top of page

Skutery zakochanych


Przechytrzyć TABU

Miłość i prędkość tworzą ekscytujące połączenie.

Szczególnie, gdy miłość jest pierwszą,

a prędkość — nadmierną.


 

Pisząc z dystansu


Epidemia koronawirusa zamknęła mi drogę powrotu do Azji i nie wiadomo, na jak długo ugrzązłem w Polsce. Piszę z pamięci, z Torunia, pięć lat po opisanych tu zdarzeniach. Tę historię wpisaną mam w jeden z czarnych notatników pozostawionych w mojej małej przystani, osiem stopni na południe od równika, na krwawiącym ostatnio lawą archipelagu Małych Wysp Sundajskich. Owinięte szczelnie folią chroniącą przed grzybiczną wilgocią tropikalnego powietrza zeszyty tkwią w plastikowym pojemniku ukrytym w domku na wzgórzu wyspy. Okwiecony ten budyneczek z ogrodem, z widokiem na Gunung Agung, rankiem skąpany jest w migotliwym trzepocie skrzydełek kolibrów i zimorodków, a nocą piski nietoperzy oraz ochrypłe nawoływania gekonów z samotności szukających towarzystwa zastraszają myśli i przerywają sny jego mieszkańców. Boję się, że horda co rano przechodzących przez ogródek małp nadgryzających wiszące na drzewach owoce znajdzie sposób na wejście do chatki i rozkradnie mi odręczną pisaninę z całego życia.



Widok na Gunung Agung w ciągu dnia,
Tuż przed zachodem słońca w porze monsunowej
I w grudniową, widną noc

 

Odsłaniam kolejny piksel krajobrazu Phnom Penh Wstęp do poradnika uczuć

Jak przechytrzyć tabu


Okazywanie uczuć jest zajęciem stworzeń słabych i żałosnych. Pokazywać można jedynie dobre uczucia, a do takich należą wyłącznie umiarkowane zadowolenie i pozytywne nastawienie. Trzeba być jednak ostrożnym; czasami obnażenie choćby odrobiny ciepła, nawet między matką a dzieckiem, może wydać się zbyt rozczulającym i ujawnić słabość. Słabi przynoszą pecha. W dobrze ułożonym społeczeństwie żyć należy tak, jakby nie odczuwało się złych emocji ani ciężkich uczuć. Tym samym najlepiej po prostu ich nie mieć. Z człowieka poprawnego bije wyłącznie uśmiech, uprzejmość, delikatność i powierzchowność. Osoba dobrze wychowana i ułożona ma jedną jeszcze szlachetną cechę, jaką jest domyślność. Nie wchodzi się w cudze bagno, i do własnego innych nie zaprasza, bo też, oczywista, nikt przyzwoity czegoś takiego nie ma.


Dzisiaj po raz pierwszy przyszła kolej na podglądanie Khmerów przy wyrażaniu uczuć. Zanim się temu bliżej przypatrzymy, trzeba uzmysłowić sobie, że wcale nie krzyk, lecz cisza i przemilczenie często przemawiają najgłośniej. Niektórych Czytelników zniesmaczę, trudno, ale próbuję przecież dać Wam dostęp do obcego myślenia: okazanie uczucia jest niczym bąk puszczony w towarzystwie. Z jednej strony – udajemy, że nic się nie stało; wprawianie innych osób w zakłopotanie jawnym zauważeniem ich słabości nie uchodzi za eleganckie. Z drugiej zaś chciałoby się uciec, myśl sekretna szuka odwrotu i nuci zaklęcia odczarowujące urok ściągnięty cudzą słabostką. Uczuciowość bowiem przynosi pecha, targające namiętności najpewniej są efektem czarów i wpływu demonów.


Właśnie przeszło mi przez myśl: po co ja to tłumaczę?

Przecież wszyscy to wiedzą.


Oto – jak okazać uczucia skuterem.

Żółty skuter honda na tle drewnianych drzwi garażowych w Japonii
W magicznym zaułku skrytym w centrum Osaki, Japonia

 

Mówić, klucząc


Kończył się dzień roboczy. Umieśćmy go mniej więcej pod koniec 2015 roku. Odświeżyłem się po spotkaniach i opuściłem swoje biuro. Wierny wujaszek Vanna (starszego od siebie mężczyznę można nazywać bu, wujkiem), jedyny tuktukarz, przy którym czułem się bezpieczny i zaopiekowany, czekał na mnie w bramie mojej pracy nieopodal narożnika ulic pięćdziesiątej pierwszej i trzysta sześćdziesiątej. Pozdrowił mnie głębokim ukłonem oraz złożeniem dłoni przed twarzą. W pierwszych miesiącach w Kambodży krępowały mnie te tajemne gestykulacje odprawiane z niewidzialnymi dla niewprawnego oka dodatkami a służące wyrażaniu rozmaitych intencji. Uczyłem się z pewnym trudem, że czynione z namaszczeniem w stosownym oddaleniu gesty powitalne są jak zachodni uścisk dłoni. Tylko bez uścisku dłoni.


Kierowca tuk-tuka przy Russian Market w Phnom Penh
Wujaszek Vanna, najwierniejszy opiekun moich podróży po Phnom Penh
Same, same, but different, mówi kambodżańskie przysłowie.

Tamtego wieczoru wybierałem się na proszoną kolację w towarzystwie kilku dostojników z ministerstwa kultury i z kilkorgiem profesorów z Królewskiego Uniwersytetu Sztuk Pięknych w Phnom Penh. Władze tej uczelni, w porozumieniu z ministerstwem, zaproponowały mi stanowisko profesora gościnnego zaraz po mojej przeprowadzce do Kambodży. Dopiero poznawałem tych ludzi i czułem, że chcieli mnie wybadać, czegoś się o mnie dowiedzieć. Przyjęli mnie do grona koleżeńskiego; zapewne trochę z grzeczności, a trochę dla zaspokojenia zwykłej ciekawości. Znalazłem się w towarzystwie osób znacznie ode mnie starszych i pochodzących z całkowicie obcej mi kultury.


Rozmówcy moi nie szczędzili mi grzeczności i wykazali się niebywałą zręcznością towarzyską. Wyczuli moją nieśmiałość, a może raczej niepewność, choć umiałem ją nieźle skrywać; jestem przecież muzykiem estradowym. Prowadzili nasze spotkanie z gracją dyplomaty, co przyjąłem z ulgą, bo kanony towarzyskie i mnie są nieobce. Wolę autentyczność od konwenansu i dyplomacji, ale czasem, gdy ludziom brak wspólnego mianownika, jakiegoś odniesienia, punktu zaczepienia, tylko znajomość sztuki komunikacji ponad podziałami staje się lodołamaczem. Ekscelencje i profesorowie przygotowali się na nasze spotkanie jak miłośnik teatru, który przed przedstawieniem czyta i kontempluje tekst sztuki. Znaleźli temat bliski nam wszystkim, dzięki czemu nikt nie miał poczucia, że nie dotrzymuje kroku i ustępuje innym pola w dyskusji. Mówili o moim kraju i jego powiązaniach ze starożytną sztuką Kambodży. Polska ma fenomenalne środowisko archeologiczne. Znaczne prace konserwatorskie w świątyniach Angkor Wat i Phnom Penh przeprowadzili specjaliści z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w moim rodzinnym Toruniu, a najważniejszy w Kambodży profesor konserwacji zabytków (jeden z ekscelencji) studiował m.in. w Polsce.


Tofu, jedzenie, talerze, posiłek, stół, miski, warzywa