• Mister Marcin

Ćwiczenie cierpliwości aparatem fotograficznym

Zaktualizowano: 26 sty


Nic tak nie ćwiczy cierpliwości, jak pragnienie czegoś w miejscu, w którym tego nie ma.


Po jakimś czasie każdy się przyzwyczaja.

Nim jednak przywyknie – kto tu przejeżdża,

ma swój własny...


A oto mój – pierwszy absurd Kambodży, który umysł wywrócił mi na lewą stronę.


Aparat fotograficzny, idiot camera, fotografie z Kambodży
Fotografie umieszczone w tym artykule uwieczniają podróże do różnych krajów
 

Są rzeczy, na które człowiek nigdy nie jest wystarczająco gotowy, choćby szykował się na każdy, nawet najmniej prawdopodobny rozwój wydarzeń.


Nie idzie o to tylko, że niespodziewane zdarzenie wysadza drzwi granatem i z butami wchodzi nam w życie. Czasem, pod płaszczykiem skrojonym z najlepszych uczuć i świętości, licho sączy się kropla po kropli. Przychodzi niepostrzeżenie; nieraz od strony, z której ostatnią rzeczą jest spodziewać się uderzenia. Możesz na to patrzeć i nie widzieć, jak nadciąga.


Na przykład – nowicjusz w Kambodży;

i wystarczy, i cześć, i gotowe.


 

Jak dziecko z brzucha


Rozpoczął się drugi miesiąc mojego mieszkania w Phnom Penh. Co dzień widywałem moc zadziwiających i fascynujących wydarzeń. Aby je w lot chwytać oraz uwieczniać, powziąłem zamiar zakupienia małej pstrykawki, aparaciku fotograficznego. Naprawdę, gdybym dodał „a następnie go szukałem” i tak sprawę zakończył, wpis mój miałby tę zaletę, że byłby najbardziej zwięzłym oraz wiernym opisem poszukiwania aparatu fotograficznego w historii Internetu.


Koh Rong Sanloem, pies, hamak, plaża, widok
Na wyspie Koh Rong Sanloem

Kiedy wypadki te autentyczne toczyły swe przekomarzania pod słońcem żywcem palącym Kambodżę, trudno było przewidzieć, że wyniknie z nich choćby godna wzmianki anegdota. Gdybym bowiem był mniej wytrwały, a wypadki potoczyły się inaczej, istniałoby najwyższe prawdopodobieństwo, że nic nigdy by się nie wydarzyło, a moja cierpliwość nie zostałaby wystawiona na tę próbę. Mógłbym dokonać kiedyś żywota, nie wiedząc, że mam do napisania moc historii. Ta zaś była z nich pierwszą. Zanim przywykłem do życia w Kambodży, przez podobne zdarzenia miewałem nieodparte wrażenie, że lunatykuję, śnię na jawie, a może pochodzę po prostu z innej planety.


Drwiąc zwykle i żartując, przez kilka lat opowiedziałem tę anegdotę tak wiele razy, że utknąłem na długie miesiące, próbując znaleźć słowa na jej napisanie. Opowiadania własnych wypadków można nauczyć się niczym słów piosenki, ale czasem pieśń tę trzeba zaśpiewać od początku, bo inaczej z głowy jej się wyjść nie chce. Znalazłem osobę, której ze swadą powtórzyłem tę gawędę, jak robiłem to sto razy przedtem, i z pewnym zażenowaniem przyznaję, że bez wiedzy słuchacza wszystko nagrałem. Wyjaśnię dlaczego.


Wezmę za przykład naturę zęba, albo dziecka w brzuchu; i jedno, i drugie wyjść musi. Tak samo rzecz ma się z opowieścią, ale raz opowiedziana, jak narodzone niemowlę i wyrżnięty ząb, nie odczuwa ona więcej pragnienia przyjścia na świat. Przestaje łaknąć ujawnienia, a paląca potrzeba opowiedzenia się, gaśnie. Po zdekonspirowaniu opowieści, po wydaniu jej światu, coraz trudniej ją odmalować. Stopniowo ulatują drobiazgi, zmienia się temperatura wokół zdarzenia; kształty i kolory przeinaczają się, twarze to pojawiają się, to znikają, przeobrażają się lub tracą rysy. Pamięć próbuje skadrować, wyostrzyć wspomnienie wypuszczone do życia na wolności, ale odbitki wychodzą nieostre, bez wyrazu i konturów. Byłem już gotów dać Czytelnikowi (i sobie) spokój z tym aparatem fotograficznym, ale...


Spośród moich przygód i wypadków to jest właśnie ta, która zasiała ziarno tego bloga.


 

Angkor Wat, panorama, Kambodża, podróże
Panorama Angkor Wat

Chwytać migawki z Kambodży


Pierwszy raz w życiu wybierałem się do Angkor Wat. W tamtych dniach aparaty telefonów komórkowych znacznie ustępowały jakością małym idiot cameras*, dlatego zapragnąłem wejść w posiadanie właśnie takiej pstrykawki do chwytania indywiduów Kambodży. Coś niedrogiego, wszak wiele słyszałem o kradzieżach i rabunkach.


Widywałem turystów z obszernymi plecakami pełnymi obiektywów, statywów i elektroniki. Trzeba ten kram składać i rozkładać, obija się to, oblepia błotem, moknie w deszczu i ślizga w rękach. (Czy to są prawdziwe wakacje, pytam się?). Obiektywy zachodzą mgłą od wilgoci tropików, parciany pasek prędko nasiąka i przeciera bolesny ślad na rozmiękłej, zlanej słonym potem szyi. Wszędzie kurz i wiecznie brudne, obślizgłe w dżungli ręce. Dobry sprzęt chętnie zmienia też właściciela, w czym specjalistyczną pomocą służą motocyklowi street hunterzy. Pracują parami: kierowca przejeżdża tuż obok dumnego posiadacza pięknej lustrzanki z osprzętem, a siedzący za nim pasażer-łapacz zręcznie wyjmuje wszystko z rąk właściciela. Pełen gaz i znikają za najbliższym rogiem. Są to pokazy wirtuozerskiej zręczności, widziałem ich kilka, a niektórzy znakomicie wyposażeni turyści nad wyraz ochoczo płacą swoimi drogimi sprzętami za niewątpliwy przywilej obejrzenia tego cyrkowego numeru na żywo.


Ku przestrodze: eksponowanie cennego ekwipunku w zatłoczonych miejscach publicznych z łatwym dostępem do drogi lub ulicy jest wprost zachętą dla złodziei.

Kambodża pełna jest materializujących się w oka mgnieniu, nieuchwytnych jak błysk, cudacznych, niedorzecznych scen i zdarzeń, które co dzień mijam, albo one mnie mijają. W swojej złośliwej naturze nigdy nie dzieją się, kiedy mam wolną rękę i aparat w jej zasięgu. W ułamku sekundy jest po wszystkim, a szkoda to oddać zapomnieniu.


Ruchome i nieruchome, indywidua te nazywam – migawkami z Kambodży. Dla nich nawet bardziej, niż dla Angkoru, chciałem mieć ten aparat.


Potrzebne mi było błyskawiczne kieszonkowe urządzenie wielkości talii kart, które mnie nie zrujnuje ani nie przysporzy żalu, gdy spadnie, zamoknie, albo obierze nowego właściciela. Mój tata zna się trochę na fotografii. — Tato, doradź — zadzwoniłem z Phnom Penh — niewielki, szybki i dobry aparat. Tata poczytał, pomyślał: — Marcin, {model aparatu}, piszą, znakomity.


 

Sceny rodem z Hollywood


deszcz, Phnom Penh, ulewa, burza, Kambodża, podróże
Tuż po deszczu w Phnom Penh

Potężna ulewa z huraganem rozpoczęła pierwszą w moim życiu tropikalną porę deszczową. W powieści i filmie pt. „Forrest Gump” (film nagrodzono sześcioma Oskarami, w roli tytułowej rewelacyjny Tom Hanks), główny bohater wspomina wojnę w Wietnamie i deszcz padający z każdej strony. Nawet z dołu. Przez z górą dwadzieścia lat brałem ten opis za czystą fikcję, w istocie jednak pierwsza tropikalna nawałnica, której stałem się świadkiem i ofiarą, wyglądała kropla w kroplę, jak we wspomnieniach Forresta. Mogę więc Czytelnika zapewnić, że deszcz padający ze wszystkich stron nie jest efektownym zabiegiem literackim, a mnie nieraz przyszło się z tym zjawiskiem blisko zaprzyjaźnić. Strumienie wody wlewały się do domu przez zamknięte okna, ciężkie krople deszczu hulały po przestronnym, całkowicie zadaszonym tarasie, a huragan wdmuchiwał deszczówkę do mieszkania przez szczeliny w zamkniętych drzwiach wejściowych. Gdy było po wszystkim, z ulic odpływała woda głęboka do pół łydki. Ileż po tym było sprzątania w domu, ale co za widok! Takich wrażeń nie można przegapić! Po ulewie wyszedłem kupić aparat.


Taki był obiecujący początek.


Monsunowa lekcja kultury. W naszym mieszkaniu na drugim piętrze podłoga we wszystkich pomieszczeniach pokryta była kafelkami, jak w łazience, albo w szpitalu i drażniło mnie to. Zachodziłem w głowę, po co w ścianach mieszkania znajdowały się przechodzące na wylot dziury na wysokości posadzki; przecież robactwo mogło nimi swobodnie wchodzić do środka! W tropikach jest mnóstwo insektów i trzeba dokładać wielkich starań, aby trzymać je z dala, szczególnie od kuchni. Oczywiście to, czego nie rozumiałem, i co wydawało mi się absurdem, miało głęboki sens. Ulewa co prawda wdziera się przez wszystkie otwory mieszkania i obficie zalewa posadzkę, ale ani trochę jej nie szkodzi. Wystarczy wypchnąć wodę z podłogi wprost do odpływu i posprzątane. Czemu w takim razie nie zbudować domu, do którego woda się nie dostanie? Słuszne pytanie. Byłoby to o wiele droższe, a ulewy mogące wedrzeć się do mieszkań zdarzają się dość rzadko. Taka oto filozofia: zamiast z czymś walczyć, pozwól temu przejść.


 

Wstrząśnięty i zmieszany

(z tłumem)


Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłem, że tylko dwaj producenci aparatów fotograficznych otworzyli filie w Kambodży. Na szczęście mój aparat produkowany jest przez jednego z nich, lecz oficjalne przedstawicielstwo marki nie oferowało akurat modelu, który doradził mi tata. W okolicy były jeszcze dwa większe punkty handlowe z aparatami, lecz wybór niewielki. Zacząłem przemierzać miasto i zaglądać do rodzinnych „handelków”, przydomowych rupieciarni. Znajdowałem urządzenia starszych generacji odkupione z bogatych krajów za bezcen jako odrzuty. Leżakujące na brudnych półkach w zmurszałych opakowaniach od lat zbierały lepki kurz. W rzadkich sklepach z wszelką elektroniką obejrzałem kilka egzemplarzy taniochy.


Poprosiłem o pomoc najsprytniejszą pracownicę z mojego biura. Z niepozornej pozycji recepcjonistki nie tylko chroniła mnie przed wszelkim złem tego świata, które mogłoby zmarnować mój bezcenny czas i nerwy. Znała Kambodżę, jej ludzi, mówiła ich językami i wiedziała, jak być pomocną. Kto dyrektor, ten wie, że najszczersze złoto jest tanią błyskotką przy takim skarbie. Dziewczyna przebyła khmerski Internet wzdłuż i wszerz, przeczesując też jego chińskie rubieże. Kilkaset tysięcy kambodżańskich Chińczyków ma własne sklepy, szkoły, utarte ścieżki, kanały handlowe, system ekonomiczny (to bardzo ciekawy temat) i nisze kulturowe. Zwykły człowiek o tym nie wie, a mi wiedza ta była bardzo przydatną, choć okazało się, że... nie tym razem.


Wszystko na nic. Rozglądałem się, wchodziłem w przedziwne zaułki (gdybym wówczas miał ten aparat!), myślą w pamięci przenikałem znane mi ulice. Bezskutecznie. Znajomi nie mieli pojęcia, gdzie szukać. Ktoś zapewnił mnie, że problem rozwiążą odwiedziny w „photocopy shop”, lecz było to ksero i punkt druku zdjęć. — Macie aparaty? — pytam. Młodziutka, na oko trzynastoletnia ekspedientka zaprzecza, chciała być jednak pomocna (taka kultura). — Sir! Camera no have, sir… Maybe sir need a copy?


Taki ja – Europejczyk zmieszany z lokalnym tłumem, i wszystkim wokół zmieszany, musiałem brzmieć jak lunatyk. „Jaki znowu model!”, zdawały się mówić spojrzenia sprzedawców, lecz kultura nakazuje im obchodzić się ze mną uprzejmie. Niektórzy z entuzjazmem pokazują mi całkiem inne artykuły – obcokrajowiec mało się targuje, a nuż kupi coś innego. Wyczuwam jednak, że w duchu przewracają oczami i myślą: „Seriously? Widzisz, człowieku, leżą aparaty! Co z tego, że żaden nie taki, jak sobie jaśniepan życzy?”.


Mijały dni poszukiwań. Pierwszy raz w życiu zaczynałem dowiadywać się o naszym zachodnim… hmm, nie tyle zepsuciu co, powiedzmy, rozpieszczeniu. Świat Zachodu tak jest zrobiony, że wszystko nam się należy. Tu i teraz.


 

Zmiana taktyki


Kyoto, ulewa, deszcz, Japonia
Letnia ulewa na przedmieściu Kyoto, Japonia

W poszukiwaniach przez dni kilka snułem się po centrum i obrzeżach Phnom Penh, a w im bardziej osobliwe miejsca zaglądałem, tym więcej przeklinałem, że nie mam aparatu. Nie zamierzałem rezygnować z modelu, który wybrałem ostatecznie i nieodwołalnie. Żaden sklep w mieście wszak go nie miał ani nie chciał pomóc w zamówieniu. Czas zmienić strategię.


Internet! W nim przecież jest wszystko. „Mój aparat” dostępny był w wielu krajach, tymczasem absurdalnie drogą okazała się wysyłka, gwarancja działa wyłącznie do granicy Kambodży, a doręczyciele mają fatalne opinie, choć tylko w przypadku, gdy cokolwiek doręczą. Mnóstwo paczek nigdy nie dotarło do celu, wiele zatrzymano w urzędzie celnym do wpłacenia zagadkowych opłat „bez paragonu”; lokalni urzędnicy mają magiczne zdolności w egzekwowaniu nie znanych nikomu podatków.


Wymyśliłem i sprawdziłem wiele improwizowanych rozwiązań. Wszystko na nic. Spytałem znajomych, jak sobie radzą. — Niech ktoś przywiezie ci ten aparat z zagranicy. Co smaczniejsze kąski „znikają” z miejscowej poczty. Znajomy Francuz opowiadał, że giną nawet bezwartościowe starocie: — Mama wysłała mi książki z dzieciństwa — mówił. — Pełne były śladów awantur z moim rodzeństwem, chciałem je czytać mojej córeczce. Urzędnicy na poczcie odnaleźli kwit odbioru z lotniska, ale paczka przepadła. Odszkodowanie? Rozłożyli ręce i spytali, czy w czymś jeszcze mogą pomóc. Rok później mój tata przywiózł pół walizki książek po kuzynach z Lyonu. Dobrze ci radzę: też tak zrób.


Do naszych phnompeńskich sąsiadów przyjechać mieli przyjaciele z Europy. Nie zdążyliby jednak przywieźć aparatu na czas. — Nie i koniec. Ma być przed wyjazdem do Angkoru! — powiedziałem.


 

„Oficjalne przedstawicielstwo na Kambodżę”



Główkowałem przez dwa dni. Aparat był w Internecie, nikt jednak nie gwarantował, że paczka z nim dotrze do Kambodży; co zaś stałoby się z nią na miejscu, to już oddzielna historia. Mój wyjazd zbliżał się i miałem coraz mniej czasu.


Independence Monument w Phnom Penh
Independence Monument w Phnom Penh

Wróciłem do „oficjalnego przedstawicielstwa na Kambodżę”, tuż obok Independence Monument. Byłem jedynym klientem. Wnętrze śmierdziało schnącym betonem i farbą. Na fantazyjnych katafalkach i stojakach rozłożono kilkanaście aparatów, zbyt mało na tę wielką przestrzeń. W środku zastałem co najmniej dziesiątkę młodych osób z obsługi. Kilkoro z nich kręciło się wokół wielkiej lady, reszta pouciekała w zakamarki i stoją, jak młodzież na przerwie między lekcjami. Moja obecność widocznie ich zmieszała, udają, że mnie nie ma. To paniczny strach przed obcokrajowcem, już się z tym zetknąłem. Spodziewam się problemów językowych, w innym wypadku ktoś natychmiast wyrósłby przede mną jak spod ziemi. Po jednym sprzedawcy na kilka metrów kwadratowych. „Na targu bywa luźniej”, pomyślałem.


Nozdrzom dokucza duszący odór mokrego betonu. Więcej tu osób obsługi niż sprzętu. Mało kto odwiedza sklepy z przedmiotami zbytku. Czereda powciskanych w mundurki sprzedawców sprawić ma, żeby klient otrzymał zainteresowanie godne posiadacza zasobnego portfela. Na mój widok wszyscy pochowali jednak głowy w piasek. Spojrzałem na własne odbicie w oknie. Wydało mi się, że w wypastowanych pantofelkach z włoskiej skóry, w eleganckich spodniach i starannie wyprasowanej koszuli wyglądam wcale schludnie. Przyjechałem prosto z poważnego spotkania.


Młodziutkie dziewczęta stoją w głębi ubarwione, w delikatnych makijażach i włosach świecących, grubych, kruczoczarnych, na miejscową modłę poupinanych jak nasze babcie na zdjęciach sprzed wojny. Wszystkie są w tych rajstopkach cielistych, nieprześwitujących, i w baletkach czarnych, z piętą z tyłu podeptaną, w identycznych spódniczkach jak po starszej siostrze, w białych koszulkach, a każda z nich nosi inną.


Niektóre z dziewcząt żywo coś dyskutowały, schowane na zapleczu. Raz po raz wyglądały stamtąd w moją stronę, chichocząc, zasłaniając te swoje małe usteczka drobnymi dłońmi. Chłopcy rozglądali się po suficie i ścianach. Udawali, że są pochłonięci owym świętym skupieniem na czymś niesłychanie istotnym, jakby odcinali się od niestosownego przedmiotu, który przy wszystkich wypadł komuś z kieszeni. Omal przetarłem oczy ze zdumienia, gdy wobec mnie, tkwiącego pośrodku sklepu, oglądali urojone obrazy na białych od podłogi do sufitu ścianach. Galeria bez obrazów. Tego nie było nawet w Paryżu ani w Nowym Jorku. To jeden z momentów życia w Kambodży, w których czułem się jak kopciuszek w cudzej bajce.


Lotos, woda, natura, ogród, Kambodża
Na liściu lotosu

— Sir, co potrzeba, ja pomóc? — w środku tego absurdu przemówił do mnie cichy głos za prawym ramieniem. „Świetny angielski”, sarknąłem w myślach, ale dziewczyna przynajmniej się starała. A ci, tchórze, zapewne wysłali tę małą, cherlawą istotę, żeby obsłużyła obcokrajowca, potwora. Domyśliłem się, że wypchnęli ją, bo sami bali się stracić twarz, gdy wyjdzie na jaw, iż nie znają języków obcych. Dobrej twarzy nie szkodzi jednak kompletne zignorowanie klienta. W normalnych okolicznościach staje się on centrum zainteresowania i aż do opuszczenia sklepu będzie miał na ogonie jednego, a nawet dwóch z licznych sprzedawców. Pierwszy bowiem bezustannie towarzyszy kupcowi, proponuje, schlebia mu i drugiego posyła po rozmiary, fasony oraz modele, żeby klientowi natychmiast dogodzić.


Przestraszona dziewczyna przemawiała do mnie łagodnym, ledwo słyszalnym głosem, który Khmerzy kalibrują z najwyższą precyzją – możliwie najciszej, tak jednak, by rozmówca mógł rozpoznać słowa. W tonie dziewczęcia wyczułem trwogę; nie tę jednak rozedrganą, o łamiącym się głosie, lecz ów miejscowy, nierzadko oskarowo odegrany, profilaktyczny przestrach, który odczuwa się (tudzież symuluje) w geście szacunku dla ważniejszych osób: począwszy od rodziców po nauczyciela, urzędnika, szefa i starszych od siebie. Uniżenie to ma wiele stopni, najwyższe z nich przeznaczone są dla boga oraz króla, wobec którego Khmerzy uginają się do ziemi po dziś dzień. (W kontraście do uniżenia występuje też swego rodzaju okazanie wyższości, co tutaj zdaje się być uznawanym za uzasadnione i słuszne, ale o tym w innym artykule.)


Pomyślałem, że personel nie mówi po angielsku, a może pastwili się nad tą małą dziewczyną, na oko marniejszą od innych. Uśmiechnąłem się do niej i wyjaśniłem w krótkich słowach, czego szukam. Nie znałem wszak jeszcze wyrafinowanej sztuki przemawiania do Khmerów tak, aby mnie rozumieli. Khmerka odwzajemniła mój uśmiech i aby zachować twarz, rzecz przecież najważniejszą, wzięła mnie na sposób, na który wówczas jeszcze się nabierałem. Udała, że mnie zrozumiała. W obronie honoru i godności osobistej najistotniejszym jest bowiem jak najdłużej odsuwać od siebie kłopotliwe fakty; a nuż nie wyjdą na jaw. — Sir, ja pytam i rozmawiam do niego, sir — dygnęła skromnie i odeszła.


Czekam sam w środku pustej teraz sali. Młodzież stłoczyła się i naradza w głębi sklepu, co i rusz zerkają na mnie wyciągając szyje ponad ramionami kolegów. Odbywają wiec z dala od mojej osoby. Niektórzy garbią się przy tym, z głową między ramiona wciśniętą, w tym komicznym skurczeniu człowieka usiłującego przemknąć przed nosami widzów spektaklu, przez co nie schowanym, ale jeszcze bardziej widocznym człek ten się staje.


Japonia, Osaka, podróże, pałac, zamek
Pałac w Osace, Japonia

Zerkam co chwilę na trwającą naradę, garby zaś prostują się, gdy orientują się, że patrzę. Z trudem powstrzymuję śmiech, kontemplując, jak się tu znalazłem. Mimo wszystko młodzi Khmerzy noszą uniformy z emfazą. Przez całą szkołę (jeśli do niej chodzili) trenowani byli w noszeniu mundurków. Nawet boy parkingowy staje się dostojniejszy, gdy wyposażyć go w uniform. Niektórzy uzupełniają strój słuchawką krótkofalówki; może być z demobilu, do niczego nie podłączona i zepsuta. Dodaje to prestiżu i powagi, jak policjantowi, wojskowemu, albo jakiemuś niemalże bardzo ważnemu człowiekowi, który zajmuje się wyłącznie życiem ludzi bardzo ważnych.


Dziewczyna wróciła do mnie za dwie minuty. Przyprowadziła inną, wyższą i na pierwszy rzut oka pewniejszą siebie. — Sir, jak mu pomóc? — Jak już powiedziałem: chciałbym zamówić aparat — odrzekłem. — Nie mamy taki model, sir. I am sorry — złożyła dłonie przy twarzy i skłoniła się na kilka sekund. Jako nowicjusz w Kambodży nie zdawałem sobie sprawy, jak potężny dramat rozgrywa się na moich oczach. Przywiodłem cały sklep do przyznania się do porażki. Stracili w moich oczach twarz, choć tylko ja o tym nie wiedziałem. Oni zaś nie wiedzieli, że ja nie wiem. — Nie szkodzi, proszę zamówić. Potrzebuję go najpóźniej za tydzień — dodałem, myśląc, że sprawa skończona.


Świątynia, Japonia, Tokio, podróże
Podtokijska świątynia, Japonia

Nie mogłem wiedzieć, jak bardzo wszystko skomplikowałem. Wyższa sprzedawczyni nie rozumiała moich pytań, a nawet intencji. Dało mi to obraz klęski odniesionej w rozmowie z pierwszą mizerotą, której teraz szczerze współczułem. Niezmiernie zaczęło mnie irytować ciągłe przytakiwanie i niestosowny uśmiech. Co gorsza miałem nieodparte uczucie, że i ja powinienem się uśmiechać, zamiast stroszyć uniesione brwi. Skąd wszak miałem wiedzieć, że właśnie tym uśmiechem wiele kultur Azji wyraża szczere zakłopotanie i zmieszanie. — Chcę zamówić ten aparat — pokazuję zdjęcie na ekranie telefonu. — Ile taki kosztuje? — Tak sir, nie mamy ten aparat — uśmieszek. — No właśnie. Chcę go zamówić — odpowiadam. — Tak sir, jak mu pomóc? — jej oczy patrzą w dół. — Zamówić mi aparat — jestem coraz bardziej stanowczy. — Ten aparat nie ma. No have, sir — nadal uśmieszek przykryty drobną rączką. — Dokładnie o tym mówię, oun srey, to ja bym go chciał zamówić. — Tak, sir, nie ma. — Czy rozumiesz, co mówię? Zamówić — cedzę słowa — zapisz sobie numer modelu, zamów. Proszę zadzwonić, kiedy będziecie mieli aparat. — Tak sir, może… ja sprawdzam i mówię czy można, sir.


Wiedziałem już, że w Kambodży o wszystko trzeba zatroszczyć się samemu. Lenistwo i brak umiejętności są powszechne. Znajomi Khmerzy ostrzegali mnie nieraz, że każdemu trzeba patrzeć na ręce przy robocie. Zawsze. Robotnicy budujący dom mojej znajomej tak zalali strop betonem, że powstała dziura między piętrami. „Fachowcy” nie dostrzegli wszak problemu i trzeba ich było stanowczo zmotywować do poprawienia partaniny. To autentyczna i nieodosobniona historia.


Przesunęliśmy się w stronę lady. Następnych kilka minut spędziliśmy przy telefonie, przez który rozmawiała wyższa z dziewcząt. Była dość śmiała jak na Khmerkę, rezolutna i zadziorna, tylko prawie nie znała języka angielskiego. Telefonując, przyjęła tę jakże godną postawę, zerkała na mnie porozumiewawczo, mówiła z pełną czynności, robienia i zaangażowania emfazą w ruchach. Całą sobą zdawała się mówić „załatwiam twoją sprawę, sir”. W tym czasie mizerota wpatrywała się w telefonistkę, jak w ostatnią szansę ratunku, od czasu do czasu rumieniąc się do mnie w speszonym uśmiechu.


Personel zastygł w głębi sklepu, niektórzy schowali się na zapleczu. (Nie tylko w Polsce łatwo uczynić sobie wrogów niepotrzebną gorliwością w pracy).


Koh Rong Sanloem, tropikalna wyspa, Kambodża, plaża, pies
Plaża na Koh Rong Sanloem

Nie wiedziałem wszak pewnej rzeczy, której powinienem był się przecież domyślać tym szczególniej, że choć poszedłem do szkoły w roku pierwszych wolnych wyborów w Polsce, to przecież niemal wszyscy, którzy mnie uczyli, od pierwszej czytanki aż po tytuł akademicki, pochodzili ze Starego Systemu. Jest zasada. Bez względu na to, co się stanie, zawsze wyglądaj na szalenie zajętego rozwiązywaniem czyichś problemów. Najwybitniejsi oraz najbardziej przekonujący mogą dorobić się pogodnej starości zupełnie nic nie robiąc, a na koniec otrzymać honory i nagrody za wybitne osiągnięcia. Cóż,


skoro można w czymś osiągnąć niekwestionowaną maestrię, dlaczego by jej nie nagradzać?...

Stałem z nimi i wsłuchiwałem się w dziwaczne dźwięki języka szokującego mój słuch muzyczny (jak oni z tej zbitki rozróżniają pojedyncze słowa). Dziewczyna dostojnym ruchem wyciągnęła kartkę wypełnioną rubrykami i okienkami. Przytakiwała jeszcze do telefonu, napisała coś w górnym rogu, odłożyła słuchawkę i podała mi kwit drukowany khmerskimi literami. Z pisanych łamaną angielszczyzną dopisków wywnioskowałem, że dostałem kwestionariusz oceny obsługi klienta, a nie formularz zamówienia.


— Chcę zamówić — mówię do niej bardzo wolno. Powstrzymuję w sobie sforę psów, które teraz szarpią się na postronkach. Zwracam się do młodych ludzi wokół, patrzą na mnie z szaleńczą trwogą. Przemawianie do nich po angielsku paraliżuje ich. Boją się, że, jak nauczyciel, zmuszę ich do odpowiedzi. Odpowiedź wcale jednak nie padnie. Stracą twarz. Ja zaś nie byłem tego w najmniejszym stopniu świadomy. Młodziany chowają głowy między wysunięte do przodu ramiona, starają się trzymać poza moim widokiem, a gdy nie mogą uniknąć przejścia przede mną, przebiegają przed moim nosem zgarbieni, jak ten widz w kinie próbujący wyjść do toalety w środku seansu. Jak chłystki zlęknione, że dostaną po uszach, gdy się zbliżą. A ja przecież tylko spytałem o aparat do chwytania migawek z Kambodży!


Zniesmaczony takim obrotem spraw, nie rozumiejąc, co się wobec mnie odbywa, zapisałem na kartce swoje dane i oznaczenie aparatu. Zapytałem, kiedy mi go zamówią: — sir, może jutro, sir — i opuściłem sklep śmierdzący schnącym betonem i farbą. Dziesięć par rąk złożyło się przede mną w geście pożegnania, dziesięcioro czół przy tym się pochyliło. Dziesięć twarzy zdało się odczuć ulgę.


 

I am sorry, sir


Tknięty przeczuciem, nie czekałem bezczynnie na telefon od tych uroczych ludzi. Poszedłem z rewizytą do konkurencji, choć byłem tam już kilka dni wcześniej. Co prawda to zupełnie inna firma, ale nie zaszkodzi spróbować. W Azji ponoć wszystko jest możliwe. Godzinę później stałem przy ladzie, próbując znów szczęścia. Sytuacja niemal powtórzyła się, z tą tylko kosmetyczną różnicą, że sprzedawca nieźle radził sobie z językiem angielskim i obiecał jak najprędzej zadzwonić z informacją. Przezornie zajrzałem do kilku innych miejsc, w których też spróbowałem złożyć zamówienie. Prawie wszyscy odmówili. Ci zaś, którzy nie odmówili od razu, obiecali skontaktować się ze mną. Nie zaskoczę chyba Czytelnika tym, że zatelefonował tylko młodzieniec ze sklepu konkurencji i starsza pani z jednej z garażowych wyprzedaży. Na szczęście dzwoniła w godzinach pracy i moje oddane pracownice rozmówiły się ze staruszką po khmersku. W całym Phnom Penh aparatu brak.


Nieco ponad tydzień później, dzień przed wyjazdem do Angkor Wat, zajrzałem do „oficjalnego przedstawicielstwa na Kambodżę”. Sklep wciąż cuchnął schnącym betonem z nową teraz nutką pleśni, jak wyburzone i błyskawicznie drapaczami chmur odbudowane dzielnice Szanghaju. Zapewne do wzniesienia budynku używano magicznego proszku betonowego, który wyparowuje co dzień z budowy, a jego znikające kilogramy uzupełnia się wodą. Zapytałem o wieści. — Sir, aparat jeszcze nie mieć — dygnęła dziewczyna za ladą. — Rozumiem, ale co się stało? Przecież mówiłem, że potrzebuję go na jutro! — Sir, no have. I am sorry, sir. — A kiedy złożyliście zamówienie?! — Sir — zapada cisza. Dziewczyna w żółwim tempie przegląda kartki segregatora — zamówienie jeszcze my nie złożyć, sir…


 

Pierwszy pobyt w Angkor Wat uwieczniłem starym telefonem i aparatem pożyczonym od przyjaciół. Wróciłem do Phnom Penh. Minęło kilka dni, zanim nabrałem odwagi, by zmierzyć się z własną złością i odwiedzić jakże „oficjalne przedstawicielstwo na Kambodżę”. Przystanąłem przed sklepem i wziąłem kilka głębokich oddechów, czego od razu pożałowałem, bo smog jedynie pogorszył moje samopoczucie i nastrój.


Wszedłem. Rozpoznali mnie i naraz wszyscy zaczęli być czymś śmiertelnie zajęci. Posnułem się po pustym sklepie, a gdy przez kilka minut nikt nie odważył się do mnie podejść, stanąłem przy ladzie. Tu chyba nie można mnie ignorować. Czekałem. Po chwili przyszła więc młoda kobieta. Poprosiłem ją o sprawdzenie mojego zamówienia. Nie zrozumiała. Ha! Byłem na to przygotowany! Podałem jej świstek z wiadomością naszkicowaną ręką mojej recepcjonistki. Na karteczce widniała wiadomość w języku khmerskim: „dajcie mu ten przeklęty aparat, bo nas tu pozabija”, albo coś podobnego, w lżejszym może tonie. Nie ma ucieczki, gagatki, pomyślałem; dostanę ten aparat.


Młoda Khmerka przeczytała moją wiadomość i zapamiętała się w poszukiwaniu czegoś w stosie papierów i folderów. Robią tak dzieci w mojej szkole, gdy próbują przeciągnąć w czasie przyznanie się do braku pracy domowej. Dyskretnym gestem wskazałem dziewczynie segregator z zamówieniami. Wyciągnęła go i otworzyła, nie mogła wszak odnaleźć mojego świstka. Ja zaś papier ów widziałem jak na dłoni. Tkwił między stronami segregatora, który miał najwyżej osiem kartek. Zebrałem w sobie całą moc powstrzymania wybuchu i wskazałem właściwą karteczkę. Dziewczę nieco zbyt długo studiowało treść kwitka, a każda nadmierna sekunda była memu spokojowi niczym uderzenie baby kafara. — Sir, jeszcze nie zamówione — rzekła dziewczyna. — Jak to możliwe! Nie zamówiliście!? Byłem tu kilka razy! Jesteście przedstawicielem producenta na Kambodżę i zapomnieliście o zamówieniu?


Pani zza lady chciała się jednak zrehabilitować i otworzyła przede mną gruby, szyty zeszyt. Zapisano w nim tylko trzy strony. W ręcznie bazgranej tabelce ktoś spisał bieżące zamówienia, wśród których widniało moje. O ile numer mojego telefonu zapisano bezbłędnie, o tyle we wszystkich innych danych widniały poważne byki. Ekspedientka uznała ten rozwój sprawy za postęp.

— Kiedy zamierzacie zamówić ten aparat? — Sir, może… — uśmiechnęła się, dodając cicho — może jutro? — Proszę do mnie zadzwonić — powiedziałem. — Minął moment, w którym potrzebowałem tego aparatu natychmiast, jednak nadal chciałbym go kupić. Dajcie znać!

Prawdopodobnie dziewczyna niewiele zrozumiała, ale odrzekła: — Yes, sir, my dzwonimy.

— Kiedy!?

— Yes, my dzwonimy, sir...


Zadzwonili kilka dni później; niemal miesiąc, odkąd pierwszy raz wyszedłem z domu kupić aparat. Dla uniknięcia nieporozumień z obsługą sklepu – rozmawiała po khmersku moja pracownica. Streściła mi potem pięciominutową rozmowę. Właściciel „oficjalnego przedstawicielstwa na Kambodżę” jest w podróży biznesowej w Singapurze i poinformował, że nie może sprowadzić żądanego modelu. Nie można zamówić. Ale może sprowadzić taki, jaki jemu wydaje się podobny i równie znakomity, i chętnie mi go przywiezie. Dziękuję, do widzenia.


(Nawiasem mówiąc, aparat zaproponowany przez bawiącego w Singapurze właściciela leżał od dawna na jednym z fantazyjnych katafalków w sali sklepowej „oficjalnego przedstawicielstwa na Kambodżę”. Oglądałem go kilkakrotnie.)


W Azji bardzo liczy się zrobienie na innych poważnego wrażenia. To tak powszechne, że zdaje się być niemal tradycją (ale jest tylko cechą). Ludzie mają nieposkromiony pociąg do znaczących, silnych, oddziałujących słów, choćby pustych. Tak samo, jak krótkofalówka uświetnia i w swym efekcie wzmacnia boy'a parkingowego i kierowcę tuk-tuka, tak w Królestwie Khmerów każdej opowieści powagi dodaje Singapur, szczególnie jako miejsce jakichś wydarzeń. Historia właściciela sklepu miała upewnić mnie o jego prawdziwym bądź symulowanym zaangażowaniu. I upewniła.


To prawie koniec.


 

W ciągu następnych miesięcy zaabsorbowany byłem rozbudową mojej instytucji i organizacją przedsięwzięć. Pamięć o małej pstrykawce rozwiała się, jak poranna mgła w promieniach słońca. Z czasem zaprzestałem bezskutecznych poszukiwań.


Tak właśnie aparatem fotograficznym, a może jego brakiem, cierpliwość moja została przećwiczona.


 

Epilog


Nieco ponad pół roku później przyjechałem do Polski na Wielkanoc. Na Lotnisku Chopina czekała na mnie siostra z naszą przyjaciółką. Trzymały wspólnie dużą kartonową tablicę z napisem Sir Marcin. Z jakiegoś powodu moi bliscy uznali za zabawne, że tytułowano mnie tak w Kambodży. Odespałem pierwsze zmęczenie po podróży, by nazajutrz przejść się po starych zakątkach, moich ulubionych zakamarkach śródmieścia Warszawy, za którą może pierwszy raz w życiu trochę zatęskniłem. Nie miałem nigdy wielkiego sentymentu do miasta, zostawiłem w nim jednak moc wspomnień i garstkę serdecznych przyjaciół.


Tego dnia wszedłem do centrum handlowego tuż obok Pałacu Kultury i Nauki. Tam mieści się też ten wielki sklep z elektroniką, sprzętem dla domu, pracy i do zabijania czasu. Mój aparat, dokładnie ten jeden jedyny, leżał na pierwszej ze wszystkich półek z aparatami. Kosztował mniej niż w Azji. Przeszło mi przez myśl, że choć o nim zapomniałem, przecież już raz w swoim sercu jednoznacznie go kupiłem. Po prostu nie było go w miejscu i czasie, w którym go poszukiwałem. Niebawem chwytałem nim migawki w Phnom Penh, Osace, Kioto, Tokio, Singapurze, Hong Kongu i w Malezji.


 

Historie podobne do tej powtórzyły się nieraz. Taką jest Kambodża, którą znam. Trudno dostać to, czego się pragnie lub potrzebuje i warto się z tym oswoić. Pewnego dnia czas przykrywa marzenie kurzem, a jego spełnienie nadchodzi w najmniej oczekiwanym momencie, gdy niemal umknęło ono z pamięci.


Polegać można niemal wyłącznie na dostępnych na miejscu zasobach. Trzeba nauczyć się korzystać z tego, co leży na półce i być zadowolonym. Jedno jest pewne: nie zabraknie tu słońca, ryżu, kawy i najsłodszych owoców na Ziemi. I sosu rybnego.


W Kambodży tłumaczono mi, że kluczem do pozostania przy zmysłach są niskie oczekiwania; po prostu niczego nie chcieć i cieszyć się tym co jest. Znając jedynie schematy zachodniej kultury, nie możemy zrozumieć lokalnych spraw, pojawiają się wątpliwości, niejasności i problemy. Zdarza się, że do zrobienia jest robota i, jak mawiają mechanicy samochodowi, robią jak dla obcego. Fachowiec przychodzi spóźniony o kilka godzin, bez przeprosin. Więcej napsuje niż naprawi i woła o zapłatę. Zastanawiam się wówczas, czemu sam nie miałbym tego zrobić, skoro mam podobną wiedzę, jak „specjalista”, a mnie przynajmniej — zależy. Nie ma tu działu obsługi klienta, reklamacji ani zwrotu kosztów. W wielu dziedzinach nie ma też edukacji, aby więc pozostać sprawiedliwym – nie można się gniewać, lecz wszystko wytłumaczyć.


Po prawdzie jednak w tak odmiennej kulturze nie wystarczy po prostu tłumacz. Nie o przekład słów chodzi, lecz o wyjaśnienie skrytych za słowem intencji i przetłumaczenie gestu z jednej kultury na inną. W Kambodży nieraz bywa, że mówię dwa zdania, a tłumacz opowiada coś mojemu rozmówcy przez kilka minut; ten zaś kiwa głową i wydaje z siebie stęknięcia oraz chrząknięcia potwierdzające słuchanie z uwagą i zrozumieniem. Zastanawiam się wtedy, o czym ta opowieść.


Nierzadko brak nam zrozumienia dla obcej kultury, obyczaju i różnych oczekiwań. Pewne rzeczy u obcych wydają nam się zrobione źle, w sposób pozbawiony smaku, gustu, logiki i produktywności. Jest całkiem możliwym, że w innym miejscu pod słońcem to samo, co nas denerwuje, albo zdaje się nie do przyjęcia, tamci ludzie uważają za nieszkodliwe, bez znaczenia, a w niektórych przypadkach wprost za wyrafinowane i słuszne; takie, jakim być powinno.


Dlatego warto gryźć się w język, zanim wyda się osąd, a zamiast sądzić – pytać:


— Dlaczego?


I słuchać.


Można, choć nie trzeba, delektować się różnorodnością gustów i smaków, jakie ma ludzkość w innych częściach świata. Kiedyś ta, zdawałoby się, nieskończona rozmaitość zaniknie, a ostatni, którzy będą ją pamiętali, znów powtórzą odwieczną frazę, kiedyś to były czasy. To jednak całkiem inna historia.


idiot camera, aparat fotograficzny, zdjęcia z Kambodży
Aparat do chwytania migawek z Kambodży
*Idiot camera - aparat fotograficzny, który automatycznie ustawia parametry i wie za nas kiedy najlepiej zrobić zdjęcie. Sądziłem, że ów idiot jest pogardliwy, lecz to nieprawda. Zrozumiałem to dzięki podręcznikowi do nauki języka japońskiego. (Sic!) Kupiłem niegdyś amerykańską książkę do konwersacji japońskich, którą wydano po polsku. Nie tyle uczyłem się japońskiego, co chciałem się o nim czegoś dowiedzieć. Dla mnie, samouka, książka okazała się znakomita. Gdyby wszystkie podręczniki były równie przejrzyste, nauczyłbym się, czego zechcę. Zupełnym przypadkiem zerknąłem raz na tytuł oryginału: Complete Idiot's Guide to Conversational Japanese. Nie znając się na niuansach języka angielskiego, można by tytuł ten wziąć za nieelegancki. Zresztą, może taka gra słów niesie ziarnko prawdy o prostocie metody. Grają tu zbitki słów complete idiot (kompletny idiota) oraz idiot's guide (przewodnik idioty). Fraza idiot's guide sama w sobie oznacza „prosty przewodnik”, a słowo complete wskazuje tylko, że jest on „pełny, kompletny”. Idiot's guide to po prostu odporna na opornych instrukcja, tak przystępna, że do niepowodzenia trzeba dołożyć starań.
79 wyświetleń1 komentarz
  • Facebook - Grey Koło
  • Instagram - Grey Koło
  • YouTube - Szary Koło
Przeczytaj również: