Zapraszam na:


 

Tort



Jedzenia się nie odmawia, a tort zwykle jest jedzeniem, lub czymś bardzo je przypominającym. Bywa prezentem na urodziny – brzydko więc byłoby nań narzekać. Wschodnioazjatyckie powiedzenie, co najmniej tak samo ważne, jak polskie „ze mną się nie napijesz!?”, mówi „każdy ma dwa żołądki”. Oznacza ono dokładnie tyle, że kiedy po obfitym posiłku na stół wjeżdżają ciasta, słodycze i owoce, wszyscy pod korek najedzeni goście zaczynają jeść od nowa. Miałem na ten temat szalenie interesującą pogawędkę w Malezji podczas posiłku, który spożywałem przy jednym stole z profesorami i artystami z Hong Kongu, Singapuru, Wietnamu, Filipin, Malezji, Kambodży, Indonezji, Mjanmy, Tajlandii, Tajwanu, Laosu i Japonii.


Dodatkowe światło na podarunek rzuca wspomniany wcześniej obyczaj sądzenia po intencjach, nie zaś po rezultatach działań. Jakie intencje mogły kierować osobą, która ofiarowała nam tort? No właśnie. Tu sprawa się komplikuje, bo te torty bywają niezbyt... trudno nawet znaleźć na to odpowiednie słowo. Nie zawsze przypadają do gustu.


W tradycyjnej kuchni khmerskiej nie używa się pieca. Składniki ciast, jak masło, mleko, mąka zbożowa, również nie należą do miejscowej kultury kulinarnej; rodzime słodycze są zaś zupełnie innego, z kolei nam obcego, rodzaju. Jako wynalazek zagraniczny, tort jest drogi i to dodaje mu prestiżu. Podarowanie go wyznacza więc status i, oczywiście, jest wyrazem szczodrości. W mojej pracy istniało niepisane prawo tortu urodzinowego.


Gdy mieszkałem w Phnom Penh, cena dość porządnego tortu wahała się między piętnastoma a pięćdziesięcioma dolarami amerykańskimi. To bardzo dużo w kraju, w którym średnia miesięczna płaca zwykłego zjadacza ryżu wynosiła od stu pięćdziesięciu do dwustu pięćdziesięciu dolarów. Jak niewdzięcznym trzeba być, żeby narzekać na taki prezent!


Kiedy na stole stoi tort, nie można wymówić się od jego konsumpcji, chyba że akurat mamy widoczne gołym okiem przeciwskazania odnośnie spożycia pokarmów. W mojej szkole zwyczajem było zwoływanie całego ciała pedagogicznego nawet w środku indywidualnych zajęć z uczniami, czemu nie mogłem zapobiec, choć byłem ich dyrektorem. Taka kultura. I się z tym nie dyskutuje.


Czytelnik może zechce mnie zapytać: co cię tak w tym drażni, Mister Marcin?


 

Czerwone fasolki, wiórki kokosowe i puder z zielonej herbaty


Ciasto przybyło z Zachodu i zostało zaadaptowane do lokalnych przyzwyczajeń. Mieszkańcy Azji wymyślają własne wariacje na temat cudzych wynalazków kulinarnych, do czego mają pełne prawo. Zdarzyło mi się jeść pizzę przyrządzoną wedle kambodżańskiego pomysłu, albo „spaghetti bolońskie” oblane kleistym, silnie octowym, zagęszczanym sosem słodko-kwaśnym z rybnym posmakiem zamiast sosu pomidorowego. Jakże ciekawie z sosem komponowała się posypka z prażonych i drobno pokruszonych orzeszków ziemnych, choć podane na azjatyckich nudlach, a nie na makaronie, danie w niczym nie przypominało żadnego spaghetti.


Nie trzeba dziwić się takim wariacjom smakowym, wszak bary orientalne w Polsce również dostosowują smak dalekowschodnich potraw do lokalnych gustów. Polscy klienci nie zechcieliby wejść do lokalu „pachnącego” ze stu metrów redukowanym na woku sosem rybnym i smażoną w głębokim oleju pastą z fermentowanych krewetek. Samo wspomnienie tych, nazwę je elegancko, zapachów wygryza mi oczy i powoduje duszność. Są jednak ich fani i, proszę bardzo, niech też sobie chodzą i żyją.


Tak czy inaczej zmierzam do tego, że kuchnia khmerska składa się z zupełnie obcych nam smaków i dotyczy to również tortów urodzinowych.


Kawałek tortu z zielonej herbaty i pulpą z miąższu kokosa, leży na papierowym talerzyku
Tort z dodatkiem macha powder i świeżymi wiórkami kokosa w roli kremu między warstwami

Wielu się ze mną nie zgodzi, co pozostaje w zgodzie z naturą; świat jest przecież różnorodny. Choć początkowo byłem zaintrygowany wytworami obcej wyobraźni i smakami bliskimi obcym kubkom smakowym, w ostateczności prędko mi się one przejadły i nie lubię ciasta o kolorze i smaku zielonej herbaty. Wielbię ją za to jako napój i często piję. Uważam też, że powinna zostać tam, gdzie jej miejsce, w kubku lub czajniczku. Grunt w tym, że Khmerzy niebywale chętnie dzielą się słodyczami z dodatkiem tego delikatesu. Z jakiegoś powodu japoński macha powder, czyli puder z suszonej zielonej herbaty, uchodzi za rarytas cukierniczy. Dodaje się go do mąki, dzięki czemu wypieczony biszkopt ma jasnozielony kolor i mdły smak.


Zastanawia mnie też, czego dodaje się do sztywnych kremów, że wielopiętrowo przekładane wypieki nie rozpuszczają się w tropikalnej temperaturze, choć bywają trzymane poza lodówką. Tort najczęściej owinięty jest grubym płaszczem z barwionego lukru plastycznego. Niektórzy tak lubią, lecz ja nie należę do tej słodkiej gromadki.


W kremie często zanurzone są czerwone fasolki. Te same, które Meksykanie podają w tortillach z mięsem, ostrym sosem i kwaśną śmietaną. We wschodniej Azji czerwona fasolka stanowi typową parę dla ciasta ryżowego i jest składnikiem słodyczy. Gotuje się ją na małym ogniu z ogromną ilością cukru aż fasolki zmiękną lub zupełnie się rozpadną na jednolitą masę. Nigdy nie zaprzyjaźniłem się z red bean paste, pastą z czerwonej fasolki, choć jest ona w Kambodży bardzo popularna. Słodycze wyrabia się również z innymi fasolkami, m.in. z soją. Ja zaś wolałbym po prostu nie jeść ciast i słodyczy z fasolką, chyba że w oryginalnie dalekowschodnich specjałach. Oczywiście gusta są rozmaite i mój Czytelnik ma prawo (i powinien) mieć własne zdanie. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że zdarzyło mi się raz upiec w Indonezji i podzielić z przyjaciółmi z Jawy, Bali, Lomboku, Borneo i Sumatry klasycznym sernikiem z brzoskwiniami. Takim samym, jakim zajadamy się zawsze w toruńskim domu moich rodziców. Sernik bardzo smakował moim drogim Indonezyjczykom, ale... „gdyby tylko nie te dziwne owoce na wierzchu, byłby w rzeczy samej – genialny.”


Popularną wariacją na temat kremu jest pulpa lub wiórki ze świeżego miąższu kokosa. No, to już jest sprawa indywidualna: lubisz, albo nie lubisz. Uwielbiam ożywczą wodę z młodych kokosów, lecz miąższ i wiórki z niego zrobione są mi, w najlepszym razie, obojętne. Użycie zaś pulpy z nich, zamiast kremu do ciasta, sprawia mi to przykre uczucie, gdy jemy coś ledwie akceptowalnego i nie możemy zdecydować, czy to połknąć, czy udać się dyskretnie na stronę, by usunąć zawartość ust bez obrażania osoby, która szlachetnie nas poczęstowała.


Bywałem raczony ciastem upieczonym z kwaśnym mango, chlebowcem, tamaryndowcem, albo – proszę zatkać nozdrza – z durianem. Nie licząc tego ostatniego, nie mam nic przeciwko pozostałym owocom, byle nie na cieście.


Kto nie zgadza się z moim stanowiskiem w sprawie duriana, niech uprzejmie pozostawi komentarz i przekona moich szanownych Czytelników do tego jakże wrażliwego na wszelkie zmiany pogody owocu. Sezon durianowy można z łatwością rozpoznać nie tylko na wsi, ale nawet w centrum Phnom Penh. Wystarczy wsiąść do tuk-tuka i przejechać nim nieopodal którejś z zawalonych skrzyniami pełnymi świeżych durianów ulic miasta. Ani smog, ani wszędobylskie garkuchnie ziejące oparami sosu rybnego i pasty z fermentowanych krewetek, ani nawet ordynarny smród rozkładających się wprost na ulicach kop śmieci nie potrafi zagłuszyć tej niebywale intensywnej woni. Zapewniam, że ani największy miłośnik, ani najzagorzalszy przeciwnik durianów nigdy nie zapomni tego zapachu, ani z niczym go nie pomyli.


Czytelnik domyśla się na pewno, jakim uczuciem dla kogoś tak niebywale niewdzięcznego, jak ja, było otrzymanie owego drogiego, kochanego tutaj i przez cały rok wyczekiwanego, mianowanego w Azji królem owoców, duriana.


 

Urodziny jako obcy obyczaj


W Azji celebruje się głównie święta tradycyjne, jakie nam są zupełnie obce. Urodziny zaś w wielu miejscach są jedynie napływową ciekawostką, jak Walentynki czy Halloween w Polsce. Poza tym święta religijne trzeba koniecznie obchodzić, zaś na na taką fanaberię, jak urodziny, trzeba mieć specjalne, dodatkowe fundusze. O religijnych i narodowych świętach kambodżańskich napiszę przy innej okazji, bo wydaje mi się szalenie ciekawym opowiedzieć o kulturze, w której cykl życia wygląda całkowicie inaczej od naszego. W Kambodży rocznego rytmu nie wyznaczają cztery diametralnie różniące się pory roku, letnie wakacje, ferie zimowe, Boże Narodzenie i Wielkanoc; i nawet Nowy Rok jest tak na prawdę kiedy indziej niż u nas, w dodatku – dwa razy do roku. Trzy, jeśli mam być zupełnie precyzyjny; ale najbliższy nam, kalendarzowy, jest ze wszystkich Nowych Roków najmniej istotnym w khmerskiej kulturze. Ileż konfuzji może wywołać tych kilka szczegółów, a to dopiero początek zawiłości!


Jubilat, jeśli obchodzi urodziny, otrzymuje tort, na który składa się rodzina, przyjaciele, koledzy i koleżanki z pracy; w przypadku zaś, gdy ma się kilka grup znajomych, można liczyć na tort od każdej z nich, a nawet osobno od niektórych bliskich nam osób. Te ostatnie jednak zapewne będą wiedziały, czym najlepiej nas obdarować, aby nie skrywać się za leniwą wygodą zrzutki na ciasto. Tort z jakimś znaczącym napisem można dostać od kogoś, kto chciałby stać się nam bliski, ale nie potrafi pokonać swej nieśmiałości bądź wysondować naszych uczuć. Tym sposobem ów przesłodzony przysmak o sztywnym kremie z czerwonymi fasolkami może stać się listem miłosnym i, w rzeczy samej, raz i mnie taki list dostarczono.


Czasami tort podaruje nam przełożony w pracy. Jest to dużym gestem. Owszem, przede wszystkim chodzi o okazanie życzliwości, ale też podarek taki staje się prezentacją pewnej mocy, przewagi, niczym samochód zakupiony na piętnastoletni kredyt, co widywałem w Kambodży. Jeśli poczęstunek nie jest przez nas pożądany, to jesteśmy w kropce. Trzeba jeść i widocznie się cieszyć. Szczęście w nieszczęściu z pomocą przychodzi zwyczaj dzielenia pokarmów pomiędzy wszystkie obecne osoby, choć w jednym z następnych artykułów pokażę, jak można chodzić głodnym przez cały dzień, mając przy sobie dużo jedzenia.


Kambodża, jak i inne kraje Azji Południowo-Wschodniej, zaadaptowała jeszcze jeden zachodni obyczaj, i to w sposób jedynie sobie właściwy. Khmerzy lubują się wprost w śpiewaniu jakże niekambodżańskiej piosenki urodzinowej, „Happy Birthday to You!”. Wszystko byłoby w porządku, gdyby tylko nie ten szczególny fakt, że śpiewają tę przyśpiewkę w metrum cztery czwarte, zamiast w oryginalnym metrum trójdzielnym, co mnie, jako wykształconego muzyka, doprowadza do szału. Klaszczą przy tym na każdą miarę taktu i zapominają przestać klaskać po odśpiewaniu pieśni. Nie mogłem nic z tym zrobić nawet w szkole muzycznej, której byłem przecież dyrektorem. Tak jak lokalne nawyki kulinarne przenikają do zagranicznych potraw, tak też na własny sposób przyjęła się ta obca piosenka. Na wschodzie Azji, gdzie mieszkam, nie spotykam się z muzyką na trzy czwarte, której przecież u nas pełno; kujawiaki, oberki, mazury oraz polonezy są trójdzielnymi. Coś jest na rzeczy z tym unikaniem trójdzielności na Dalekim Wschodzie: czy może trójka przynosi pecha (np. w przeciwieństwie do polskiego obyczaju, ilość kwiatów w bukiecie powinna być parzysta), albo numer trzy pozostaje mniej ważny od innych, a może religie wschodu nie mają w zwyczaju odzwierciedlania w muzyce żadnej wielkiej trójcy, jak robi to np. chrześcijaństwo, oraz wiodącego w niektórych gatunkach muzyki kościelnej zaśpiewu basowego, bo przecież bas jako głos „de profundis”, z głębi, symbolizować ma głos samego Jedynego.


Dla niektórych osób najistotniejszą częścią kultury tortu jest sesja fotograficzna. Zdjęcie z tortem jest wyjątkowo (przymiotnik znany mi z Azji) instagramowalne. Ładny tort, przy którym można pozować do fotografii, jest niczym popularny na całym świecie trend do ogłaszania wszystkim znajomym i nieznajomym o odbyciu wizyty w oddziale znanej sieci kawiarnianej, a do tego: w jakim odzieniu oraz umalowaniu spożywano produkty, jaki rodzaj oraz rozmiar kawy został wybrany i skonsumowany. Podczas tortowej sesji fotograficznej robimy słodkie minki, przyjmujemy zabawne postawy, wykonujemy gesty uznawane za pozytywne, wesołe, modne. Ponieważ w większości domów i biur znajdują się głównie (lub wyłącznie) miski, łyżki i pałeczki do jedzenia, cukiernia na życzenie dokłada zestaw papierowych talerzyków, nożo-dozownik i plastikowe sztućce dla biesiadników.


W mojej szkole czyjeś urodziny świętowaliśmy ponad dwadzieścia razy w roku; obchodzili je nauczyciele oraz personel, dlatego starano się, żeby odbywało się to w mojej obecności jako dyrektora. Te małe celebracje były bardzo miłe, dbaliśmy, aby nikogo nie pominięto, i żeby każdemu było przyjemnie w dniu urodzin, które, jak wspomniałem, nie są azjatyckim obyczajem, więc w tej kulturze świętowanie owego szczególnego dnia można uznać za coś dodatkowego, ponadprogramowego. Kilka minut uwagi, uprzejmości, uśmiechu, po prostu ciepły gest i „Happy Birthday to You!” na cztery czwarte. Wszyscy byli zadowoleni, niektórzy wprost zachwyceni poczęstunkiem, tylko ja więcej cieszyłem się z bycia z moimi ludźmi niż z syntetycznie barwionych warstw ciasta, usztywnianych kremów opierających się niszczycielskiej sile słońca i z grubego płaszcza plastycznego lukru. A najgorsze bywało w środku: te kokosowe przekładańce, czerwone fasolki na słodko, a czasem owoce, które za żadne skarby nie pasują do ciasta w naszym zachodnim pojęciu. Ktoś może mi wyrzucić, że przecież bardzo ciekawym jest spróbować innych smaków i obyczajów. Całkowicie się z tym zgadzam. Spróbować. O wiele gorzej jest, kiedy się czegoś nie polubi, a to staje się codziennością.


Nieraz torty były tak złożone z dziwnych smaków i wymyślne, że, mimo natury prawdziwego łasucha, nie mogłem na nie patrzeć. Jeśli więc trudno było mi je przełknąć, wymawiałem się lekcją, pilnym obowiązkiem biurowym, i kończyłem jeść ciasto w zaciszu gabinetu, zagłuszając jego smak kawą bądź herbatą. Kiedy jednak nie mogłem zjeść swojego kawałka tortu, bywało różnie, wówczas oddawałem go pewnemu szkolnemu głodomorowi, który nie odmawiał przyjęcia jakiejkolwiek ilości jedzenia. Nigdy. (Dla podejrzliwych i szczególnie wyczulonych: nie był to żaden z naszych psów, kotów, gekonów, jaszczurek czy inny zwierzak domowy, lecz jeden z ludzkich pracowników).


Tort to jedynie słodki początek opowieści o podarunkach, o nie odmawianiu poczęstunku i jest najwyżej nie najsmaczniejszą bombą kaloryczną. Następny obyczaj doprowadził mnie bowiem niemal do depresji, a przynajmniej do wyczerpania fizycznego. Najgorsze jest to, że obyczaj ów sam w sobie jest szlachetnym. Patrząc na mnie khmerskimi oczami można śmiało uznać, że byłem niewdzięcznikiem. Moje dostosowanie się do lokalnej kultury wiele by ułatwiło, ale nie potrafiłem tego dłużej znieść, ani odmówić wpędzającej mnie w ten stan trosce o moje dobro. Człowieka Zachodu historia ta rozśmieszy, bo w naszej kulturze można robić co dusza zapragnie (tak czy nie?), można bez wielkich ceremonii uprzejmie się wymówić, ale nie w Kambodży.


 

W następnej części: jak uczynność, dobra wola i podarunek może doprowadzić do utraty zdrowia fizycznego i psychicznego. Na moim własnym, niewdzięcznym przykładzie.

25 wyświetleń1 komentarz