• Mister Marcin

Ćwiczenie cierpliwości aparatem fotograficznym

Zaktualizowano: 20 gru 2020



Po jakimś czasie

każdy się przyzwyczaja. Nim jednak przywyknie –

kto tu przejeżdża, ma swój własny.

A oto mój – pierwszy absurd Kambodży, który umysł wywrócił mi na lewą stronę.


Cierpliwość ćwiczona aparatem fotograficznym.


Aparat fotograficzny, idiot camera, fotografie z Kambodży
Zdjęcia w tym artykule pochodzą z opisywanego aparatu i robione były w różnych krajach.

Są rzeczy, na które człowiek nigdy nie jest wystarczająco gotowy, choćby szykował się na najbardziej nieprawdopodobne.


Nie idzie o to tylko, że coś wysadza drzwi granatem i z butami wchodzi nam w życie. Czasem rzecz sączy się kropla po kropli, aż przeważy szalę. Nadchodzi niepostrzeżenie, albo z takiej strony, z której ostatnią rzeczą byłoby się czegoś spodziewać – nie tylko straty, rozstania, niespodzianki czy sukcesu. Język angielski mówi you don't see it coming, nie przeczuwasz (dosł. nie widzisz) nadejścia tego.


Na przykład – nowicjusz w Kambodży; i wystarczy, i cześć, i gotowe.


Był wrzesień 2015 roku, mój drugi miesiąc w Phnom Penh. Powziąłem zamiar zakupienia małej pstrykawki, aparaciku fotograficznego. Naprawdę, bez zbędnego streszczania: gdybym dodał „a następnie go szukałem” i tak sprawę zakończył, wpis mój miałby tę stawiającą go ponad wszystkimi innymi wpisami świata zaletę, że byłby najbardziej zwięzłym oraz wiernym opisem poszukiwania aparatu fotograficznego w historii Internetu.


Koh Rong Sanloem, pies, hamak, plaża, widok
Na wyspie Koh Rong Sanloem

Kiedy wypadki te autentyczne rozpoczynały swoje przekomarzania pod słońcem żywcem palącym Kambodżę, zachodziła poważna wątpliwość, czy w ogóle będzie z nich choćby anegdota godna wzmianki. Gdybym bowiem był mniej wytrwały, a wypadki potoczyłyby się inaczej, istniałoby najwyższe prawdopodobieństwo, że nie tylko cierpliwość, ale w ogóle nic przećwiczone by nie zostało. Wówczas mógłbym spokojnie dokonać kiedyś żywota wcale nie wiedząc, że mam do napisania moc historii, z których ta stała się pierwszą.


Gdy Czytelnik spojrzy jednak na trwające ponad pół roku wydarzenia wiodące do napisania tej jakże banalnej i komu potrzebnej historyjki, pozna jedno z moich gruntownie kambodżańskich w swej naturze ćwiczeń odnajdowania się w rzeczywistości zbliżonej do obcej planety. No, przynajmniej na pewno nie do trzeciej z nich od Słońca licząc, jaką do tamtych czasów znałem.


Drwiąc zwykle i żartując, przez kilka lat opowiedziałem tę anegdotę tak wiele razy, że zanim udało mi się znaleźć słowa na jej spisanie, utknąłem na długie miesiące. Żeby wreszcie wziąć kurs na cel, musiałem znaleźć kogoś, komu mogłem gawędę tę powtórzyć, uważnie słuchając samego siebie. Trochę zażenowany przyznaję, że bez wiedzy słuchacza wszystko nagrałem, bo opowiadania własnych wypadków można nauczyć się, jak piosenki. Tylko czasem trzeba ją od początku zaśpiewać, bo tak na komendę, z głowy, sama wyjść nie chce.


Taka rzecz, na przykład, jak ząb, albo dziecko z brzucha – wyjść musi. Historia również; ale raz opowiedziana, jak narodzone niemowlę i wyrżnięty ząb, nie odczuwa więcej pragnienia przyjścia na świat. Przestaje łaknąć ujawnienia, a paląca potrzeba wydania, opowiedzenia się, gaśnie. Po jednokrotnym zdekonspirowaniu opowieści, coraz trudniej ją w pełni odmalować. Przy następnych podejściach stopniowo ulatują drobiazgi, zmienia się temperatura wokół zdarzenia; kształty i kolory zmieniają się, twarze to pojawiają się, to znikają, a potem w ogóle tracą rysy. Pamięć próbuje uchwycić, skadrować, wyostrzyć wspomnienie wypuszczone już do życia na wolności, ale odbitki wychodzą nieostre, bez wyrazu i konturów. Byłem już gotów dać Czytelnikowi (i sobie) spokój z tym aparatem, ale nie poddałem się. Oto dlaczego:


Spośród moich przygód i wypadków to jest właśnie ta, która zasiała ziarno tego bloga.



Angkor Wat, panorama, Kambodża, podróże
Panorama Angkor Wat

Miałem pierwszy raz w życiu pojechać do Angkor Wat. Jakość zdjęć z telefonów komórkowych przez kilka lat jeszcze miała nie dotrzymać pola fotografiom z małych idiot cameras*. (Wyjaśnienie idiot camera pod tekstem).


Kupię aparat – pomyślałem – byle nic drogiego, tyle słyszałem o kradzieżach i rabunkach. Duży aparat trzeba składać i rozkładać, obija się, oblepia błotem, moknie w deszczu, ślizga się w rękach. Od wilgotności tropikalnej obiektywy zachodzą mgłą, parciany pasek prędko nasiąka, przeciera czerwony ślad na rozmiękłej, zlanej słonym potem szyi. I ten kurz, i wiecznie brudne, spocone, obślizgłe w dżungli ręce. Dobry sprzęt chętnie zmienia też właściciela, w czym najgorliwiej asystują motocyklowi street hunterzy. Pracują parami: kierowca przejeżdża bardzo blisko dumnego posiadacza, a pasażer-łapacz chwyta w locie co było do złapania; pełny gaz i znikają za najbliższym rogiem.


Chciałem błyskawicznego, kieszonkowego urządzenia wielkości paczki papierosów, które mnie nie zrujnuje, nie przysporzy żalu, gdy spadnie, zamoknie, albo obierze nowego właściciela. Kambodża pełna jest materializujących się w oka mgnieniu, nieuchwytnych jak błysk, cudacznych, niedorzecznych scen i zdarzeń, które mijasz, albo one ciebie mijają. Złośliwie – nie dzieją się nigdy, kiedy masz wolną rękę, a pod nią aparat. Ponad ramieniem swojego rozmówcy dostrzegasz coś podejrzanego, coś się zaraz wydarzy! Zdążasz wyciągnąć palec, zakrzyknąć: „patrz, spójrz!” I po wszystkim, minęło.


Ruchome i nieruchome, indywidua te nazywam – migawkami. Dla nich nawet bardziej, niż dla Angkoru, chciałem mieć ten aparat. By chwytać migawki z Kambodży.


Mój tata od wielu lat fascynuje się fotografią. – Tato, poradź – zadzwoniłem z Phnom Penh. – Niech aparat będzie z tych najmniejszych, ale najlepszy z nich. Tata poczytał, popytał. – Marcin, {model aparatu}, piszą, świetny.


deszcz, Phnom Penh, ulewa, burza, Kambodża, podróże
Tuż po deszczu w Phnom Penh

Potężna ulewa z huraganem rozpoczęła pierwszą w moim życiu tropikalną porę deszczową. Powieściowo-filmowy Forrest Gump (pamiętam do dziś sześć Oskarów w 1994 roku, w tytułowej roli zawsze rewelacyjny Tom Hanks), z wojny w sąsiednim Wietnamie wspominał deszcz padający z każdej strony. Nawet z dołu. W istocie, po tamtej nawałnicy przestałem uważać, że Forrest silił się na efekciarstwo. Woda strumieniami wlewała nam się do domu przez zamknięte okna, a krople deszczu z huraganem dolatywały głęboko do wnętrza przestronnego, całkowicie zadaszonego tarasu. Gdy było po wszystkim, a głęboka do pół łydki woda odpływała z ulic – nie mogąc doczekać się możliwości uwieczniania nareszcie tak niesamowitych widoków – wyszedłem kupić aparat.


Taki był obiecujący początek.


Nie chodzi o przedzieranie się przez kilkusetmetrowej długości uliczne jeziora gdzieniegdzie sięgające do kolan. Znalezienie sprzętu może nie graniczyło z cudem, ale do cudu było niedaleko.


„To Azja!”, mówią, „niemożliwe nie istnieje!” „Phnom Penh jest przecież stolicą!”


Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że tylko dwie firmy otworzyły tu filie; na szczęście jedna z nich produkuje mój aparat. W dumnym „oficjalnym przedstawicielstwie na Kambodżę” ani widu ani słychu po poszukiwanym modelu. Poszedłem dalej. Były w mieście jeszcze dwa większe punkty handlowe z aparatami; też braki. Znalazło się trochę rodzinnych „handelków”, przydomowych rupieciarni. Sprzedawali kupione za bezcen odrzuty poprzednich generacji z bogatych krajów. Leżakujące w zmurszałych opakowaniach na brudnych półkach od lat zbierały lepki kurz. W rzadkich sklepach z wszelką elektroniką obejrzałem kilka egzemplarzy taniochy. Nic ciekawego.


Poprosiłem o pomoc najsprytniejszą pracownicę z mojego biura. Ze strategicznej pozycji recepcjonistki nie tylko chroniła mnie przed wszelkim złem tego świata, które mogłoby poruszyć nerwy i zmarnować bezcenny czas dyrektora. Znała ludzi, Kambodżę, języki; i wiedziała, jak być pomocną. Kto dyrektor, ten wie, że najszczersze złoto to tania błyskotka przy takiej gwieździe. Przebyła khmerski Internet wzdłuż i wszerz, przeczesując też jego chińskie rubieże, podobno zdarzają się tam skarby. Kilkaset tysięcy kambodżańskich Chińczyków ma własne sklepy, szkoły, utarte ścieżki, kanały handlowe, system ekonomiczny (to bardzo ciekawy temat) i nisze kulturowe.


Wszystko na nic. Rozglądałem się, właziłem w przedziwne zaułki (gdybym wówczas miał ten aparat!), w poszukiwaniach przenikałem myślą i pamięcią znane mi ulice. Bezskutecznie. Znajomi Khmerzy nie mieli pojęcia gdzie szukać. Ktoś polecił mi zajrzenie do „photocopy shop”, co mnie tylko zmyliło. Było to ksero i wywoływanie zdjęć. – Macie aparaty? – pytam. Młodziutka, na oko trzynastoletnia, onieśmielona ekspedientka chciała być pomocna. – Sir! Camera no have, sir… Maybe sir need copy?


Taki ja – Europejczyk zmieszany z lokalnym tłumem, i nadal wszystkim wokół zmieszany, musiałem brzmieć dla sprzedawców, jak lunatyk. „Jaki aparat!”, mówiły ich spojrzenia. Ze względu na lokalną kulturę zachowują się uprzejmie, a nawet entuzjastycznie: obcokrajowiec mało się targuje, a nuż coś kupi. Odczuwam intuicyjnie, że z tyłu głowy przewracają oczami i myślą: „Seriously? Widzisz, człowieku, leżą aparaty! Co z tego, że żaden nie taki, jak sobie jaśniepan życzy?”.


Zaczynałem pierwszy raz w życiu dowiadywać się o naszym zachodnim… nie tyle zepsuciu co, powiedzmy, rozpieszczeniu. Nasz świat tak jest zrobiony, że wszystko nam się należy. Tu i teraz.



Kyoto, ulewa, deszcz, Japonia
Letnia ulewa na przedmieściu Kyoto, Japonia

W poszukiwaniach przez dni kilka snułem się po centrum i obrzeżach Phnom Penh, a w im bardziej osobliwych miejscach się znajdowałem, tym bardziej przeklinałem, że nie mam aparatu. Nikt w mieście nie miał mojego modelu, niechętnie rozmawiali o zamówieniu. Poza stolicą nie było na co liczyć. Trzeba zmienić strategię.


Internet! Który przecież ma wszystko, a jednak otworzył przede mną długą listę powodów do kapitulacji. Absurdalnie droga wysyłka i gwarancja tylko do granicy Kambodży, fatalne opinie doręczeń (jeśli do nich doszło), brak ubezpieczenia – to jedynie kilka przykładów. Dziesiątki czarnych scenariuszy; mnóstwo paczek nigdy nie dotarło do celu. Wiele z nich zatrzymano w urzędzie celnym do wpłacenia wyczarowanych na poczekaniu opłat, lokalni urzędnicy są w tym świetni. Magia. Wymyśliłem i sprawdziłem wiele improwizowanych rozwiązań.


Spytałem znajomych, jak sobie radzą. – Niech ktoś przywiezie ci ten aparat z Zachodu. Z miejscowej poczty co smaczniejsze kąski „znikają”. Znajomy Francuz dodał: – Mama wysłała nam książki z dzieciństwa pełne śladów awantur z rodzeństwem. Chciałem je czytać mojej córeczce. Na miejscowej poczcie urzędnicy znaleźli kwit odebrania z cargo na lotnisku, ale paczka przepadła. Odszkodowanie? Zapomnij! Rozłożyli ręce i przeszli do następnego klienta. Rok później mój tata przywiózł książki po kuzynach z Lyonu. Dobrze ci radzę: też tak zrób.


Do naszych phnompeńskich sąsiadów przyjechać mieli przyjaciele z Europy, ale już po mojej wycieczce do Angkoru. – Nie – powiedziałem. – Chcę tego aparatu teraz i koniec!


Japonia, Osaka, podróże, pałac, zamek
Jeden z najpiękniejszych pałaców w Osace, Japonia

Główkowałem dwa dni. Aparat był w Internecie, nikt tylko nie gwarantował, że paczka z nim dotrze do Kambodży. A jeśli dotarłaby: co stanie się z nią na miejscu, to już oddzielna historia. Miałem coraz mniej czasu.


Wróciłem do „oficjalnego przedstawicielstwa na Kambodżę”, tuż obok Independence Monument. Wnętrze śmierdziało schnącym betonem i farbą. Byłem jedynym klientem. Na fantazyjnych katafalkach i stojakach rozłożono kilkanaście aparatów, zbyt mało na tę wielką przestrzeń. Z dziesiątki młodych osób obsługi w uniformach kilkoro kręciło się wokół lady i po kątach. Niektórzy stoją, jak młodzież na przerwie między lekcjami. Nie wiedzą, gdzie się podziać. Moje wejście widocznie ich zmieszało. Znam to już – strach przed obcokrajowcem. Będą problemy językowe; w innym wypadku ktoś natychmiast wyrósłby przede mną jak spod ziemi. „Mają rozmach”, pomyślałem, „po jednym sprzedawcy na kilka metrów kwadratowych. Na targu bywa luźniej”.


Duszący odór betonu dokucza nozdrzom. W myślach rozdrażniony mój umysł tętni sarkazmem: więcej tu ludzi niż sprzętu. Mało kto zagląda do takich sklepów, handlują zbytkiem w postkolonialnym kraju Trzeciego Świata. Kiedy klient wychodzi z rachunkiem w kieszeni ta czereda ma sprawić, żeby czuł się jak zdobywca. Wówczas jeszcze tego nie wiedziałem. (Szczególnie na początku mieszkania w Kambodży, dopóki będzie ona obcym mi światem, fraza nie wiedziałem będzie stałym towarzyszem mojego codziennego życia). Teraz jednak na mój widok sprzedawcy pochowali głowy w piasek.


Młodziutkie dziewczęta stoją w głębi ubarwione, w delikatnych makijażach i włosach świecących, grubych, kruczoczarnych, na miejscową modłę poupinanych, jak nasze babcie na zdjęciach sprzed wojny. Wszystkie są w tych rajstopkach cielistych, nieprześwitujących, i w baletkach czarnych, z piętą z tyłu podeptaną, w identycznych spódniczkach wyglądających, jak po kimś, w białych koszulkach, a każda z nich inna.


Niektóre z dziewcząt schowały się na zapleczu, żywo dyskutowały. Raz po raz wyglądały w moją stronę chichocząc, zasłaniając te swoje małe usteczka drobnymi dłońmi. Chłopcy rozglądali się po suficie i ścianach. Udawali, że są pochłonięci owym świętym skupieniem na czymś niesłychanie istotnym, jakby usiłowali odciąć się od wielce niestosownego przedmiotu, który przy wszystkich wypadł komuś z kieszeni. Omal przetarłem oczy ze zdumienia, gdy tak wobec mnie na samym środku oglądali urojone obrazy na białych od podłogi do sufitu ścianach. Galeria bez obrazów. Tego nie było nawet w Paryżu, ani w Nowym Jorku. Był to jeden z licznych momentów mojego życia w Kambodży, gdy czułem się jak kopciuszek w cudzej bajce.


Lotos, woda, natura, ogród, Kambodża
Na liściu lotosu

– Sir, co potrzeba, ja pomóc? – cichy głosik za prawym ramieniem. „Świetny angielski”, pomyślałem z rozdrażnieniem. Ale starała się. A ci? Tchórze! Wysłali tę małą, cherlawą dziewczynkę, żeby obsłużyła obcokrajowca, potwora. Domyśliłem się, że wypchnęli ją siłą. Z drugiej strony nadal przyzwyczajałem się, że klient w sklepie staje się centrum zainteresowania i aż do opuszczenia go będzie miał „satelitę” zrobionego z jednego z licznych sprzedawców; a bywa, że z dwóch. Pierwszy bowiem bezustannie kupcowi towarzyszy, proponuje, schlebia i drugiego posyła po rozmiary, fasony i modele, żeby klientowi czym prędzej dogodzić.


Głośność słów mojej przestraszonej „satelitki” ustawiona została precyzyjnie w połowie między szeptem a łagodnym tonem. W głosie trwoga. Nie ta o łamiącym się głosie, rozedrgana. To lokalny, nierzadko oskarowo odegrany, profilaktyczny przestrach, który odczuwa (symuluje) się przed ważniejszymi osobami: od rodziców począwszy po nauczyciela, urzędnika, szefa i starszych od siebie. Uniżona, przestraszona postawa wyraża szacunek, jak przed królem, przed którym Khmerzy uginają się niemal do ziemi po dziś dzień. Przedstawieni Czytelnikowi przed chwilą miłośnicy rojonej sztuki ściennej i plotkarki z zaplecza nie mówili po angielsku, albo byli leniwi. Może pastwili się nad tą małą, na oko marniejszą od innych.


Uśmiechnąłem się do dziewczyny i powiedziałem w krótkich słowach, czego chcę. Wzięła mnie na sposób, na który wówczas jeszcze się nabierałem. Udała, że rozumie. Jak poznać, że oszukuje? Po uśmieszku, ale innym, niż normalny, szczery uśmiech. W tamtych czasach nie znałem jeszcze wyrafinowanej sztuki przemawiania do Khmerów tak, aby mnie rozumieli. – Sir, ja pytam i rozmawiam do niego, sir – dygnęła skromnie, odeszła.


Czekam sam w środku pustej teraz sali. Młodzież stłoczyła się i naradza w głębi sklepu, co i rusz zerkają na mnie wyciągając szyje ponad ramionami kolegów. Z dala od mojej osoby – odbywają wiec. Niektórzy garbią się przy tym z głową między ramiona wciśniętą w komicznym skłonie widza teatralnego, który przechodząc innym przez wizję stara się skurczyć i schować, przez co tym bardziej go widać.


Gdy przyłapią mnie na zerknięciu w ich stronę, prostują plecy. Z trudem gasiłem w sobie wybuch śmiechu kontemplując, jak znalazłem się w tej bajce. Mimo wszystko noszą uniformy z pewną emfazą. Przez całą szkołę (jeśli do niej chodzili) byli trenowani w noszeniu mundurków. W Kambodży nawet boy parkingowy staje się uroczystszy i dostojniejszy, gdy tylko dać mu uniform. Niektórzy z boyów uzupełniają strój słuchawką krótkofalówki; może być z demobilu, do niczego nie podłączona i zepsuta. W miejscowym przekonaniu dodaje to prestiżu i powagi, jak policjantowi, wojskowemu, albo jakiemuś niemalże bardzo ważnemu człowiekowi, który zajmuje się wyłącznie życiem ludzi bardzo ważnych.


Świątynia, Japonia, Tokio, podróże
Podtokijska świątynia, Japonia

Dziewczyna wróciła za dwie minuty. Przyprowadziła inną, wyższą i na pierwszy rzut oka pewniejszą siebie. – Sir, jak mu pomóc? – Jak już powiedziałem: chciałbym zamówić aparat. – Nie mamy taki model, sir. I am sorry – złożyła dłonie przy twarzy i ukłoniła się w moją stronę pozostając w tej pozycji przez kilka sekund. Nie wiedziałem, że właśnie przywiodłem cały sklep do przyznania się do porażki. Stracili w moich oczach twarz. Z tym, że tylko ja o tym nie wiedziałem. Oni zaś nie wiedzieli, że ja nie wiem, że oni myślą, że stracili twarz. – Nie szkodzi, proszę zamówić. Potrzebuję go najpóźniej za tydzień – dodałem, myśląc, że sprawa skończona.


Nie mogłem mylić się bardziej. Wyższa sprzedawczyni miała trochę więcej odwagi, choć jej angielski był w stanie opłakanym. Nie rozumiała moich pytań, a nawet intencji. Dało mi to obraz klęski odniesionej w pierwszej rozmowie z ową wystawioną mi mizerotą, której teraz szczerze współczułem. W próbach porozumienia się niezmiernie zaczęło irytować mnie ciągłe przytakiwanie i to niestosowne uśmiechanie. – Chcę zamówić i kupić ten aparat – pokazuję zdjęcie na ekranie własnego telefonu. – Ile taki kosztuje? – Tak sir, nie mamy ten aparat – uśmieszek. – No właśnie. Chcę go zamówić. – Tak sir, jak mu pomóc? – nowy uśmieszek, oczy jej patrzą w dół. – Zamówić mi aparat – jestem coraz bardziej stanowczy. – Ten aparat nie ma. No have, sir – nadal uśmieszek, teraz przykryty drobną rączką. – Dokładnie o tym mówię, panienko, to ja bym go chciał zamówić. – Tak sir, nie ma. – Czy rozumiesz, co mówię? Zamówić: zapisz numer modelu, zamów. – Tak sir, może… ja sprawdzam i mówię czy można, sir – czym ją rozśmieszam, pomyślałem.


Wiedziałem już wtedy, że o sprawy trzeba troszczyć się samemu. Lenistwo i brak umiejętności powszechne są, jak dni i noce. Nie chodzi o to, że się zdarzają. Dopóki jesteś raczej na ziemi, niż w niej – będą. A nawet potem: ty, taki idealny, będziesz prochem, a ludzkie przywary zostaną. Znajoma Khmerka ostrzegała mnie nieraz, że każdemu i wszędzie trzeba patrzeć na ręce przy robocie. Zawsze. Robotnicy budujący jej dom tak zalali betonem jeden ze stropów, że została dziura między piętrami. Fachowcy uważali, że tak jest wystarczająco dobrze, a ściślej – nie dostrzegali problemu. Musiała ich zdecydowanie (jest odrębną historią, jak to tutaj jest zdecydowanie) zmotywować. Autentyczna historia, w dodatku nieodosobniona.


Przesunęliśmy się z dwoma dziewczętami w stronę lady. Następnych kilka minut spędziliśmy przy telefonie przez który rozmawiała wyższa z nich. Była dość śmiała jak na Khmerkę, rezolutna i zadziorna, tylko nie znała prawie angielskiego. Telefonując, zerkała na mnie z ową godną postawą i porozumiewawczym spojrzeniem, z pełnym czynności, robienia i zaangażowania językiem ciała. Całą sobą mówiła „załatwiam twoją sprawę, sir”. W tym czasie malutka mizerota wpatrywała się w telefonistkę, jak w ostatnią nadzieję ratunku, od czasu do czasu racząc mnie nieśmiałymi uśmiechami.


Inni zastygli w głębi sklepu, bądź schowali się na zapleczu.


Koh Rong Sanloem, tropikalna wyspa, Kambodża, plaża, pies
Na Koh Rong Sanloem

Nie wiedziałem jeszcze jednej rzeczy. Jest zasada. Bez względu na to, co się stanie, zawsze wyglądaj na szalenie zajętego rozwiązywaniem czyichś problemów. Zawsze tak wyglądaj. Najbardziej przekonujący mogą aż do samej pogodnej starości zupełnie nic nie zrobić, a na koniec zostać uhonorowani nagrodami za wybitne osiągnięcia. (Jeszcze tego nie wiedziałem.) Cóż, skoro można w czymś osiągnąć niekwestionowaną maestrię, dlaczego by jej nie nagradzać?


Stałem z nimi i słuchałem dziwacznych nadal dla mnie dźwięków języka, który dopiero przestawał szokować mój słuch muzyczny (jak oni z tej zbitki rozróżniają pojedyncze słowa, myślałem). Dziewczyna wyciągnęła papier wypełniony rubrykami i okienkami. Przytakiwała jeszcze do telefonu, napisała coś w górnym rogu, odłożyła słuchawkę i podała mi kwit. Z pisanych łamaną angielszczyzną dopisków przy khmerskim druku wywnioskowałem, że był to kwestionariusz oceny obsługi klienta, a nie formularz zamówienia.


– Chcę zamówić – mówię do niej bardzo wolno. Potem zwracam się do innych, którzy patrzą na mnie z szaleńczą trwogą. Przemawianie do nich po angielsku paraliżuje ich. Po prostu się boją, że, jak nauczyciel, zmuszę ich do odpowiedzi, której nie będzie. Nie znają angielskiego, stracą twarz. (Tego o twarzy też nie wiedziałem.) Chowają głowy między wysunięte do przodu ramiona, starają się trzymać z dala od mojego widoku, a gdy już nie mogą uniknąć przejścia przede mną, przebiegają przed moim nosem zgarbieni, jak widz w sali kinowej próbujący wyjść do toalety w środku seansu.


Zniesmaczony takim obrotem spraw, nie rozumiejąc, co się wobec mnie odbywa, zapisałem na kartce swoje dane i oznaczenie zamawianego aparatu. Zapytałem, kiedy mi go zamówią, a uzyskawszy odpowiedź: – sir, może jutro, sir – z ulgą wyszedłem ze śmierdzącego schnącym betonem sklepu.


Tknięty przeczuciem poszedłem jeszcze do konkurencji. Była to rewizyta, bo kilka dni wcześniej też u nich byłem. Wiedziałem, że nie mają mojego modelu, w końcu to inny producent, ale spróbować nie zaszkodzi. W końcu to Azja. Wszystko jest możliwe. Po godzinie stałem u nich przed ladą, żeby zamówić swój aparat. Sytuacja niemal się powtórzyła. Z tą kosmetyczną różnicą, że tu sprzedawca nieźle radził sobie z językiem angielskim i obiecał jak najprędzej zadzwonić, żeby powiedzieć, czy może mi pomóc. Przezornie zajrzałem do kilku innych miejsc, w których równie wytrwale próbowałem złożyć zamówienie. Prawie wszyscy odmówili. Ci, którzy zaś nie odmówili od razu, obiecali zadzwonić z potwierdzeniem. W ciągu następnych kilku dni zatelefonowała do mnie obsługa sklepu konkurencji i jednej garażowej wyprzedaży. Na szczęście dzwonili w godzinach pracy, dzięki czemu moje oddane pracownice mogły po khmersku rozmawiać w moim imieniu. Wieści były niekorzystne.


Nieco ponad tydzień później, ostatniego dnia przed wyjazdem do Angkor Wat, zajrzałem do „oficjalnego przedstawicielstwa na Kambodżę”, gdzie nadal śmierdziało mokrym betonem. Zapytałem o wieści w sprawie tak mi drogiego aparatu. – Sir, aparat jeszcze nie mieć. – Rozumiem, ale co się stało? Przecież mówiłem, że potrzebuję go już na jutrzejszy wyjazd! – Sir, I am sorry. – A kiedy złożyliście zamówienie?! – Sir – zapada cisza. Dziewczyna w żółwim tempie przegląda kartki z segregatora – zamówienie jeszcze nie złożone, sir…


Po powrocie z Angkoru, gdzie zdjęcia robiłem kiepskim telefonem i aparatem pożyczonym od przyjaciół, minęło kilka dni, zanim odważyłem się zmierzyć ze swoją złością i wejść do dumnego „oficjalnego przedstawicielstwa na Kambodżę”. Przystanąłem przed sklepem, wziąłem kilka głębokich oddechów, czego od razu pożałowałem, bo smog centrum Phnom Penh jedynie pogorszył moje samopoczucie i nastrój, po czym wszedłem.


Rozpoznali mnie, ale nikt nie podszedł. Nie od razu. Posnułem się po sklepie, a gdy nikt nie odważył się mną zająć, sam stanąłem przy ladzie i czekałem. Tego nie mogli zignorować. Po chwili przyszła młoda kobieta, którą poprosiłem o sprawdzenie statusu mojego zamówienia. Nie rozumiała. Ha! Tym razem byłem przygotowany. Miałem w kieszeni świstek papieru z khmerskim tekstem naszkicowanym ręką mojej recepcjonistki. Wiadomość była jasna: „dajcie mu ten przeklęty aparat, bo nas tu pozabija”, a jeśli nie dokładnie taka, to prawdopodobnie była tam moja prośba o informację o statusie zamówienia. Nie ma ucieczki.


Kobieta z zapamiętaniem szukała czegoś w stosie papierów i folderów z produktami. Znałem to już. Robią tak dzieci w mojej szkole, gdy nie odrobią zadania domowego i próbują przeciągnąć w czasie przyznanie się do tego. Bardzo uprzejmie wskazałem segregator, w którym widnieją zamówienia. Wyciągnęła go, po czym długo szukała mojego świstka. Widziałem go między stronami segregatora, których było najwyżej osiem. Każda z jednym zamówieniem. Wielki segregator i tylko osiem kartek, a i tak nie mogła znaleźć mojej. Wskazałem palcem właściwą karteczkę. – Sir, jeszcze nie zamówione. – Jak to! Nie zamówiliście o co prosiłem? Jesteście przedstawicielem producenta na Kambodżę. Jak to możliwe? Zapomnieliście?


Pani zza lady chciała się jednak wykazać i pokazała mi duży, szyty zeszyt, w którym zapisane były tylko trzy strony z zapewne stu kartek. Na ostatniej z owych trzech stron w nabazgranej ręcznie tabelce widniały spisane bieżące zamówienia. Mój numer telefonu oraz kropka i „com” w moim adresie e-mail były jedynymi rzeczami, w których nie zrobiono błędu przy przepisywaniu. Kobieta zdawała się uważać przeniesienie sprawy z wielkiego segregatora do zeszytu zamówień za znaczący postęp.


– Kiedy zamierzacie zamówić ten aparat? – Sir, może… – zawiesiła głos na dłuższą chwilę, po czym teatralnie uśmiechnęła się, gdy dodawała przyciszonym głosem, raczej pytając, niż stwierdzając – może jutro? – Proszę do mnie zadzwonić. Dawno minął moment, w którym potrzebowałem tego aparatu natychmiast, ale nadal jestem otwarty, żeby go zakupić. Dajcie znać! – Yes, sir, my dzwonimy.



Zadzwonili nareszcie kilka dni później; niemal miesiąc od pierwszej próby zlecenia. Moja pracownica odebrała telefon, po czym streściła mi pięciominutową rozmowę. Właściciel sklepu jest w Singapurze i mówi, że nie może sprowadzić żądanego modelu. Nie można zamówić. Dziękuję, do widzenia.


Nie wiem, po co to wspomnienie o Singapurze, ale prawdopodobnie – tak, jak krótkofalówka przydaje animuszu parkingowemu i kierowcy tuk tuka – tak słowo Singapur uwzniośla i usprawiedliwia wszelką wszelkość. Na pewno zaś w swoiście zawiłej logice wskazuje czynność, zaangażowanie i podejście pod same flanki wroga, tuż przed odwrotem.


Ostatniej myśli: żadna to przyjemność z wami pracować, oszczędziłem zarówno sobie, jak i sklepowi.


W ciągu następnych tygodni i miesięcy byłem na tyle zaabsorbowany rozbudową mojej instytucji oraz pracą nad organizacją wielkich przedsięwzięć, że pamięć o aparacie fotograficznym rozwiała się, jak poranna mgła w słońcu. Przejeżdżając przypadkiem obok innych sklepów z elektroniką, zaglądałem do nich. Bezskutecznie.


Tak właśnie aparatem fotograficznym cierpliwość moja została przećwiczona. Tym bardziej, że nie było żadnego aparatu.



Epilog.


Nieco ponad pół roku później przyjechałem do Polski na Wielkanoc. Z Lotniska Chopina odebrała mnie siostra czekająca razem z naszą przyjaciółką i dużą kartonową tablicą z napisem Sir Marcin. W Kambodży wszyscy zwracają się do mnie sir. Z jakiegoś powodu moi bliscy uznali to za zabawne. Przespałem pierwsze zmęczenie po podróży, by nazajutrz przejść się po starych zakątkach, po moich ulubionych zakamarkach centrum Warszawy, za którą może pierwszy raz w życiu trochę zatęskniłem. Chociaż… do miasta nie miałem nigdy wielkiego sentymentu. Zostawiłem w nim jednakże moc wspomnień i garstkę wspaniałych przyjaciół.


Tego dnia wszedłem do centrum handlowego tuż obok Pałacu Kultury i Nauki. Tam mieści się też ten wielki sklep z elektroniką i wszystkim do domu, pracy i zabijania czasu. Mój aparat, dokładnie ten jeden jedyny, leżał na pierwszej ze wszystkich półek z aparatami. Kosztował mniej, niż w Azji. Przeszło mi przez myśl, że choć o nim zapomniałem, przecież już raz w swoim sercu i umyśle go kupiłem. Po prostu nie było go wtedy i tam, gdzie go poszukiwałem. Już w ciągu następnych kilku miesięcy robiłem nim zdjęcia w Phnom Penh, Osace, Kyoto, Tokio, Singapurze i w Malezji.


Taka jest Kambodża. Nigdy nie dostaniesz tego, co chcesz albo, co gorsza, potrzebujesz. Oswój się z tym. Pewnego dnia zapomnisz, czas kurzem przykryje dawną ochotę, a ty znajdziesz dokładnie to, czego szukałeś. Tylko – gdzie indziej.


W Kambodży dobrze jest mieć w sobie umiejętność rozpoznawania dostępnych zasobów, bo niemal wyłącznie na nich można polegać. Jedno jest pewne: nie zabraknie tu słońca, ryżu, kawy i najsłodszych owoców na ziemi. I sosu rybnego.


Wieloletni mieszkańcy Kambodży z Zachodu wytłumaczyli mi: kluczem do pozostania przy zmysłach są niskie oczekiwania. Wielowarstwowość i zawiłość tego społeczeństwa jest zwodnicza. My z Zachodu zaś, potrafiąc poruszać się jedynie w duchu schematów naszej kultury, nie możemy zrozumieć lokalnych spraw bez pytania. Zdarza się bowiem, że jest robota do zrobienia, a jakość jej wykonania jest dramatyczna; to częsty powód, przynajmniej mojej, frustracji w Kambodży. Powszechnie – jak podobno żartują o robocie mechanicy samochodowi – robi się jak dla obcego. W niektórych dziedzinach nie ma edukacji, aby więc pozostać sprawiedliwym – nie możemy się gniewać, lecz nad swoim gniewem przejść i wszystko wytłumaczyć.


Najgorzej jest, gdy instruuje się kogoś takiego, jak moja „satelitka” ze sklepu z aparatami. Wtedy potrzebny jest tłumacz. Powiedziałem już – „najgorzej”? To nie koniec. Po prawdzie, tłumacz nie wystarczy. Potrzebna jest osoba, która nie tylko przetłumaczy coś z języka na język, lecz również z kultury na kulturę. Kończy się to tym, że mówi się tłumaczowi dwa zdania, a on nasze słowa tłumaczy przez kilka minut i zastanawiam się wtedy, czy opowiada o pogodzie, menu z dzisiejszego śniadania, o ostatnim długim weekendzie, czy pastwi się nad osobą, która kiwa głową i wydaje z siebie stęknięcia i chrząknięcia oznaczające potwierdzenie.


Czasami jednak trzeba całkowicie powstrzymać się od ocen, bo niejedna z rzeczy, które wydają się zrobione źle, w sposób pozbawiony smaku, gustu, albo logiki i produktywności, tutaj właśnie (może nie w tym akurat przypadku) uważane są za wyrafinowane i słuszne; takie, jakimi być powinny. Dlatego dobrze jest mieć język czuły na ostre zęby i się nimi często w niego gryźć, i delektować różnorodnością gustów, jakie ludzkość nadal skrywa. Kiedyś to zaniknie, a ostatni, którzy będą mieli z takich, jak nasze, czasów wspomnienia, mówić znów będą kiedyś to były czasy. To jednak całkiem inna historia.


idiot camera, aparat fotograficzny, zdjęcia z Kambodży
Aparat do chwytania migawek z Kambodży

*Idiot camera - aparat fotograficzny, który automatycznie ustawia parametry i wie za nas kiedy najlepiej zrobić zdjęcie. Długo sądziłem, że ów idiot jest pogardliwy. Nic bardziej mylnego. Zrozumiałem to dzięki podręcznikowi do nauki języka japońskiego. (Sic!) Ponieważ to nie umysł językowi dyktuje, co mówić, lecz język umysłowi mówi, co myśleć, lubię czytać o językach obcych, aby choć powierzchownie rozumieć różnice między nimi; ot, hobby. Kupiłem niegdyś amerykańską książkę do konwersacji japońskich, którą wydano po polsku. Nie uczyłem się japońskiego, chciałem o nim poczytać. Dla mnie, domowego samouka, książka okazała się znakomita. Uznałem, że gdyby wszystkie podręczniki były równie przejrzyste, wkrótce umiałbym, co zechcę. Zupełnym przypadkiem zwróciłem uwagę na tytuł oryginału: Complete Idiot's Guide to Conversational Japanese. Nie znając się na niuansach języka angielskiego, można by ten tytuł wziąć za niezbyt elegancki. Zresztą, może taka gra słów niesie ziarnko prawdy o prostocie tej metody. Grają tu zbitki słów complete idiot (kompletny idiota) oraz idiot's guide (przewodnik idioty). Oczywiście – anglista natychmiast zlinczuje mnie za takie przekomarzanki, ponieważ fraza idiot's guide sama w sobie oznacza „prosty przewodnik”, a complete wskazuje tylko, że jest on „pełny, kompletny”. Idiot's guide to po prostu odporna na opornych instrukcja. Tak przystępna, że do niepowodzenia trzeba dołożyć starań. Takiego aparatu właśnie wówczas chciałem.

74 wyświetlenia1 komentarz
  • Facebook - Grey Koło
  • Instagram - Grey Koło
  • YouTube - Szary Koło
Przeczytaj również: