• Mister Marcin

Skutery zakochanych


Piszę z pamięci, z Torunia, po pięciu latach od tych wydarzeń.


Epidemia koronawirusa zamknęła mi drogę powrotu do Azji i nie wiadomo, na jak długo ugrzązłem w Polsce. Tę historię wpisaną mam w jeden z czarnych notatników, które zostały w mojej przystani na krwawiącym ostatnio lawą archipelagu Małych Wysp Sundajskich. Owinięte szczelnie folią chroniącą przed grzybiczną wilgocią tropikalnego powietrza, zeszyty tkwią w plastikowym pojemniku, który skrywa się w domku na wzgórzu wyspy. Okwiecony ten budyneczek z ogródkiem, z widokiem na Gunung Agung, rankiem skąpany jest w migotliwym trzepocie skrzydełek kolibrów oraz zimorodków, a w nocy myśli jego mieszkańców zastraszane są piskami nietoperzy i nawoływaniami gekonów z samotności krzyczących w mrok nocy. Boję się co rano, że horda przechodzących przez ogródek małp nadgryzających wiszące na drzewach owoce znajdzie sposób na wejście do chatki i rozkradnie mi odręczną pisaninę z całego życia.


Odsłaniam kolejny piksel krajobrazu Phnom Penh. Wstęp do poradnika uczuć.

Jak przechytrzyć tabu.


Okazywanie uczuć jest bowiem zajęciem stworzeń słabych i żałosnych. Okazuje się jedynie dobre uczucia, a do takich należą wyłącznie umiarkowane zadowolenie i pozytywne nastawienie. Trzeba być jednak ostrożnym; czasami obnażenie choćby odrobiny ciepła może wydać się zbyt rozczulające i wskazywać słabość. Nawet między matką a dzieckiem... Słabi przynoszą pecha. W dobrze ułożonym społeczeństwie żyć należy tak, jakby nie miało się złych emocji. Z człowieka poprawnego bije wyłącznie uśmiech, uprzejmość, delikatność i powierzchowność. Nie wchodzi się w cudze bagno, i do własnego się innych nie zaprasza, bo też, oczywista, nikt przyzwoity czegoś takiego nie ma. Będą o tym artykuły w przyszłości.


Dzisiaj – po raz pierwszy – przyszła kolej na podglądanie Khmerów przy wyrażaniu uczuć. Zanim wszystkiemu wstępnie się przypatrzymy, na początek trzeba uzmysłowić sobie, że cisza, przemilczenie, często przemawia najgłośniej. Niektórych Czytelników zniesmaczę, trudno, ale przecież próbuję Wam dać dostęp do obcego sposobu myślenia: okazanie uczucia jest, jak bąk puszczony w towarzystwie. Z jednej strony – udajemy, że nic się nie stało. Wprawianie innych osób w zakłopotanie zauważaniem ich słabości nie uchodzi za eleganckie. Z drugiej zaś, myśl sekretna już szuka odwrotu i nuci słowa odczarowujące urok. Uczuciowość przynosi pecha; namiętności najpewniej są przecież wpływem demonów i czarów.


Właśnie przeszło mi przez myśl: po co ja to wszystko tłumaczę?

Przecież każdy to wie.


Oto – jak okazać uczucia skuterem.



Kończył się dzień roboczy. Umieśćmy go mniej więcej pod koniec 2015 roku. Odświeżyłem się po pracy i opuściłem swoje biuro. Wierny wujaszek Vanna, jedyny tuktukarz, przy którym czułem się bezpieczny i zaopiekowany, czekał na mnie w bramie przed budynkiem. Pozdrowił mnie głębokim ukłonem oraz złożeniem dłoni przed twarzą. W pierwszych miesiącach w Kambodży te tajemne gestykulacje służące wyrażaniu rozmaitych intencji, podawane z niewidzialnymi dla niewprawnego oka dodatkami, krępowały mnie. Uczyłem się z trudem, że prezentowane z dystansu gesty są, jak zachodni uścisk dłoni, tylko bez uścisku dłoni.


Same, same, but different, mówi kambodżańskie przysłowie.


Tamtego wieczoru wybierałem się na proszoną kolację w towarzystwie kilku dostojników z ministerstwa kultury i z kilkorgiem profesorów z Królewskiego Uniwersytetu Sztuk Pięknych w Phnom Penh. Władze tej uczelni, w porozumieniu z ministerstwem, zaproponowały mi stanowisko profesora gościnnego zaraz po mojej przeprowadzce do Kambodży. Dopiero poznawałem tych ludzi i czułem, że chcieli mnie wybadać, czegoś się o mnie dowiedzieć. Przyjęli mnie do grona koleżeńskiego; zapewne trochę z grzeczności, a trochę dla zaspokojenia zwykłej ciekawości. Znalazłem się w towarzystwie osób znacznie ode mnie starszych i pochodzących z całkowicie obcej mi kultury.


Rozmówcy moi nie szczędzili grzeczności i wykazali się niebywałą zręcznością towarzyską. Wyczuli i poradzili sobie z moją nieśmiałością; a może raczej niepewnością, choć umiałem ją dość dobrze skrywać, w końcu byłem muzykiem estradowym. Techniki dyplomatycznego konwenansu nie były im obce, co przyjąłem z ulgą. Wolę autentyczność od dyplomacji, lecz czasem tylko znajomość gam komunikacji staje się lodołamaczem. Ekscelencje i profesorowie na nasze spotkanie przygotowali się, jak miłośnik teatru, który przed pójściem na przedstawienie czyta i kontempluje tekst sztuki. Znaleźli temat bliski nam wszystkim, dzięki czemu stanęliśmy na jednym gruncie mimo różnic. Mówili o Polsce i jej powiązaniach ze starożytną sztuką Kambodży. Polska ma fenomenalne środowisko archeologiczne. Znaczne prace konserwatorskie w świątyniach Angkor Wat i Phnom Penh przeprowadzili specjaliści z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w moim rodzinnym Toruniu, a najważniejszy w Kambodży profesor konserwacji zabytków (jeden z ekscelencji) studiował m.in. w Polsce.


Tofu, jedzenie, talerze, posiłek, stół, miski, warzywa
Azjatyckie przysmaki

Jedliśmy w modnej restauracji na dachu narożnego budynku w phnompeńskim zaułku zwanym Riverside; dokładnie w tym widowiskowym miejscu, gdzie rzeka Tonle Sap wpada do Mekongu. Całe to spotkanie nie miało wyraźnego celu, choć możliwe, że tylko ja go nie dostrzegałem. Wieczór wypełniły te ich kurtuazyjne rozmowy zupełnie o niczym, owe przekomarzanki na tematy przyziemne, nieważne, obojętne i puste. Khmerzy nawet mają na to powiedzonko.


Say like no say. Mówi, a jakby nie mówił.


Wcześniej bywałem na takich spotkaniach w Polsce i w zagranicznych podróżach. Były one pełne ożywionych rozmów z artystami, przedsiębiorcami, filantropami, VIP-ami, ludźmi kultury i polityki. Teraz, w Kambodży, zdawało mi się, że wszystko było na opak. Będąc człowiekiem z natury otwartym i rozmownym, tu, dla odmiany, nie wiedziałem, o czym mówić. Za wskazówką z poradnika: podczas rozmowy obserwowałem i starałem się uczyć. Zauważyłem, że wszyscy mówią rzeczy proste, jak wstawanie z łóżka, i oczywiste, jak dzień i noc. Gdy poruszałem neutralny temat, ze zdziwieniem spotykałem się z żywą reakcją i śmiechem; z przysłowiowym aplauzem i zaakceptowaniem, choć nie wiedziałem – dlaczego. Kiedy dotykałem zagadnień głębszych, przez twarze profesorów i ekscelencji przechodził cień. Odczuwałem chłód pod tym ich zawsze gotowym do fotografii uśmiechem. Był w tym jakiś podskórny prąd. Uśmiechałem się więc, jak oni, choć przeczuwałem, że te uśmieszki i nieszczególnie głębokie zagadnienia mają ukryte poziomy. Wyobrażałem sobie, że przepływające słowa są fasadą, ozdobnym opakowaniem na prezencie. Nie wiedziałem tylko, co jest w środku.


Kambodża jest dziwaczna. Żeby poznać jej wnętrze, trzeba ją rozpakowywać z najwyższą delikatnością.


Moi rozmówcy nosili imiona, jakich nigdy wcześniej nie słyszałem i nie miałem ich z czym powiązać dla zapamiętania. Otrzymałem wizytówki od wszystkich uczestników wspólnego wieczoru, ale nie pomogły mi domyślić się wymowy, i nie poratował słuch mój oraz pamięć muzyczna. Ze względu na mnie towarzystwo starało się unikać mówienia po khmersku, abym mógł nadążać za polemiką. Mimo to, nie rozumiałem zbyt wiele, choć rozmawialiśmy w tym samym języku i znałem wszystkie słowa. Ta konwersacja była, jak rzeka, którą Khmerzy płynęli omijając zręcznie wiry i katarakty, ja zaś z brzegu przyglądałem się nurtowi. To było, jak film z błędnym dubbingiem; jakby napisy mówiły co innego, niż aktorzy na ekranie. Czułem, że prawdziwe znaczenia niewidzialnie wysączają się spomiędzy rozżonglowanych słów i, niczym ekwilibrysta oszukujący grawitację, mijają moją percepcję i zrozumienie, jakbym próbował łapać powietrze siatką na motyle. Jak z kosmosu, od Obcych, te niedoczekane sygnały, których nie możemy odebrać, ani wykryć; a już na pewno nie odczytać.


A co dopiero – zrozumieć? A jak na nie odpowiedzieć?


W Kambodży kulturalny człowiek mówi klucząc. Przemawia w sposób zawoalowany, dookolny, nie prostoliniowy. Dobry rozmówca bezbłędnie wyczuwa punkty warte zainteresowania i uwagi. Znakomity rozmówca idzie o krok dalej i wyczuwa również punkty wprost „łaknące” szczególnej atencji, wyraża najwyższe nimi zaciekawienie, okrywa je nieskończonymi wyrazami uznania, pochwał i podziwu. Nade wszystko natomiast, niczym wszystkowiedzący narrator, rozpoznaje miejsca wrażliwe i chore. Zawsze okrywa je zasłoną milczenia, subtelnie symulując ich niewidzialność. Kiedy zgrabny w dyskusjach, jak tancerz w tańcu, rozmówca potknie się o jakiś niefortunny temat, prędko nadaje dyskusji nowy kierunek, by odejść od niewygodnego miejsca. Mistrzowie mają wypracowaną asekuracyjną skrzynkę z narzędziami pełną tematów ucieczkowych, zastępczych i ratunkowych. Jest jeszcze jedna ważna rzecz. Powiedziałbym wręcz:


Im bardziej kluczowy temat,

tym więcej trzeba kluczyć.


W niektórych sytuacjach nie wypada obrażać rozmówcy wyrażaniem się wprost, jakby myślało się, że jest głupkiem i się nie domyśli. Czytelnik zapewne już trafnie odgaduje, że z drugiej strony można „powiedzieć” drugiemu człowiekowi, iż ma się go za kompletnego tumana, po prostu uprzejmie tłumacząc mu jakąś oczywistość. Khmerzy posługują się wyrafinowaną metaforą. W rozmowie z nimi trzeba wiele się domyślać, bo nie każda metafora jest oczywista, jak na przykład raincoat, „płaszcz przeciwdeszczowy”, czyli prezerwatywa. Oczywiście tę, jakże obrazową, metaforę znam z prywatnych rozmów; żaden z ekscelencji i profesorów nie zniżyłby się do wspomnienia rzeczy tak wulgarnej. W poważnej rozmowie, znając temat dyskusji, dopowiadać sobie należy puste miejsca i nadawać znaczenia słowom. Nie można też zapomnieć o sprawach wprost błagających o wzmiankę, a – mimo to – nieporuszonych. Przemilczenie bowiem mówi dwa razy głośniej, niż słowa.


Wszystko to dosłownie przypomina zaloty z osiemnastowiecznej literatury dworskiej. Za niegodne uchodzi dotknięcie czyichś uczuć dosłownością i wystawianie drugiej osoby na próbę wrażliwości. Aby sprawy skomplikować, w rozmowie nie robi się wycieczek w żadne trudne miejsca. Trzeba zagaić, pomówić najpierw o niczym ważnym i delikatnie wywiedzieć się kim jest rozmówca; co sobą reprezentuje i czy zna zasady. Sprawdzić, czy można przemawiać doń szlachetnymi metaforami, dzięki którym – poprzez gąszcze domysłów i nadkładaną drogą – zrozumie naszą intencję, czy lepiej od razu, wprost, wyrzucić mu wszystko w twarz.


Na domiar złego mam wrażenie, że tę podskórną czułość szczególnie testuje się u obcych, by sprawdzić, czy można w nich pokładać nadzieję na wzajemne zrozumienie. Mam na myśli zarówno sprawdzanie obcokrajowców, jak i wewnętrzne przekomarzanki między Khmerami wzajemnie sondującymi przynależność kastową. (Podobno w Kambodży nie ma już kast? Cóż... no, podobno.)


Jeśli chodzi o życie codzienne, to wiele razy, np. na targu, słyszałem od prostych ludzi słowa, których nie chciałbym słyszeć; milkli jednak zatrwożeni, gdy w odpowiedzi przemawiałem w ich języku.


Ludzie wykształceni z kolei sprawdzają po to, by przekonać się, jak dalece można sobie w rozmowie folgować pozostając „nieprzyłapanym”.


Był wszak temat, na który mogłem porozmawiać. Mam kilka zawodów, które łączy rozwój, edukacja, sztuka i międzynarodowe zarządzanie. W krajach Trzeciego Świata to umiejętności niszowe i niezwykle potrzebne. Zarządzałem w środowiskach sztuk scenicznych i byłem doświadczonym kontrabasistą klasycznym – w tamtych dniach chyba jedynym w całym Królestwie. Jeden na kilkanaście milionów... Przed wyjazdem do Kambodży próbowałem wprowadzać metody business coachingu do zarządzania we wciąż autorytarnych środowiskach sztuki. Chciałem nawet doktoryzować pomysł kompleksowego podejścia do pracy zespołowej z narzędziami zaadaptowanymi z różnych dziedzin i nowo stworzonymi. Z jakiejś przyczyny pomysły te zaintrygowały nowoczesne środowisko coachingowe, wzbudziły jednak nieufność światka artystycznego i akademickiego. Znalazłem narzędzia do mierzenia procesu pracy orkiestr i dyrygentów, ale skostnienie i osteoporoza środowiska nie pozwalały zaufać czemuś nowemu i obcemu. Nikt nie chce być poddany testowi białej rękawiczki, jeśli nigdy nie odkurzał pewnych zakamarków. I sam nie wie, co mogą skrywać. Z tego wszystkiego zrobiła się dyskusja i wieczór zleciał. Kambodża nie miała nic przeciwko moim pomysłom. W ogóle nie miała nic przeciwko czemukolwiek.


Japończycy testują w Królestwie Khmerów modele biznesowe przed wprowadzeniem ich na wielkie, dynamiczne rynki. Dlaczego miałbym nie nauczyć się czegoś od Japończyków? Model już miałem; los zesłał mi też Kambodżę.


Kyoto landscape, panorama Kioto, Shinkansen, panorama miasta w Japonii, stara świątynia
Nowoczesny Shinkansen wjeżdża przed panoramę Kioto z ponadtysiącletnią pagodą To-ji

Spotkania na kolację rozpoczyna się wcześnie. Godzina osiemnasta. Dziewiętnasta wchodzi w grę, choć to już późno. Po kolacji wszyscy rychło się rozchodzą. Któryś z ekscelencji dyskretnie zajął się rachunkiem, po czym zjechaliśmy windą z tarasów dachowych i wyszliśmy na bulwar. Tu następuje trudny, lecz obowiązkowy punkt wieczoru: rytuał pożegnań. Z uśmiechami przyklejonymi do twarzy, z dłońmi złożonymi przed sobą, jakby trzymali w nich drogocenne kamienie, uczestnicy wieczoru powtarzają podziękowania, uprzejmości i życzenia. W tych rękach i gestach nimi czynionych tkwiła zakodowana informacja – kto jest kim. Wprawny obserwator wyczułby relacje między uczestnikami zgromadzenia tylko po sposobie, w jaki się witają i żegnają. W owych wczesnych dniach mojego mieszkania w Kambodży, jeszcze tego nie wiedziałem.


W tym zakątku świata ludzie wyjątkowej, wysokiej kultury, szczególnie jeśli powiązani lub podzieleni są politycznymi zależnościami, uśmiechają się bez przerwy, w sposób zazwyczaj sztuczny. Uśmiechnięte oblicze jest normą społeczną, wprost stanem oczekiwanym. Ludziom obyczaj ten wszedł w krew tak dalece, że jedynym, rzadkim, odstępstwem od tej normy jest uśmiech autentyczny.


Ludzie prości są bardziej naturalni, choć również raczej się uśmiechają. Ale ten powszechny uśmiech ma oddzielną historię i też wcale nie jest prawdziwy, chociaż – jest wcale prawdziwy. To skomplikowane, wytłumaczę kiedyś w tekście o uśmiechu. Prawdziwy, czy nie, powszechny uśmiech ułatwia życie i najbardziej uzmysławiam to sobie w osiedlowym supermarkecie koło naszego bloku w Toruniu.


Nim o wiele później do tego wszystkiego przywykłem i ktoś życzliwy wytłumaczył mi alfabet znaczeń, znajdowałem torturę w ceremoniach powitalno-pożegnalnych. Stałem z ekscelencjami i profesorami wraz z ich małżonkami i machałem tymi złożonymi w amen rękami. Jeszcze nie wiedziałem, że dobrze jest wyczuć moment i przestać, ale boję się, że będę za krótko. Myślałem, że skoro jestem młodszy, to chyba powinienem trzymać gest szacunku dłużej od starszyzny. Oczywiście, wybaczą obcemu, który choćby nieudolnie stara się uhonorować miejscową kulturę. Nie chciałem się zbłaźnić, co właśnie robiłem trzymając ten amen przydługo. W gruncie rzeczy, kierując się nieznanymi mi do końca zasadami, przypierałem ich do muru. Wcale o tym nie wiedząc, pastwiłem się nad dostojnymi towarzyszami wieczoru zmuszając ich do przedłużania pożegnań. Czekali na mnie, podczas, gdy ja czekałem, nie wiem na co. Trzymałem przed sobą dłonie w amenie błaźniąc się na amen.


Jedyny spośród zgromadzonych przyjechałem na kolację tuk tukiem z wiernym Vanną, ale odesłałem go do domu. Profesorowie i ekscelencje (wraz z małżonkami) przyjechali samochodami. Wieczór przyniósł powiew chłodnego powietrza od Mekongu. Miałem ochotę wrócić do domu piechotą. Od domu dzielił mnie najwyżej dwudziestopięciominutowy spacer. Mimo to jeden z profesorów ekscelencji zapytał: – Gdzie mieszkasz bong Marcin? Masz kierowcę? – tytułuje mnie, jak równego sobie. Odpowiedziałem mu, czy raczej im wszystkim: – Mieszkam niedaleko, w Boeung Keng Kang I, your excellency, poradzę sobie – próbuję uśpić ich czujność. Nie pozwoliliby mi nawet na krótki, samotny spacer po mieście. To niebezpieczne i niegodne, a przy tym tak się poniżać – chodzić, jak biedak! – Świetnie! – włącza się, jedyna bez pary, pani Theavy – jadę tamtędy, bong Marcin.


Owym egzotycznym: mającym wyraźne czoło, przebieg i zakończenie, magicznym gestem appsary, mitycznej, boskiej tancerki, wskazała mi swój samochód. To jeden z owych dalekowschodnich gestów-ruchów o doskonale miękkiej, nieważkiej puchowości waty cukrowej i zdecydowaniu atakującego tygrysa, jedynie kobietom dalekiej południowej Azji dostępnych.


I po spacerze.


– Dziękuję, nie trzeba, bong Theavy! Nadmiar uprzejmości! – kłaniam się i robię krok w tył (ręce wciąż mam w amen złożone). Na ten jeden wsteczny krok kilku nieopodal bacznych na całe zajście tuktukarzy, naraz wrzeszczy: – Sir! Tuk-tuk! Sir! Yes?! – Samemu niebezpiecznie! – Theavy podniosła brwi i nad moim ramieniem posłała tuktukarzom spojrzenie bestii. Wrzask wzmógł się: – Tuk tuk!? Yes? Sir, tuk tuk!? – Oj, rzeczywiście, niebezpiecznie, bong Marcin! – chórem karcą mnie: profesor ekscelencja i dwóch po prostu profesorów z małżonkami. – Tuk tuk! Sir! Yes? Tuk tuk? D'toł ajna! (Jedzie dokąd!) – Chi, chi, cha, cha, cha – ekscelencje i profesorowie (wraz z małżonkami) śmieją się z niczego, i do nikogo szczególnie. – I samemu smutno – kwituje bong Theavy.


Czasem nie mogę się pozbyć wrażenia, że miejscowi myślą o przyjezdnych, jak o dzieciach, które bez opieki zginą. A może lokalni ludzie po prostu tak mają? Najlepiej uchodzi brać to za szczerą troskę. Zdecydowane odrzucenie – nawet nachalnej pomocy – to obraza. W miejscowej kulturze nie istnieje odmowa na uprzejmość. Ukamienują mnie za powiedzenie tego głośno, ale ta luka w prawidłach kultury używana jest nieraz do osiągania celów wcale nie tak szlachetnych; uczynnej pomocy bowiem odmówić nie można. Gdzie zaś czemuś nie można się przeciwstawić, tam wiele rzeczy nosi to samo imię. Miłość, przyjaźń, zdrowie, życie, pokój, wsparcie, potrzeba, konieczność, może któraś z tych szlachetnych idei przywoła w pamięci Czytelnika manipulację pod takim płaszczykiem mu poczynioną.


W dodatku w tej części Azji ocenia się po intencjach, a nie po czynach, dlatego tak wiele uchybień uchodzi tutaj na sucho. Świat mógł się zawalić i obrócić w zgliszcza z powodu zaniedbania, błędu, ale ludzie powiedzą „chciał dobrze”. To najważniejsze.


Biesiadnicy pochowali się do aut. Kilku ochroniarzy „samobójców” własnymi ciałami zablokowało napierający bez ustanku ruch alei; z całą mocą dmą przy tym w swoje gwizdki sportowe. Towarzysze mego wieczoru, jeden po drugim, powolnie wysuwają samochody z szeregu. Dwóch parkingowych z czerwonymi mieczami świetlnymi wskazuje im ścieżkę kołowania, niczym obsługa na płycie lotniska, pomagając ekscelencjom i profesorom (wraz z małżonkami) włączyć się do leniwej rzeki ruchu drogowego. W każdym odjeżdżającym samochodzie ktoś opuszcza okno, by wsunąć zwinięte banknoty w rękę bijącego czołem dzięki boya parkingowego. Co łaska: od pięciuset do dwóch tysięcy rieli. To tyle, co pięćdziesiąt groszy do dwóch złotych. Niektórzy dadzą całego dolara.


Bong Theavy jest kobietą między wiekiem średnim, a już nieśrednim. W jej twarzy, sylwetce, tanecznym ruchu, rozśpiewanym głosie i w pewności siebie odbijają się echa niegdyś zapierającej dech w piersiach urody. I tylko – jak gdyby – o mikron, o pierwiastek zbyt swobodnym, z głębi świadomym sposobem, w jaki nosi swą dystyngowaną elegancję, tym drobnym dysonansem między własnym odprężeniem a ascetyczną kulturą – zdradza światowość. Otwarcie patrzy innym w oczy, co – chowanym w skromności Khmerkom – nie przychodzi łatwo, a do pewnego, raczej niemłodego wieku, nie przystoi. Stałem obok stylowej, starej Toyoty w idealnym, kolekcjonerskim stanie. Bong Theavy zerka za znikającymi w noc czcigodnymi ekscelencjami i profesorami wraz z małżonkami, macha do nich, dopóki ich samochody nie znikną nam z oczu. Ja też macham.


Phnom Penh, Riverside, Kambodża, zatłoczona ulica, ludzie, tuktuki, noc
Riverside w Phnom Penh

Wskazała mi drzwiczki od strony pasażera. Grzecznie odmawiam, a ona – zupełnie tego nie widząc – gwałtownym ruchem palca i głosem ostrym i zimnym, jak zacinający w noc listopadową deszcz, każe parkingowemu je dla mnie otworzyć. „Sir! Tuk-tuk? Tuk-tuk, sir?”, tamci wrzeszczą jeden przez drugiego. Nigdy nie odpuszczają, aż do pogrzebania wszelkiej nadziei.


Parkingowy zawsze otwiera mężczyźnie, nawet jeśli kierowcą jest kobieta. Starszy ów pan w nieraz już naprawianych, sklapciałych japonkach i w wiszącym na jego wieszakowatym szkielecie czarnym mundurze ochroniarza z wielką ilością – dla dobrego wrażenia – podoczepianych tandetnych, metalowych blaszek przypominających odznaki wojskowe, owinięty, dla wątpliwej schludności, grubym pasem parcianym, którego koniec o wiele zbyt nisko zwisał z powodu skrajnej chudości staruszka, nawet po podwójnym owinięciu bioder – stoi z klamką toyoty w dłoni. Czeka, mały, usłużnie przygarbiony, z dziurawym uśmiechem, skłaniając co kilka sekund swą głowę w stronę nagich stóp z powyrywanymi gdzieś w trakcie życia paznokciami i bez któregoś palca; czy kilku. Wsiadam. Bong Theavy poczekała, aż stary za mną zamknie i truchcikiem obiegnie samochód, by jej tym razem otworzyć. Zamknął za nią drzwi z delikatnością, o którą nigdy nie posądziłbym osobnika o takim wyglądzie.


Bong Theavy mówi od razu: – W której okolicy jest twój dom? – wsuwa kluczyk do stacyjki. – Nie mów do mnie bong, mów mi Theavy, tak będzie mi milej. Poczuję się młodsza – nie czeka na odpowiedź. – Jesteś tu od niedawna? – pyta retorycznie. Wyczuwam, że nie chce jej się jechać do domu. Minutnik jest w połowie drogi między ósmą a dziewiątą wieczorem. Spojrzała w lusterko na pana z dwoma choinkowo migocącymi mieczami świetlnymi, z marsową miną gestykulującego niczym koordynator ruchu naziemnego na płycie lotniska. Pokazywał drogę wyjazdu z parkingu.


– A więc… – zawiesiła się w skupieniu na zawróceniu przed restauracją w stronę mojej dzielnicy. – Znasz już trochę miasto?


Włączając się do ruchu, przez uchylone okno wcisnęła w dłoń truchtającemu obok toyoty panu parkingowemu kambodżańską dwutysiącówkę. „Skąd ten skurczybyk wiedział, że to ona da mu forsę!”, pomyślałem. Zwykle od razu przychodzą do faceta. Od kobiety wziąć niegodnie, dlatego też zawsze najpierw otwierają drzwi mężczyźnie. Zadowolony, wziął banknoty, pokłonił się w biegu, pomachał, szczerząc kilka pozostałych zębów i, jak mijany, przydrożny słupek, przesunął się do tyłu. Nie musiałem oglądać się za siebie, by wiedzieć, że jeszcze przez chwilę za nami się kłania.


To był dobry czas, żeby zakomunikować Theavy odwiezienie mnie do domu z powodu bardzo ważnych obowiązków ratujących ludzkość. Poza ciężką chorobą, to jedyny sposób na wymówienie się od lokalnej uczynności, jeśli w ogóle się to uda. Byłem wyczerpany dniem w pracy i kolacją przesłodzoną pełnią rozmaitych form towarzyskiej, powierzchownej uprzejmości. Tymczasem zawahałem się… Po raz pierwszy ktoś stąd przemawia do mnie bez tej emfazy i dystansu, swobodnie. Nie rozumiem miejscowej kultury, Khmerzy tego nie ułatwiają. Oprócz phnompeńskich expatów nikt nie mówił ze mną otwarcie. Czegoś się dowiem.


– Dziękuję… Theavy. Jak dla mnie, jest jeszcze wcześnie – wywołało to promienny uśmiech na jej twarzy. Są między nami ze dwie dekady różnicy. Ostrzegali: zawsze zwracaj się bong do starszych. Mówię dalej: – Szczerze mówiąc, no cóż, cały czas pracuję, a chodzić samemu po ulicach jeszcze się obawiam. Wszystko tu takie inne, nowe – mówię do niej, choć naprawdę nieraz sam łażę wieczorami – prawie nikogo nie znam, rzadko wychodzę. Wiesz, obcokrajowcy gadają. Jedni, że bezpiecznie, inni, że rabunki, koszmar.


Słuchała, gdy mówiłem i mówiłem, a mnie zastanawiało jej milczenie. Nie wiedziałem, że czekała, aż skończę gadaninę. Kobieta khmerska raczej nie przerwie mężczyźnie w pół zdania, chyba, że go nie szanuje. Zabijałem krępującą ciszę bijąc się z myślami. Wreszcie small talk o niczym mi się wyczerpał, zamilkłem. Nie wiedziałem, co mówić, żeby nie silić się na sztuczność, zapadła cisza. A jej – w to graj. Zaczęła mówić, jakbym wcisnął guzik zegara szachowego.


(W Kambodży mów jedynie, gdy nadejdzie twoja kolej).


Jeśli masz ochotę i trochę czasu (istotna zasada: zawsze zostaw rozmówcy uchylone drzwi wyjściowe z sytuacji, nawet tylko dla pozoru) – przyhamowała, przepuszczając motocyklistów, którzy zajechali nam drogę niezapowiedzianym skrętem z prawego pasa na lewy, zanim zmienili zdanie i pojechali w prawo – pojeździmy po okolicy. Pokażę ci świetne miejsca. Od lat mieszkam przez pół roku w Kambodży, a porę deszczową spędzam za granicą. Dużo podróżuję. Pokażę ci nowe okolice Phnom Penh, trochę jak z Zachodu. Chcesz? – ostatnie pytanie było retoryczne, a może nie było to nawet pytanie. Zadziwiającą cechą wielu znanych mi Azjatów jest chęć pokazania miejsc przypominających Zachód, pomimo posiadania własnych, stokroć piękniejszych. Prezentów, również symbolicznych, nie odmawia się. Wiedziałem już tyle, żeby przytaknąć i przyjąć ofertę z elegancko odegranym wyrazem wdzięczności oraz delikatnym podziękowaniem. Przytakując, sporządzam w pamięci małą listę uczynków i przysług, żeby na koniec raz jeszcze podziękować i w punktach wymienić – za co.



Toyota płynie.


Miękko przesuwamy się po szramach i wyrwach w asfalcie; dwadzieścia, najwyżej trzydzieści kilometrów na godzinę. Bong Theavy, po prostu Theavy, zwraca moją uwagę na pałace i pagody, zaułki, szczególne ulice, niskie targi i nieliczne wysokie budynki. Szerokie aleje do niedawna wyrysowane były na ubitej ziemi. W mieście podnosił się potworny kurz, a w porze deszczowej ziemię pokrywało grząskie błoto. Asfalt pojawił się dopiero w latach osiemdziesiątych tylko dlatego, żeby Organizacja Narodów Zjednoczonych i ambasady kilku bogatych krajów miały szybką, bezpieczną drogę ewakuacji w razie ataku partyzantów z dżungli. Wzdłuż drogi do lotniska nieustannie stacjonowało wojsko sił sprzymierzonych, a patrole obejmowały cały dystrykt stołeczny. Wjechaliśmy w nowe otoczenie.

– Tam jest luksusowe kasyno. Niebezpieczne miejsce. Znam takich, co potracili majątki życia. Azjaci kochają hazard! Jest u nas zabroniony, ale to kasyno jest przy tym samym placu co dom premiera, Pomnik Niepodległości i pomnik zmarłego niedawno króla. Khmerzy go kochali! Ludzie przychodzą na plac dla sportu, na jogę, tai chi i spacery, chociaż dookoła jeżdżą samochody i śmierdzi spalinami.


droga w Kambodży, tuk tuk, czerwona ziemia, sklepy, baraki, targ
Tak wyglądały ulice dawnego Phnom Penh

Dojeżdżaliśmy do Placu Niepodległości z pomnikiem w samym środku ronda i z oświetlonym rzęsiście domem premiera. Willa otoczona była snującymi się bez celu i dyscypliny żołnierzami uzbrojonymi w broń maszynową. Niektórzy śpią w hamakach rozpiętych między masztami flagowymi, inni słuchają tandetnych piosenek z komórek. Siedzą bezładnie na motorach i skuterach, wielu ma na sobie rozchełstaną koszulę, pozdejmowali marynarki. Wydaje się, że są tutaj zbędni. Theavy przejeżdża przez tę całą scenę i opowiada. Pokaże mi kilka oddalonych budynków i skwerek, który rzeczywiście wyglądał trochę jak na Zachodzie.


– Wiesz – próbuję nie używać jej imienia – trudno w Phnom Penh rozpoznać nawet miejsca, w których byłem już nieraz. Miasto zlewa mi się w jedno, wszystko zdaje się takie samo. Nielogiczna numeracja ulic i każda podobna do następnej. W dzień wszystko otwarte, a w nocy zamknięte na cztery spusty, owinięte drutem kolczastym. To trochę przeraża. – Przyzwyczaisz się – uśmiechnęła się. – Przy mnie nic ci nie grozi.


Przesuwamy się starą toyotą przez centralne aleje miasta. Theavy wskazuje palcem ważniejsze budynki i mówi którzy politycy i generałowie w nich mieszkają; którzy z nich są właścicielami mijanych hoteli i restauracji. Które budynki należą do założycieli najważniejszych kambodżańskich firm i marek. Z wyjątkiem premiera kraju, nazwiska tych ludzi nic mi nie mówią, ale w Kambodży są oni bardzo ważni. W zakamarkach dzielnicy ambasad, u splotu Placu Niepodległości i ulicy 51, nazwanej też ulicą Ludwika Pasteura, jak szarańcza, zaczęły dookoła jeździć szalone skutery.


Mieszkam niedaleko, spaceruję tymi ulicami. W niektóre poniedziałki przychodzę na wieczorną medytację w Wat Langka, okolicznej pagodzie. Właśnie wtedy te młodziany, często jeszcze gołowąsy, szarżują tutaj skuterami. Ich nędzne maszyny mają zwykle pozdejmowane tłumiki, hałas nie z tej ziemi. Prawie z satysfakcją – w głowie mi się myśli ta myśl – co spotkałoby ich w Europie za takie wybryki. Jeszcze w tych pierwszych miesiącach nie w pełni jestem w Kambodży takiej, jaką jest. Przywleczone z Zachodu, w głowie mam to święte oburzenie. Wciąż dziwi mnie brak sprzeciwu społecznego. Obojętność. Obłąkańcy kładący na szali życie swoje i przechodniów grzeją tłocznymi alejami centrum na złamanie karku, bez ostrzeżenia zmieniają pasy. Tam, gdzie ruch stoi, przelatują chodnikami; skręcają nagle w uliczki, wyjeżdżają z bocznych zaułków i przeskakują z jednego kierunku na przeciwny. Nie ma jak się przed nimi schować. Szalonymi skuterami jeżdżą młodzi chłopcy. A za każdym z nich siedzi młodziutka dziewczyna.


skuter, motor samoróbka, noc, Phnom Penh, Kambodża, ulica w centrum miasta
Skuter samoróbka, jakich wiele jeździ po ulicach Kambodży

– Theavy! – nieswojo mi bez obowiązkowego bong, włożonego mi do głowy przez bong Soć'jet, nauczyciela piesaa k'maj, języka khmerskiego – powiedz mi: to jakiś gang? Dilerka? Prostytucja? Nie noszą kasków, co na to policja?! Mnie od razu by wyłuskali z tłumu, zatrzymali i zaśpiewali ładną sumkę! Te skutery przyprawiają mnie o zawał serca. Nieraz omal przejechali mi po stopach!


– Zgadzam się! Czysta głupota! – Theavy używa języka, którego dystyngowana Khmerka nigdy by nie użyła w grzecznej rozmowie. To kolejny wytrych kulturowy. Traktuje mnie bez formalnego dystansu. To znaczy… lubi. A lubi znaczy tutaj… – Musisz na nich bardzo uważać, obiecaj mi to – zamyśliła się. – Ale… może ich trochę rozumiem.


Czytelnik, jeśli dotąd dotarł, wie, że po to zostałem w toyocie. Khmerzy niechętnie opowiadają, trzeba długo ich podchodzić, żeby usłyszeć choćby akapit historii. Theavy zapatrzyła się gdzieś w nieskończoność.


– Kiedy byłam młoda, a jeszcze wcześniej było o wiele gorzej, chłopcom i dziewczętom nie wypadało rozmawiać, kontaktować się i wszelkie tego typu relacje były uważane za nieprzystojne i wysoce podejrzane. Ja byłam artystką, potępieńcem z wyboru. Nawet w mojej rodzinie niektórzy mną za to gardzili. Nauczyłam się i wiedziałam o wiele więcej od innych dziewcząt, swobodnie rozmawiałam z kobietami i mężczyznami.


– Dzisiaj jest podobnie, jak dawniej, tylko luźniej. Same, same, but different. Rodzina wypycha dziewczynę ze wsi do miasta, żeby gąb mniej do wykarmienia było i żeby pieniędzy przybyło. Córka ma chodzić do pracy, przysyłać dolary i przez resztę czasu siedzieć w swojej klitce, nieraz z wieloma innymi wieśniaczkami dzielącymi pokój. Nie ma zarobić na siebie, tylko na nich.


Dziewczyna będzie pomagać w utrzymaniu, zanim znajdą jej męża. To też jest jakiś sposób dookoła ciasnych ram kultury, żeby coś zobaczyła, posmakowała świata. Niektórzy rodzice mogą nawet życzyć córci, żeby zaszalała, ale za żadne skarby jej tego nie powiedzą. Nawet jeśli życzą jej dobrze, to kiedy noga się dziewce poślizgnie, zawołają ją z miasta, zbiją i w kilka miesięcy będzie po ślubie. Gdy sąsiedzi patrzą, dziewczyna musi chodzić, jak w zegarku, bo co ludzie powiedzą. Kiedy nie widzą, to byle tylko brzucha nie przywiozła, a forsę przysyłała. Rodzice mogli uznać, że młoda siedzi w domu bezużytecznie. W mieście zarobi lepiej, niż na wsi. Myślą sobie: – W domu mieszkała? – Mieszkała. – Jadła? – Jadła. Czas odrobić swoją dolę.


– Często są nieletnie – mówi Theavy. – Niektóre trafiają tutaj, inne do fabryk ubrań, suwenirów. Nieraz rodzice, którzy najpierw chowali je na bogobojne, skromne, nie wierzące w siebie, uległe kobietki, sprzedają je na seks. Z nędzy, dla forsy. W lepszym wypadku trafią na plantację ryżu, kawy, owoców, a w gorszym – na budowę. Tak czy inaczej, panienka wyszła spod surowego oka rodziny, z dala od wścibskich spojrzeń zza płotu i swatek w pagodzie. Jest w wielkim mieście, (jakim tam wielkim!, gdybyś widział Tokio!) ale te dziewczyny nie widziały miasta na oczy. Są niewykształcone, naiwne i niedoświadczone. W domu, a tym bardziej w szkole, nikt im o życiu nic nie powiedział. Jeśli w ogóle chodziły do szkoły. Tak samo jest z chłopcami; bardziej wyrzuceni, niż wysłani do pracy. Gdyby ich rodzice mieszkali w Phnom Penh, spaliby teraz z rodzeństwem w swoich łóżkach.

Phnom Penh, Independence Monument, ulica, motory, samochody, ruch uliczny, noc
Widok Independence Monument z mrocznego trójkąta

– Ciekawe świata dziewuchy z prowincji wieczorem piszą rodzicom, że idą spać, a zamiast tego idą do ciemnych zakamarków zachodniego trójkąta Placu Niepodległości. Z jakimś chłopcem ze szkoły, z kolegą z pracy, z kimś, kto im zaimponował i miał odwagę zaproponować „jem wieczorem pod pomnikiem, też jesz?”. Chodzą razem do pracy, do tanich szkół, z których wyniosą żałosne wykształcenie. Bezwartościowy dyplom zawiśnie w tandetnej ramce nad biurkiem w pracy. Umawiają się tutaj większymi grupami późno wieczorem. Myślą, że nikt ich nie będzie widział, ale i tak ich nikt nie widzi. Rozmawiają, jedzą taniochę z ulicznych straganów, pierwszy raz wymieniają myśli. Popisują się.


– Bardzo prędko zawiązują się sympatie. Ale wiesz, chłopcy zawsze chcą zabawy, a dziewczyny myślą, że to tak naprawdę. Oni nic nie wiedzą o życiu i sympatię biorą za miłość. Nadchodzi godzina. Dziewczyna musi wracać na stancję. Nieraz sama. I o to chodzi. Rozumiesz? (Nie rozumiałem).


W nocy wracać, szczególnie młodej dziewczynie, samej – niebezpiecznie. Wiadomo, że musi złapać motorek. Tuk-tuk jest zbyt drogi. Chłopiec w zawoalowany sposób proponuje, że ją odwiezie, ale ona równie mgliście odpowiada, że nie. Robi się z tego dziesięciominutowa tyrada.


Bardzo docenia i dziękuje, jest wdzięczna, ale tak nie wypada; ale on nie chce, żeby wracała po nocy (niebezpiecznie) sama, ale ona nadal myśli, że tak nie wypada, bo jak ktoś zobaczy, to dopiero będzie, ludzie coś sobie pomyślą, a to nikomu niepotrzebne, a przecież tu – broń boże – nie ma nic do myślenia, a współlokatorki mają numer telefonu do jej rodziców, na pewno zadzwonią i wszystko im powiedzą, że nie tylko wraca po nocy, ale jeszcze z jakimś chłopakiem się szlaja. Rodziców, wiadomo – czci się – nie ważne jakim kosztem, a jak się zdenerwują, to zawołają z powrotem na wioskę, będzie hańba, nie wybaczą, każą pobrać się z jakimś przypadkowym typem, żeby w razie czego już nie było wstydu, bo zamężnej trudniej wywinąć jakiś numer. On przekonuje, żeby się nie martwiła, nie warto, to tylko podwózka pod dom, wszystko zrozumiałe, nie można się narażać. Trzeba się skupić na bezpieczeństwie i on już o to zadba. Zatrzyma skuter o jedno skrzyżowanie przed jej domem. Ona tam pójdzie, jakby była sama. On poczeka. Będzie patrzył.


Gdy to trwa wystarczająco długo, żeby dziewczyna przekonała samą siebie, że przyjęcie propozycji chłopca było ostateczną koniecznością, choć mogła iść do domu po pracy, albo wracać z zaufaną koleżanką, wsiada z chłopcem na ten jego skuter. Jedzie z nim rzekomo dla „bezpieczeństwa”. Chłopak z miejsca daje gazu i szarańcza uliczna zaczyna szarżować po ulicach nocnego Phnom Penh! – zakończyła Theavy.


– Oszaleć można! – mówię. – Jak samobójcy! Po co to robią?


Theavy patrzy na mnie, jakby właśnie wytłumaczyła mi tajemnicę Wszechświata, a ja spałem.


– Naprawdę nie wiesz? – zadziornie zawija ku górze ogonek rozbawionego głosu, gdy przypomina jej się chyba, że nie jestem stąd. Nietakt. Naprawia uchybienie, łagodnie opuszcza ton, jak do dziecka, jakby po prostu, uprzejmie tłumaczyła mi oczywistość. – Gdy chłopiec jedzie z dużą prędkością, lawirując między samochodami i tnąc skrzyżowania na czerwonym świetle, ona musi się go trzymać. Nie tej poręczy z tyłu dla pasażera, tylko niego, chłopca. To ta jedyna chwila, w której bez pretensji o rozwiązłość może go dotknąć, objąć i położyć policzek na jego plecach. I to nie on ją obejmuje, więc nikt nie może jej zarzucić, że się dała.


Oto zawiła logika kochania z zabójczą prędkością. Takich poukrywanych kazusów kulturowych niedługo zacznę odkrywać więcej, a Theavy okaże się znakomitą przewodniczką w tej podróży.


– Widzisz tamten budynek? – Theavy wskazała wysokościowiec. – Chyba nigdy tu nie byłem. Nie poznaję. – Podają świetne napoje. Chciałabym Ci pokazać znakomity widok na miasto. Gdybyś miał tu dziewczynę, na pewno byłaby zachwycona tym miejscem. Powinieneś mieć piękną żonę – peszy mnie trochę. Przeszło mi przez myśl zapytać, czy ma córkę. Khmerzy ciągle mnie pytają, czy mam żonę i dzieci, po czym recytują listy wolnych kobiet w swojej rodzinie. Staram się trzymać głowę wysoko, w końcu jestem dyrektorem. Mówię: – Dobrze, ale ja zapraszam, jestem twoim dłużnikiem! – Wykluczone. Biorę wszystko na siebie. Jesteś tu nowy, chcę, żebyś czuł się mile widziany przez moich ludzi. Zgoda?


Przez chwilę przeciągaliśmy linę kurtuazyjnych protestów. Z pewną słodyczą narzekałem na jej nachalną gościnność na tyle długo, że nie wypadało dłużej nalegać; zresztą od początku było jasne, że nie ma mowy o jakimkolwiek ustępstwie. Wypada jednak odmówić kilka razy i przychylnie dać się namawiać. Zaczynałem czuć melodię miejscowego konwenansu. Pod wieżą wysokościowca, na znak dany z toyoty, przechwycił nas parkingowy, czerwone miecze świetlne wskazały nam drogę i miejsce parkowania. Kołowanie, otwieranie mi drzwi, pokłony.


Owiało nas zimne powietrze, gdy elegancki mężczyzna otworzył od środka szklane wrota budynku. Przywitał nas nisko skłoniony, trzymając na piersiach złożone dłonie, jakby miał w nich drogocenne kamienie. Wskazał młodej dziewczynie w niemal erotycznie skrojonym satynowym uniformie i szpilkach kierunek, w którym odprowadziła nas w głąb hallu. Dziewczyna wcisnęła guzik i poczekała z nami po to jedynie, by azjatycko-kobiecym gestem z tygrysiego puchu wskazać otwarte wrota windy, przyłożyć kartę magnetyczną i nadusić numer piętra. Mikroskopijnym, słodkim, jak zawijas najdelikatniejszego ze słowiczych treli głosikiem, mówiła do nas życzenia miłego wieczoru, kłaniając się skromnie z korytarza w zamykających się za nami drzwiach, z amenem wysoko przy twarzy: w tajemnym kodzie – gestem uniżonym, przeznaczonym dla pozdrowienia kogoś ważniejszego od siebie.


Winda wyniosła nas na dach. Theavy przywitała się z odźwiernym i zamieniła z nim kilka słów. Stanęliśmy przy balustradzie z widokiem na całe miasto. W ciągu minuty wyrósł obok nas kelner z dwoma drinkami na tacce. Sączyłem płyn ze swojej szklaneczki, wyborny, orzeźwiający; słuchałem opowieści o mieście. Łyk za łykiem, szklanka pomogła zrelaksować się i bardziej otworzyć mojej towarzyszce. Tyle się tutaj wydarzyło.


Miała dość obojętny ton. Zawsze nim mówią o trudnych rzeczach, jakby nic nie robiło na nich wrażenia. Omiotła horyzont ramieniem. – Nie było żadnego z tych wyższych budynków. Tam był król, ale wyjechał na czas, wiedział. Tu strzelali, tędy przeszli, tamten kwartał zbombardowali, a zamach zaczął się za linią, widzisz (pokazuje dłonią), tamtych odległych latarni, gdzie wcześniej była wytwórnia filmowa. Miałam być gwiazdą, kino kwitło, śpiewałam. Tam są pola [śmierci], byłeś już?, to dla turystów zrobili, mogliby je zrobić niemal gdziekolwiek, a za zakolem Mekongu wioska, do której nas wyprowadzili pierwszego dnia ewakuacji. Samoloty różnych organizacji, cywilne i wojskowe, przylatywały i odlatywały pod obstrzałem. Jeszcze wtedy sytuacja wydawała się być przejściowa. Nie wiedzieliśmy, co idzie.


Kilka miesięcy później z wyrokiem śmierci uciekałam przez dżunglę do Tajlandii, a potem dalej i dalej… Dopiero całe lata po tym spotkałam już tylko kilka z moich dwunastu sióstr.


Słuchając Theavy nie poczułem w jej głosie nuty smutku. Oczy wlepione w ciemność.


Nigdy, przenigdy, nikt inny w Kambodży nie powiedział mi takich słów tak otwarcie. Milczą jak zaklęci, nie ronią łez. Nieco później, gdy wróciła z kolejnych podróży po świecie, opowiedziała mi więcej. Nastoletnia Theavy śpiewała zaangażowane piosenki. Dziś nadal obawia się konfrontacji z ludźmi z przeszłości, przeciwko którym przepięknym głosem intonowała zakazane wersety. Oprawcy jeszcze chodzą po ulicach; niektórzy, również młodsi od Theavy, nierozpoznani i nierozliczeni. Wróciwszy po wielu latach z obcego kraju przywiozła nową tożsamość, obywatelstwo i nazwisko. Dawna Theavy, wraz ze swym pierwszym imieniem, zniknęła na wieczność w dżungli, może minuty przed egzekucją. Strażnicy nie tylko bili. Uciekając, nie była sama, ale jeszcze nie wiedziała, że biegnie za dwoje...



Aleją pod nami przemknęła fala szalonej szarańczy skuterów zakochanych. Pędzili po to, żeby zaznać mistycznego styku, otarcia, ekscytacji bliskością, o jakiej tylko marzyć może khmerska dziewczyna i khmerski chłopiec. Odwieczna tęsknota za przekroczeniem bieguna fizycznej niedostępności odpływa na kilka minut. Zaspokojona namiętność, wytęsknione uczucie, niczym z filmu, przynosi powiew rozlewającego się, upragnionego ciepła, dla którego wrócą do mrocznego trójkąta między ulicami na zachód od Pomnika i Placu Niepodległości, jak po narkotyk. Chłopiec ma hardą minę, szeroko trzyma skuter za kierownicę, wypina pierś, wciąga brzuch, napina ramiona. Jest jak Batman przecinający mroczne ulice miasta po uratowaniu świata, jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”.


Dla bezpieczeństwa dziewczyna przypina się do niego od tyłu pasem swych ramion. Zamiast spleść palce na jego brzuchu, lub chwycić się za własne nadgarstki, przytula się. Jedna z dłoni spoczywa otwarta na jego piersi, druga nieco poniżej serca, przyzwoicie. Albo dziewczyna przekłada ręce pod jego pachami kierując dłonie w górę, spoczywają wówczas na jego ramionach. Chłopcy dorabiają noszeniem worów na budowach, jedzą rzadko, nie mają tłuszczu, jest więc czego dotknąć. Ona wkleja się w niego, a pęd skutera rozwiewa jej długie włosy. Przyłożyła policzek do jego pleców, przymknęła oczy… Kiedy znów dotkną ziemi, będą udawać. Nikt nic nie powie. Nic nie było.


Theavy z niewidzialną zręcznością przekierowała moją uwagę na nowe dziś miasto. Jak na ekranie tomografu, widać było jego krwinki ruchomymi światełkami rozjaśniające drogę wzdłuż pociętych bruzdami arterii. Pełen oddech, pełnia życia.


Dawno temu, jeszcze w moim pierwszym biurze na siódmym piętrze Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, przechodziłem szkolenie pierwszej pomocy. Instruktor zadał pytanie: komu pomagasz najpierw? Temu co leży bez ruchu, czy temu, który wrzeszczy wniebogłosy? Kto wie, ręka do góry. Oto odpowiedź: o tego, który wrzeszczy wniebogłosy, nie trzeba się od razu martwić. Na pewno jest pełen życia. Phnom Penh już raz nie było, i ludzie to pamiętają.


Rooftop, restauracja na dachu, widok Phnom Penh, Kambodża, wysoki budynek
Rooftop gdzieś w centrum Phnom Penh

Poszybowaliśmy ku historii starożytnej, literaturze, zadziwiającej mnie wciąż miejscowej pisowni przybyłej do Kambodży z hinduizmem i sanskrytem, do tańca, zabaw, kuchni, buddyzmu i oryginalnych tradycji. Wesoło zagadywał nas przystojny kelner rozstawiający na tacach drinki roznoszącym je słodkim, drobnym dziewczętom o łagodnych, cichutkich głosikach i uśmiechach aniołków. Wszyscy się śmiali, choć nikt nie mówił dowcipów.


Namawiała mnie na jeszcze jedną szklaneczkę, ale powiedziałem, że już późno. Rozsądnie przyznała mi rację. Spytała, czy wobec tego nie miałbym ochoty na rozchodniaczka. Potem mnie odwiezie. (Nie róbcie tego, nigdy! tego nie róbcie w Polsce, błagam, w Kambodży nie ma na to chyba przepisów…). Jest takie miejsce, z którego widok na Pałac Królewski w Phnom Penh zapiera dech w piersiach. Theavy i tak będzie długo jechała do domu. Mieszka na wsi, godzinę jazdy od Phnom Penh. A właściwie może zostanie na noc w mieście. Rano ma zajęcia i coś do załatwienia z komisarzem z ministerstwa. Jako kobieta światowa i podróżniczka ma zawsze ze sobą mały kuferek, a w nim mydło, szczoteczkę, szminkę i coś na przebranie. Uśmiechnęła się do mnie. Stuknęła naszymi kieliszkami.


– Cieszę się, że się poznaliśmy. Miło było spędzić z tobą wieczór! Tu [w Kambodży] jest przyjemnie, ale tak niemiłosiernie nudno! Lubię pogawędzić z kimś interesującym, brak mi towarzystwa i otwartych rozmów. A może chcesz zobaczyć ten widok? Podrzucić cię rano do biura?

  • Facebook
  • Instagram
Przeczytaj również: