Kambodża
jako szkoła cierpliwości

Znaleźć inspirację

Gwałtowne monsuny, jaskrawe kolory, obce zapachy, przedziwne języki doliny Mekongu, tajemne gesty i szokujące kontrasty stały się inspiracją do głębokiego wpatrzenia się w Kambodżę. W chaosie jej przeciwności można odnaleźć osobliwą mądrość, jakiej nie mamy, a może nie pamiętamy już w Europie.

Widok z pozycji pasażera w tuk-tuku na Diamond Island w Phnom Penh

Krótka historia

Kambodża jako szkoła cierpliwości

Kambodża okazała się wymagającą szkołą cierpliwości, kapryśną kochanką, wyzwaniem; doświadczeniem nie znoszących się sprzeczności i dysonansów. Nie tylko nie pomaga to w adaptacji, ale i otuchy nie dodaje. Mieszkańcy Kambodży każdego dnia żyją, uśmiechają się i pokazują wolę trwania wbrew wspomnieniu niedawnego ludobójstwa, które żywo pulsuje jeszcze pod ich skórą. Chaos Kambodży rozbrzmiewa dźwiękami zawiłej harmonii, która nie każde ucho uwiedzie, ale niektórym pomaga odnaleźć siebie.

Nawykły w Europie do sprawnej, zorganizowanej pracy, otwartych działań i jasnego wyrażania intencji, Mister Marcin nie przystawał do nowego środowiska. Próbował zrozumieć, dlaczego prawa logiki i zdrowego rozsądku jakby nie miały zastosowania Kambodży. Trudno żyć i dać żyć innym, kiedy sprawy toczą się zupełnie inaczej, niż wydawałoby się to właściwym.

Kraina Khmerów zmieniła i wciąż wpływa na życie autora. Stała się nie tyle sceną opowieści, co katalizatorem pracy literackiej rozpoczętej kilkadziesiąt lat wcześniej. Oto kambodżańskie obrazy widziane oczami człowieka, który niemal przypadkiem zajrzał tutaj na rok. Kambodża jednak, zazdrosna kochanka, zatrzymała go na dłużej. Lata później, mieszkając na jednej z Małych Wysp Sundajskich, gdzie ziemia się trzęsie, wulkany plują lawą i żyją smoki z Komodo, autor często wraca do Królestwa Kambodży.

W obcym świecie podobni sobie ludzie z większym jakby magnetyzmem lgną ku sobie, choć na własnej ziemi taki Irlandczyk pewnie minąłby się z Polakiem czy Grekiem obojętnie. Autor tego bloga nawiązywał takie przyjaźnie, siadywał, pijał szklankę, lub dwie, wspominając „jak to w Europie...” Na co dzień jednak żył, pracował i bezustannie coś notował pośród Khmerów.

Mister Marcin opuścił Kambodżę, lecz odtąd na zawsze pozostanie „niepełny”, „niecały”, bo kawałeczek swojego serca i życia, serdecznej pracy rąk swoich, zostawił w Królestwie Khmerów.

Ten blog opowiada, co otrzymał w zamian.