Wyznanie o mojej podróży

które powstało w samym środku jej spisywania pod wpływem ponownych rozważań oraz dalej idących wniosków. Jest środek wiosny 2020 roku. Artykuł ten znajdzie się wśród pierwszych, choć chronologicznie jest jednym z ostatnich. Na koniec opowiem o przypadkowym spotkaniu z księżniczką Kambodży i wyniesionej z niego lekcji kultury.


To jest o sposobie, w jaki blog ten powstaje.


Zeszyty pisarskie i pióro leżą na drewnianym biurku, dookoła stoją zapalone świeczki, w tle fotele, stół i sofa
Nie zawsze mogłem pisać przy świetle lamp. Wieczór, na tarasie w sercu Phnom Penh.

Publikuję „Wyznanie…” we wrześniu 2021 roku. Kiedy zacząłem je pisać, z jakiegoś powodu wymyśliłem, że będzie to dziesiąty artykuł Doktoratu z cierpliwości. Przypomniałem sobie o tym kilka godzin przed publikacją „Czarnej magii, cz. 2/2”, która skradłaby wówczas ten okrągły numer. Skoro coś postanowiłem i mogę zrobić zgodnie z zamiarem – tak robię.

 

Wyznanie

Artykuł dziesiąty


Moja i Czytelnika podróż w tekstach tego bloga jest długą, zawiłą drogą do zrozumienia tajemniczych mieszkańców Kambodży, opowieścią o przebywaniu i mieszkaniu między nimi. Przedzierałem się przez ich tabu oraz zapory kulturowe do źródeł zachowań, do niezrozumiałych słów-wytrychów, a także do – co najmniej – oryginalnych pomysłów na życie i rozwiązania problemów. Poszukiwałem źródeł wprost nadzwyczajnej lekkości bycia Khmerów w jednych sytuacjach oraz srogiej powagi w innych. Wcale nierzadko khmerskie zachowania i reakcje zupełnie nie przypominały tych z mojej własnej kultury ani z żadnej innej, z którą byłem jakkolwiek zaznajomiony.


Mój blog jest o podróży nie takiej autobusem, ale sercem, umysłem i zmysłami. I nawet gdy w tekście artykułu jadę autobusem, podróż moja odbywa się nie tyle drogami, co przez serca i umysły.


Piaszczysta droga w czerwonym kolorze biegnie aż po horyzont ku górom, niebo zasnute jest chmurami, dookoła zielone krzaki i drzewa
Nie wszędzie można dojechać choćby taką drogą

 

Pisać czy nie pisać


Nie chciałem powielać i tak już stukrotnie powtarzających się w Internecie informacji o Kambodży oraz o jej atrakcjach. Zadałem sobie pytanie: czego jeszcze nie napisano, czym mógłbym się podzielić? W podróżach nie zależy mi na odhaczaniu wyzwań i miejsc, wędrówka jest dla mnie celem. Jako podróżnik odczuwam potrzebę poznania świata napotkanych ludzi ich własnymi zmysłami. Do tego trzeba czasu, to wymaga zaufania.


Zaufanie się buduje.

W ojczyźnie Khmerów nie ma kolei, a drogi są fatalne (jeśli są). Z tej przyczyny podróż po rubieżach kraju z każdym kilometrem staje się bardziej mozolna, narażona na komplikacje, co wymaga elastyczności czasowej liczonej w dniach, a nie godzinach. W Kambodży bez ustanku pracowałem, dlatego nie mogłem dotrzeć do odległych jej miejsc i zakamarków.


Z zazdrością patrzyłem na podróżników biorących półroczne urlopy od życia w tłoku i pracy w korporacji, którzy bez pośpiechu jechali przez Azję skuterami. Tak, jak oni, chciałem ruszyć w siną dal, ale nie mogłem sobie na to pozwolić. Tacy podróżnicy jednak… przywożą swój bagaż doświadczeń i – zadziwieni – przesuwają się po obcych sobie światach, by wrócić do domu z troszeczkę szerszym wachlarzem doznań, albo odciąć się od nużącego życia i „odnaleźć siebie”. Mało rozumieją otoczenie, a jeśli coś do nich dociera – to przez pryzmat własnej kultury i osobistych doświadczeń.


Ze mną było inaczej. Rzadko miewałem czas, by opuścić Phnom Penh, ale spędzałem całe dnie na pracy i życiu wśród Khmerów. Z czasem niektórzy z nich stali się moimi przewodnikami po swojej kulturze i kraju, w którym dążenie do celów wymaga niesłychanej wytrwałości i zupełnie odmiennych środków ich osiągania.


Jestem podróżnikiem, często samotnym, lecz nie backpackerem. U celu podróży urządzam wygodne gniazdko, które opuszczam co dzień, by wmieszać się między miejscowych, jeść to, co oni jedzą, przebiegać miasta i wsie ich ścieżkami, przyglądać się ich życiu, zagadnąć kogoś i samemu dać się zaczepić, rozmawiać z nimi, pozwalać im dziwić się mną, pytać o ich świat i życie, cieszyć się, dać się zaprosić do domostwa na miskę strawy i szklaneczkę przy rodzinnym stole. Ależ to jest hiszpańskie! Ale chińskie! Jakie gruzińskie i nie mniej japońskie! A przy tym indonezyjskie, włoskie, indyjskie i węgierskie!


Ludzkie!

Zawsze można stanąć przed pięknym budynkiem, kupić wycieczkę do popularnego miejsca, zatracić się w jakimś szalenie interesującym muzeum, ale za żadne pieniądze nie da się kupić bigosu u mojej mamy czy babci. Można jednak zaprzyjaźnić się ze mną i zapytać: „co jadacie w Polsce?”


Zielony liść na rozmytym tle plaży i błękitnego morza, w środku kadru jest backpackerka z plecakiem z przodu i z tyłu
Backpackerka na wyspie Koh Rong Sanloem

Tym sposobem przy naszym toruńskim stole rodzinnym gościli moi przyjaciele z różnych stron świata. Mnie również przytrafiło się jeść spaghetti w domu u prawdziwej włoskiej babci, gulasz na werandzie u węgierskiej cioci, zajadałem się paellą w ciasnym mieszkanku w górach u hiszpańskiej mamy. Mie goreng i trzcinę cukrową do żucia na deser oraz worek tropikalnych owoców na drogę dostałem u balijskiej rodziny w środku górzystej dżungli pod czynnym wulkanem. Grałem raz koncert w maleńkiej mieścinie za Białymstokiem. Któraś z gospodyń spod tej miejscowości nie tyle poczęstowała mnie najwyborniejszym jadłem, co upewniła się, że od wybuchnięcia z przejedzenia dzieli mnie jedna mała łyżeczka. Odesłała mnie w drogę powrotną z trzema torbami równie wykwintnej, przynajmniej tygodniowej wałówki oraz z trzema półtoralitrowymi butelkami napoju domowej produkcji, z którego spożycia w niektórych kulturach trzeba się spowiadać, a w innych najmniej pielgrzymkę dokonać. Pewnego razu w Sajgonie uciąłem sobie serdeczną pogawędkę z młodym właścicielem hoteliku z pralnią, w którym zająłem małe mieszkanko. Rozmawialiśmy do nocy.


Jak nieistotnymi okazują się różnice, gdy umie się być i dzielić czas – z drugim człowiekiem.

Gdy wyjeżdżałem, Wietnamczyk wstał przed świtem, by ugotować mi posiłek na dalszą drogę. Była to wyborna domowa potrawa, szczodrze obsypana zielonymi liśćmi z domowego ogródka. Brzemienna małżonka Wietnamczyka podarowała mi parę ręcznie rzeźbionych pałeczek z tego kubka z pałeczkami, który stoi na stole kuchennym w każdym azjatyckim domu. Ich maleńkie dzieci, dla odwagi szturchnięte leciutko matczyną dłonią, dygnęły przede mną z tycimi rączkami złożonymi w geście szacunku i przyjaźni. Kiedy rozpływałem się w podziękowaniach, Wietnamczyk życzył mi jedynie, żebym w drodze nigdy nie był głodny i z ciepłem w sercu wracał myślami do Wietnamu. Tymi pałeczkami jadam do dziś.


Siedziałem przy stołach rodzinnych w wielu krajach. Spacerowałem ścieżkami tamtych rodzin, rozmawiałem z nimi, śmiałem się i patrzyłem, jak czynią swoje rytuały, wzajemnie sobie dokuczają, irytują, okazują uczucia i przywiązanie. O wiele trudniej, niż gdziekolwiek indziej, jest usiąść przy stole rodzinnym w Kambodży, ale w końcu również to mi się udało.


Zajęło mi chwilę (kilka lat), nim odkryłem i pogodziłem się z tym, że dla mojej opowieści Kambodża nie jest główną bohaterką, lecz tłem, sceną, katalizatorem. Już z pierwszych naszkicowanych tekstów zaczął wyłaniać się obraz wnętrza i wnętrzności tego kraju, a nie jego kartonowa fasada dla turystów.


 

Cierpliwość

jako główna bohaterka,

poskrywana w historiach

i nie zawsze wymieniona

z imienia.


 

Kambodża jako szkoła cierpliwości


Mogłoby to być obojętnie jakie miejsce na ziemi lub stacja kosmiczna; mnie ślepy los zaniósł w objęcia dzikiej, zarówno dosłownej, jak i metaforycznej dżungli, w środek kraju położonego jakby na innej planecie. Nie zawsze czułem, że jestem pod tym samym chopinowskim „słoneczkiem na niebie”.


W naszych czasach – w świecie Zachodu – mówi się o unikaniu napięć, ale całą uwagę poświęca się na zasłoniętą eleganckimi szyldami niecierpliwość. Istna maskarada sprzeczności poprzebieranych za swoje przeciwieństwa. Nie tylko mamy robić więcej i w krótszym czasie, żeby mieć przestrzeń na pasje, hobby i rodzinę. Nie tylko dzieci mają prędzej rozwiązywać testy i wygrywać konkursy oraz – nie wiadomo skąd – mieć szczęśliwe dzieciństwo. Również nam samym niezwłocznie wszystko się należy. Nasze zachcianki mają być spełniane w okamgnieniu i z jakością, jakby ich zaspokajaniu poświęcono wiele czasu i wysiłku. Kiedy nie możemy otrzymać, czego żądamy, mamy prawo do świętego niezadowolenia.


Nie w Azji Południowo-Wschodniej. Jeszcze nie.


Stąd, w stutysięcznej myśli, przyszedł pomysł zanurzenia się w Kambodżę jej własnych mieszkańców, a nie w tę podawaną turystom z hotelowym śniadaniem. Z moich refleksji oraz zapisków wyłoniła się autentyczna podróż przez khmerskie podwórko. Przyglądałem się Khmerom oczami obcokrajowca wiodącego między nimi codzienne życie. To opowieść o nich i o tym, jak egzystencja w takim miejscu prześwietla człowieka na wylot, wyciągając z niego wszelkie słabości.


 

Czuję się winny Czytelnikowi wyznanie o tym, jak dowiadywałem się rzeczy, których się dowiedziałem, jak je spisywałem i gdzie znajdowałem inspiracje.


 

Pomysły


Zawsze je mam. Przychodzą niespodziewanie. Wystarczy jakaś sytuacja, czyjaś intrygująca wypowiedź, refleksja, kuks zarobiony od kogoś w kolejce, uliczna scena trwająca półtorej sekundy, a opowieść melduje się u mnie w głowie; w moim przypadku – cała i na raz. Jeśli zignoruję pukającą do drzwi myśl i zbyt długo jej nie wpuszczę, odchodzi ona i niemal nigdy nie wraca. Często dzieje się to w najmniej stosownych momentach. Mam wówczas niewiele czasu, dlatego używam systemu, by na poczekaniu, dyskretnie zanotować zdarzenie, słowami-kotwicami zaznaczyć jego wierzchołki i krawędzie, szkielet. Dzięki temu w zaciszu pracowni mogę odtworzyć myśl, która przebiegła mi wcześniej przez głowę. Tego przebłysku nie da się na długo zapamiętać (próbowałem setki razy), to trzeba bezwzględnie i natychmiast notować.


Zebrałem setki notatek, tysiące zdjęć, dziesiątki skanów z moich kalendarzy dyrektorskich, notatników nauczycielskich, kart obecności na zebraniach towarzystw dobroczynnych, luźnych kartek z narad biznesowych, posiedzeń ministerialnych i uniwersyteckich. Na marginesach, pomiędzy godzinami zajęć i spotkań, listami, relacjami, zobowiązaniami, nosiły one zbierane drobnym pismem indywidua, myśli, filozofie, skarby, hasła i wzmianki. Dla porządku podzieliłem je na zagadnienia, które notowałem różnymi wizualnie skryptami i kolorami, w kilku językach, różną grubością kreski, a nawet wertykalnie lub do góry nogami, żeby pomiędzy setkami kartek na jeden rzut oka wyróżniały się one spośród nudnych spraw. W pamięci mam niezliczone rozmowy i wspomnienia, a na dyktafonie dziesiątki godzin nagrań głosowych.


Nie planując z góry, czym zostaną, gdy „dorosną”, przez kilka lat zbierałem materiały do bloga na marginesie zapracowanego życia. Często robiłem to wręcz w trakcie opisywanych wydarzeń, które nie zawsze od razu rozumiałem. Musiałem później pytać, co tak naprawdę mi się przytrafiło.


W Kambodży jest tylko kilkadziesiąt osób znających język polski. Jedną z nich jest Ewa, moja tamże współlokatorka i wspaniała przewodniczka po zakamarkach Phnom Penh. Ona właśnie nie mogła już słuchać mojego ględzenia o tym, że „kiedyś zrobię tego bloga o Kambodży”. Podarowała mi blog na urodziny w 2017 roku. Jest 2020 – długo zabierałem się do pisania.


W Królestwie Khmerów ten dziwny język polski, poza kilkoma polskimi domami nieznany – raz szumiący, a raz twardy, na ucho brany za rosyjski – dawał mi całkowitą swobodę przebywania w środku wydarzeń i pisania o nich na bieżąco. Jak korespondent wojenny, pisałem, tkwiąc w sercu wypadków, skulony między świszczącymi kulami wymiany zdań, zwrotów akcji i osobliwości. Nikt nie zwraca uwagi na zapatrzonego w dal, zamyślonego obcego, drapiącego piórem kartkę, kreślącego zdania w nieznanym języku i nie reagującego na przelatujące obok słowa, jak gdyby nic nie rozumiał. Stawałem się przypadkowym, nieznaczącym obiektem. Pod płaszczykiem zaaferowania własnym zajęciem, pod peleryną niewidką człowieka nieskończenie pochłoniętego czymś śmiertelnie poważnym, pisałem, wtopiony w tło jak cegła w ścianę; widać mnie, ale byłem niewidoczny.


Dziewczynka z długimi włosami wygląda zza żaluzjowych drzwi, w tle pomarańczowa ściana
Khmerska dziewczynka w Kep chodziła za mną i przyglądała mi się z ukrycia

Chcę, żeby Czytelnik o tym wiedział, jeśli uważa takie skradanie się za nieprzyzwoite i miałoby ono wpływ na Jego decyzję o towarzyszeniu mi lub opuszczeniu mojej podróży. Wcale nie przewrotnie myślę, że Czytelnik niezgodzony z takim sposobem pracy pisarza zarzucić musiałby niemal wszelkie czytelnictwo.


 

Jesteśmy wciąż razem?


Właśnie takim krajem jest Kambodża. Są dwa światy, jawny i ukryty. Pierwszy jest niczym spokojna tafla odbijająca uśmiechnięte twarze, kwiaty, światło Słońca, obraz księżyca i migotanie gwiazd. Drugi skryty jest pod powierzchnią, w jego głębi zaś wszystko wygląda jak w krzywym zwierciadle albo zupełnie zanika. Nadzwyczajną ulotność obserwacji Kambodży porównać można do kwantowej zasady nieoznaczoności i prób podglądania cząstek elementarnych. Innymi słowy – sama obserwacja obiektu wpływa na jego stan i zachowanie. Gdy przedmiot badania zorientuje się, że jest obserwowany, natychmiast zmienia swoje działanie, jak niesforne dziecko.


Kambodżę bada się nadzwyczaj cierpliwie i ostrożnie, nie spuszczając z niej wzroku, bo jej sens, struktura kulturowa oraz ukryte znaczenia, zrazu takie czy owakie, po głębokim przeniknięciu ich istoty okazują się niespodziewanie logicznymi; czasem niesłychanie trudnymi do zaakceptowania i pogodzenia się z nimi.


Jakże potwornie nieludzkie oblicze może okazać się ze wszech miar najbardziej ludzkim.

 

Świat Zachodu zapomina o jednym dziecinnym pytaniu, którego nie-zadanie w szczątki rozbija całe narody i grupy. Rozpadają się rodziny, związki między ludźmi, rozkładają się więzi społeczne, osobowości, giną ludzie; jeśli nie z cudzej, to z własnej ręki, a dopiero wówczas pada ono. — Dlaczego? — niewypowiedziane, spowodowało tragiczny w skutkach brak humanistycznych konsekwencji. To bardzo ważne pytanie, na którego odpowiedź czasem pracuje się, lub czeka, latami. Nie tylko w Kambodży.

 

Migawki z Kambodży


Nie trzeba jechać do CERN w Genewie – wystarczą kambodżańskie sceny dnia codziennego. Przemykają przed oczami z prędkością światła, niczym w zderzaczu hadronów. Zdarzenia materializują się w powietrzu, trwają kilka sekund i na zawsze znikają. Nazywam je migawkami z Kambodży. Zawsze miałem pod ręką telefon komórkowy ustawiony tak, by jednym przyciskiem błyskawicznie uruchamiać aparat fotograficzny. Nawet najprędsze wydobycie go z kieszeni najczęściej trwało zbyt długo, żeby jeszcze było co sfotografować. Chyba kurz podniesiony z ziemi po zdarzeniu.


Z drugiej strony – żeby uświadczyć niektórych indywiduów lub doznać olśnienia, tej chwili umysłowego pojęcia rzeczy niezrozumiałej, nieraz miesiącami trzeba skradać się w chaszczach dżungli ludzkiej, przyjmując niewidzialną pozę w oczekiwaniu na zajście zjawiska, które – świadome obecności obserwatora – nie odważyłoby się zdarzyć. Niczym Sir David Attenborough z kamerą National Geographic, zaszywałem się w środowiskach naturalnych Khmerów, w których, niezauważony, obejrzeć mogłem sprawy w inny sposób obcym niewiadome.


Nie zawsze mogłem swobodnie obserwować. Nie zrozumie tego człowiek, który nigdy nie wychylił nosa z własnego kręgu kulturowego. Nieraz nie mogłem wtopić się w tło, bo byłem największą osobliwością w całym krajobrazie.


Japoński ogród wyglądający na dziki, z drzewami, krzewami oraz stawem
Byle nie mącić promiennej powierzchni... (Ogród leśny w miejscowości Narita, Japonia)

Żeby zobaczyć i opowiedzieć prawdziwą Kambodżę, starałem się nie mącić promiennej powierzchni. Ów spokój jest warunkiem otwarcia się ludzi miejscowych. Próbowałem jednak zerkać jednym okiem w mroczną toń tak delikatnie, by nie płoszyć. To wymagało cierpliwości, długotrwałego pozostawania w niejasnych okolicznościach, zastygania w obliczu niewiedzy i braku wskazówek, przetrwania niezrozumiałych oraz niewygodnych sytuacji. Miesiącami budowałem i zdobywałem khmerskie zaufanie,


żeby patrzeć na Kambodżę

i na resztę świata

oczami jej mieszkańców,

słuchać jej dźwięków ich uszami,

dotykać jej ich dotykiem,

ich smakiem smakować.


 

Życie poza zachodnim kloszem


W Kambodży nie pracowałem w zachodnim bąblu, zagranicznej firmie, w której spotykają się expaci. Spora część zachodnich obcokrajowców ma o sobie zdanie światowców niosących światło mniej rozwiniętym. Są wykształceni, na stanowiskach. Po pracy chodzą do zachodnich restauracji i barów, organizują zachodnie rozrywki, a w zachodnich siłowniach ćwiczą swoje zachodnie ciała. Nie ma w tym nic złego, Kambodża jest intensywna i każdy potrzebuje od niej odskoczni. Wielu jednak nie opuszcza swej bańki, nie obcują z krajem i jego ludźmi. Tkwią w przekonaniu, że wszędzie można być jakim się chce. Niektórzy z nich, wszystkowiedzący, złoszczą się na mnie za te słowa. Chodzi z nimi ta przywieziona z domu, elegancka, zgrabnie wokół człowieka obudowana i wystudiowana klatka odrębności; ta postawa niezależności od pozostałych ludzi, wzmocniona spoiwem indywidualności i samoświadomości. W gruncie rzeczy nie ma w tym nic złego, lecz miejscowi zupełnie inaczej kształtują swoje relacje społeczne. Umieją przyjezdnym wiele wybaczyć, dlatego podchodzą do zachodnich osobliwości kulturowych z ciekawością równą mojemu zainteresowaniu Kambodżą.


Nazbyt otwarte, wyzwolone postawy i zachowania nie wzbudzają w tradycyjnej Azji zaufania i utrudniają współpracę. Nie oznacza to, że Azja jest niepostępowa. Przeciwnie! Rozwija się ona nieprawdopodobnie szybko, tylko w swoim własnym kierunku. Obcokrajowcy żyjący pod zachodnim kloszem często nie zdają sobie sprawy, jak bardzo potrzebują kogoś, kto dopasowuje ich pomysły do lokalnych norm. Można latami mieszkać w obcym kraju, codziennie mu się dziwić i nigdy go nie zrozumieć.


Żyjąc w Kambodży byłem gościnnym profesorem uniwersytetu i dyrektorem lokalnej instytucji, w sprawach codziennych polegać musiałem za